piątek, 26 lutego 2010

Pocałunek o północy

Mumblecore, 2007


Szczerze o związkach damsko-męskich. Pewnie wam się nie spodoba.

Główny bohater to samotnik, któremu zbliżająca się trzydziestka w kalendarzu zaczyna coraz bardziej ciążyć – szczególnie, że zaraz sylwester. Zapisuje się więc na portal randkowy. Pierwszy telefon, pierwsza dziewczyna, pierwsza okazja...

W odróżnieniu od „Przed zachodem słońca”, nie ma tu udawania, że związek tych dwojga jest niewiadomo czym. On pisze szczerego maila do swojej byłem, ale woli go skasować i napisać od nowa, serwując jakieś fałszywe duperele. Siedzi w domu, pali zioło, użala się nad swoim życiem. Masturbuje się przy zdjęciu dziewczyny swojego kumpla, uprzednio ulepszonej w photoshopie. Gdy odbiera telefon, zgadza się na wszystko.
Ona mówi wprost, że umówiła się z kilkoma kandydatami naraz, a wybierze tego, który najbardziej się jej spodoba. Umawia się, nie podając szczegółów co do swojego wyglądu. Przychodzi w ciemnych okularach, ignoruje jego uwagi o tym, żeby przestała palić bo tego nie lubi.

Jest w tym filmie niebezpieczna generalizacja. Niebezpiecznie prawdziwa. Ona dyktuje warunki, traktuje go jak chce – i ma rację. Bo jak inaczej traktować kogoś takiego? Tak, brakuje mu oparcia. Tak, czuje presję samotności. I wybiera zadowolenie się iluzją oparcia. Kibicowanie tej babie było wielce satysfakcjonujące.


7/10

- Czego szukasz?
- Miłości swojego życia.
- Na portalu randkowym?

sobota, 13 lutego 2010

Żebro Adama

Screwball Comedy, 1949


O związkach damsko-męskich z punktu patrzenia 3 latka.

Mąż zdradza żonę, żona kupuje broń i strzela do męża. Niestety, z zamkniętymi oczami i nie trafia. Staje przed sądem z zarzutem usiłowania zabójstwa. Przez tą sprawę powoli rozbija się małżeństwo adwokatów: ona staje po stronie zdradzonej żony, on po stronie męża. On uważa, że każde zabójstwo (nawet sama próba) powinno być ukarane, ona uważa, że kobiety nie są równe facetom i na tym opiera linię obrony.

Dziś nic tu nie jest godne uwagi. XXI wiek to taki okres, gdy dyskryminacja jest zajebista (powiecie szefowi że jesteście Żydami i już nie może was zwolnić, bo go do sądu podacie za dyskryminację) i nikt nie chce równouprawnienia, bo bez niego jest wygodniej. Co więc ten film ma do zaoferowania, skoro jego misja już jest nieaktualna? Hm, nic. No dobra, czekoladowy pistolet mnie rozwalił, był absolutnie cudowny. Ale oprócz tego humoru tu w ogóle nie ma. Nawet postać błyskotliwego (przeważnie) adoratora Amandy okazuje się koniec końców żałosny („kocham Cię, bo mieszkasz blisko” eee?). Jak na komedię, film się nie sprawdza.

Więc trzeba wrócić i zając się tą misją, najwyraźniej tylko tu są jakieś poważne zalety. Tego jednak... Nie ma. Całe to przedstawienie jest naciągane, wygładzane, nadymane i jednostronne. Kasia drze ryja, że kobiety mają gorzej i dlatego żona powinna zostać uniewinniona. Spencer twierdzi, że każda próba zabójstwa powinna być karana, bez względu na powody i kto kogo zabija. Potem podane jest kilka faktów z życia żona i męża: mąż traktował ją źle, miała prawo do tego co zrobiła (niekoniecznie w ten sposób, ale jednak). Żona jednak się odgryzała – nikt tego faktu nie wykorzystuje. Dramat sądowy z tego żaden.

Tak naprawdę liczą się tu relacje małżeństwa adwokatów. To tu widać, jak skrajnie niedorobiony jest to film. Kasia nieustannie filtruje, drze ryja bez powodu i ma w dupie męża. Mąż przez cały film nie jest sam na sam w pobliżu kobiety, jest upokarzany, szydzony, nie rozumiany i na koniec: wygoniony z domu. Świetnie obrazuje to scena masażu: on coś głupiego powiedział (chyba), ona dała mu klapsa. Ona powiedziała coś głupiego, on dał jej klapsa. Tylko że klaps od niego był biciem i powodem do gigantycznej awantury. Jeee...

Mam zarzuty do postaci Spencera – to duży chłopiec, który gdy jest urażony po prostu milczy. Jednocześnie podnieca się i gubi wątek, gdy żona odsłoni o centymetr spódnicę.
Na dodatek, płynie z tego dziwaczny i kauowy morał: problemy małżeńskie są niewykrywalne z początku, a rozwiązać je można tylko przy pomocy osób trzecich, najlepiej na koniec zażądać rozwodu. Nie istnieje tu coś takiego, jak poważna rozmowa w stylu „Kochanie, mamy kłopoty w naszym małżeństwie, trzeba je rozwiązać”. Nic dziwnego, żadna ze stron nie wyrosła z piaskownicy – a to, że ich małżeństwo jest dalekie od czegokolwiek pozytywnego widać po 5 minutach filmu, a potwierdza domysły choćby rozmowa po przyjęciu: on nie robi jej wyrzutów, że mu nie powiedziała. Tylko że żąda, by rzuciła tę sprawę. Bez komentarza.

Aha, film jest o dobre 20 minut za długi, mógłby się skończyć zaraz po procesie: Kasia wygrywa jako adwokat, ale przegrywa jako żona. Że bez sensu? Ale krócej. Z drugiej strony, nie byłoby wtedy czekoladowego rewolweru. Ciężki wybór.


4/10