czwartek, 18 marca 2010

Paryż, Teksas

Drama & Road Movie, 1984


"4 lata... Czy to dużo? 4 lata?"

Sceny otwierające są rewelacyjne! Główny bohater - Travis - zostaje znaleziony, stwierdzono u niego amnezję, dzwonią po jego brata. Ten przyjeżdża do niego, do Texasu, z chęcią zabrania go do domu. Travis zniknął kilka lat temu, zostawiając syna i żonę. Jego brat - Walt - próbuje go wypytać, co się z nim stało. Czemu próbuje odejść, do czego zmierza. I co najważniejsze - próbuje zmusić go do mówienia. Bo Travis cały czas milczy.

Pierwsze ~1/2h to majstersztyk. Jednoosobowy dialog (?): Walt stwierdza, że już uznali Travisa za martwego. I to wymowne spojrzenie mówiące "A co sprawia, że teraz już nie jestem?". Piękne zdjęcia - plenerowe, panoramiczne. Pojedyncze brzdęknięcia gitary. Mniam.

Co jest potem? Zostają piękne zdjęcia... I to tyle. Travis się odzywa, wyjaśnia o jaki Paryż chodzi w tytule. Głównym motywem staje się jego relacja z opuszczoną rodziną. Motyw dalece mniej intrygujący od jego milczenia na początku, choć nadal dobry. Sukcesem jest już nazwanie Travisa przez jego syna "Tatą". Jest tu trochę żartu ("Jak możesz mieć dwóch ojców?; Nie wiem, widać mi się poszczęściło"), trochę... smutku (rozmowa przez weneckie lustro). Jest też trochę wkurwiania widza postacią żony Walta ("Może Travis nie chce oglądać tego filmu?").

No i na koniec kilka wpadek, m.in. Travis nie musi spać, ale w scenie w której powinien czuwać (oczekiwanie pod bankiem na Jane), ucina sobie drzemkę. Skutek - zobaczycie. Kilka minut wcześniej Hunter mówi, że "będzie miał wtedy 8 lat". Ale to będzie jeszcze grudzień, podczas gdy Walt twierdzi na początku filmu, że 8 lat skończy dopiero w styczniu.


7/10.
http://rateyourmusic.com/film/paris__texas/

wtorek, 16 marca 2010

PONYO

Anime & Children's, 2008


Magia!

Ponyo to malutka złota rybka. Nietypowa, nie tylko dlatego że kiedy tylko jej się zechce, to może wyhodować sobie ludzkie kończyny i nauczyć się mówić po japońsku. Jest też córką Bogini Mórz i Czarownika, który nienawidzi ludzi. Ponyo nie lubi swojego ojca, więc ucieka. Trafia w ręce Sosuke – 5letniego chłopca. I bardzo jej się spodoba człowiek sam w sobie. Zapragnie nim być...

Miyazaki osiągnął tym filmem coś, co zawsze było gdzieś w tle jego filmów: zachowanie na taśmie filmowej... dzieciństwa. Brało się przyjaciela, kartkę, rysowało się wspólnie kilka kresek i krzyżyk by udawać że to mapa skarbów i zniknąć do wieczora. Wracało się z kamieniem i mówiło mamie: „Patrz, znaleźliśmy skarb!” a ona kiwała głową i gratulowała. O uczuciach, które towarzyszyły takim zabawom, jest ten film.



Do pewnego momentu ten film balansuje na granicy fantazji, po przekroczeniu której wkracza się do wyobraźni Sosuke. W tym świecie Ponyo naprawdę była rybką. A zacięcie na palcu zagoiło się. Sosuke podchodzi do okna i, widząc że sztorm ucichł i morze jest już spokojne, stwierdza cicho: „To dlatego, że Ponyo zasnęła”. A poza tą granicą jest rzeczywistość. Jest rybka i jest dziewczynka. Jest sztorm i są zwidy. Do diabła z nią.

Ostatecznie, ta granica zostaje przekroczona. Lisa rozmawia z Boginią. Ale i tak nie granica była ważna, tylko to co za nią. Ten cudowny świat, który minął i teraz siedzi już tylko w filmach Miyazakiego.


7/10 (było 8/10, ale obejrzałem recenzję Nostalgia Critica, miał rację)

piątek, 12 marca 2010

Nostalgia anioła

Fantas & Melodrama, 2009


Melancholijny śpiew z zaświatów...

Bohaterką nowego filmu Jacksona jest młoda kobietka imieniem Susie. Mieszka na przedmieściach, ma kochającą rodzinę i przeżywa akurat pierwszą miłość. Jest narratorem całej opowieści, który - mimo że martwy – radzi sobie z tym zadaniem całkiem nieźle. Tak, Susie nie żyje, umiera zaraz na początku filmu, dokładnie 6 grudnia 1973 roku. I tylko tyle, zastrzegam – mimo iż wszystkie recenzje i opisy zgodnie twierdzą, że Susie została przy tym również zgwałcona, w samym filmie nie ma nawet sugestii ku temu.

Susie po śmierci nie idzie dalej, ale pozostaje między światami. Obserwuje, jak rozwija się życie rodziny którą opuściła, swojego mordercy który wciąż przechowuje jej ciało czy też dziwnej dziewczyny, która wie co się stało z Susie. Nie bardzo jednak wiem, jaki był cel tej obserwacji. Z recenzji pana Burszty, który najlepiej to ujął: „Film jest opowieścią o tym, co dzieje się po życiu, o konieczności zaakceptowania świata bez siebie, jak i o konieczności zaakceptowania przez najbliższych jej nieobecności”. Takie podejście do tematu ma ręce i nogi, owszem. Ale w filmie nie ma to żadnej konsekwencji. Susie i owszem, po wielu miesiącach mówi „Żegnajcie”, kiedy to wszyscy godzą się z jej śmiercią, szczególnie matka która nie umiała sobie poradzić z odejściem córki, więc wyjechała. Jest tylko jeden problem: czemu przez pół filmu oglądałem Susie i jej inny świat, skoro nie miała ona żadnego wpływu na rozwój akcji?

Niestety, największy plus „Nostalgii...” to równocześnie największy minus – wyśnione krajobrazy są wyłącznie sztuką dla sztuki. Gdy tylko wyobrazić sobie ten film bez owych zbędnych scen, wychodzi totalna pustka. Historia nawet przez minutę nie jest w stanie zainteresować – bo nie ma jak, ani czym. I niekoniecznie jest to wina złego przedstawienia sytuacji – najczęściej jest ona nijaka sama w sobie. Morderca siedzi cały czas w domu, ojciec kłóci się z matką przy użyciu miałkich dialogów, czego efektem jest wyjazd matki do dalekich krajów oraz przyjazd teściowej – wyjątkowo antypatycznej postaci: alkoholiczki i nałogowej palaczki. To ktoś, kogo się określa „wrakiem człowieka”, jeśli się chce być uprzejmym. Jednocześnie jest to ktoś, kto wie najlepiej, co powinno się zrobić, by było lepiej – i nie ma w tym cienia ironii. Gratulacje dla osoby, kto napisała tak sprzeczną postać. Oprócz niej na ekranie przez kilka minut pojawia się jeszcze pierwsza miłość Susie, chłopak imieniem Ray. Nie bardzo wiadomo, co się z nim dzieje – czy fakt, że czekał przy Altance miał oznaczać jego wielkie cierpienie? Przecież jej nie znał.

Takich właśnie dziur jest tu naprawdę sporo, i wszystkie co do sztuki są zasypywane wspaniałymi wizjami miejsca, w którym przebywa Sosie. Miesza się tam lęk z cierpieniem, radość ze szczęściem. Ich rozmach i pomysłowość zachwyca całkowicie. Tym bardziej szkoda, że tylko dla nich warto wybrać się do kina. Chyba, że ktoś jest fanem Saoirse Ronan – od czasów „Pokuty” poczyniła znaczny postęp w swoim warsztacie aktorskim a oglądanie jej jest po prostu przyjemnością (nie tylko w kategoriach estetycznych).


5/10
http://rateyourmusic.com/film/the_lovely_bones/

środa, 10 marca 2010

Wilkołak

Werewolf & Gothic Horror, 2010


Po pierwsze, za szybkie wprowadzenie. Początek wygląda następująco: chłop z latarnią wchodzi do lasu i woła w przestrzeń (jest oczywiście sam, i to po ciemku). Chwilę później dostaje od czegoś włochatego w brzuch i pysk. Robi w tył zwrot i biegnie. Plener, więc ma sporo do przebiegnięcia. Mniej więcej w połowie trwania ujęcia, z offu kobieta czyta list, który właśnie pisze: mój narzeczony zaginął (chociaż widać, że chłop jeszcze biegnie). W dalszej części listu jest prośba do brata tego, co zniknął, by przyjechał – tu już ujęcie chłopa trzymającego list (pewnie ten sam, co był pisany przed chwilą) jadącego pociągiem i gapiącego się w okno. A tempo nie ma zamiaru zwolnić jeszcze przez dłuższą chwilę.

Do czego zmierzam? Że reżyser daje widzowi jasno do zrozumienia: fabuła jest tu nie ważna. Ogólny zarys, zarówno historii jak i postaci, jest przedstawiony w takiej właśnie migawce trwającej może z 10 minut. Żaden z tych elementów nie jest potem tknięty. Bo o odpowiedzi na zagadkę „Kto jest wilkołakiem?*” widz może się dowiedzieć z rodzimych recenzji, tudzież opisów filmu podyktowanych przez producentów filmu. Chociaż i tak wątpię, by ktokolwiek z niecierpliwością na to czekał. To jest nieistotne.

Więc, co jest istotne w tym filmie? Wątek, w którym Gwen chce pomóc Lawrencowi, bo – jak stwierdziła cygańska wiedźma - tylko kobieta która go pokocha, może mu pomóc? Wątpię, by sami twórcy wiedzieli, o co z tą pomocą chodziło. Najwidoczniej skupili się tylko na tym, by cała kwestia odpowiednio zabrzmiała i na tym ich inwencja się skończyła. Pomysł się zakopał, choć w filmie gra pierwsze skrzypce.

To może walka tytułowego człowieka zarażonego likantropią z samym sobą – czuł odrazę do siebie, chciał się zabić... Chciał jednak tylko w sytuacji, gdy był skuty i nie mógł sam się zabić. Potem, gdy tylko się uwolnił (i pogryzł kilku) już nie myślał o samobójstwie. Cały pomysł idzie do piachu, ustępując wątkowi zemsty.

Strona techniczna? Ładne pagórki we mgle, w jednej scenie. I płonący pokój w końcówce też zrobił na mnie wrażenie. Charakteryzacja wilkołaków zrobiła swoje, ale wolałbym, by ich przemiana była bardziej poważna. Tak z 5 lat mniej na karku i był zarechotał na całą salę.

Z aktorów szczególnie spodobał mi się Del Toro. No, chyba że naprawdę grał pijany (sądząc po wyrazie twarzy), wtedy należą się baty. Hopkins wałęsa się po kątach, cytując drętwe kwestie z marnego scenariusza („Źle zrobiłeś” gdy jego syn obudził się pod drzewem cały we krwi; „Trzymaj się” gdy policja zgarnęła jego syna, przy okazji dziwacznie się krzywiąc; „I przy okazji, kocham Cię”). Emily Blunt i Hugo Weaving zagrali najgorzej – po każdym ich ruchu widać, że nie wiedzą co robią. Chociaż to w sumie nie ich wina.


4/10


PS. Pozdrawiam gościa, który zrobił polskie napisy. „Racjonalny mózg” wymiata.

wtorek, 9 marca 2010

Usłyszcie mój krzyk

Documentary, 1991


Kilka słów o "Usłyszcie mój krzyk" Drygasa. Nie jest to film pełnometrażowy, przez co nie zapisuję go w kronice, a wielu spośród was (Amer, Shalafi, Grifter) już go za to skreśliła - a tym samym to co zaraz napiszę. Mimo to: trwa niecałe trzy kwadranse i zasługuje na kilka zdań. Oto one...

Każdy pewnie słyszał (choćby z parodii w "South Parku") o mnichu, który w ramach protestu się podpalił, w skutek czego zmarł. A posłuchajcie tego: we wrześniu 1968 Ryszard Siwiec w trakcie uroczystości dożynkowych na Stadionie X-lecia podpalił się w obecności 100 tysięcy ludzi, żeby zaprotestować "przeciwko komunistycznemu totalitaryzmowi i wkroczeniu wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji". Liczba osób, która dowiedziała się o tym wydarzeniu, była niewielka. Transmisja radiowa nie zareagowała na to wydarzenie. Ludzie którzy chcieli ugasić Siwca, zostali później poinformowani że był to bezdomny wariat, wróg systemu. Inni sobie to dopowiedzieli. O wydarzeniu nie napisały gazety. Nikt nie usłyszał krzyku. Siwiec zmarł kilka dni później w szpitalu.

Oceniając film, mimo wszystko nie oceniam tego wydarzenia ("Pokochał wolność ponad własne życie" - ?). Czy Siwiec dobrze zrobił. Takich sytuacji nie można ocenić na podstawie nawet tak dokładnego omówienia tematu, jak zrobiono to w filmie (co ważniejsze, film sam w sobie również nie ocenia). Co więc ja oceniam?

Drygas sprawił, że usłyszałem ten krzyk. To jego największa zasługa. Fenomenalne, autentyczne nagranie (kiedy zorientowałem się, kto to mówi, stało się jeszcze ciekawiej). Poznałem tę historię: relację świadków, nagranie tego wydarzenia. Ludzi, którzy się tłumaczyli: czemu nie powiedziano o tym w transmisji radiowej. Czemu zarejestrowano zaledwie 7 sekund. Poznałem całą sytuację - przygotowania, pisanie testamentu. Rodzinę Siwca. Reakcję na jego śmierć. Opowiedziano tę historię tak, by o niej nie zapomnieć. By krzyk nadal był słyszalny.


8/10

"Wziąłem marynarkę, zeskoczyłem szybko, znaczy zbiegłem, i starałem się tego człowieka ugasić, poprzez zarzucenie marynarki na głowę. Udało mnie się to, 2-3 sekundy przytłumiłem ogień i w momencie, w którym poczułem straszne gorąco od spodu (...) Płonął, wokół ludzie krzyczeli ..."