wtorek, 7 września 2010

LUDZIE W HOTELU

Melodrama, 1932


Oscar dla najlepszego filmu zdecydowanie zasłużony. Film wyprzedzający swoje czasy.

Tytułowy Grand Hotel jest miejscem, gdzie spotka się kilku ludzi – szanowany właściciel firmy, szary pracownik tejże, baron bez grosza, diwa bez chęci do życia i stenotypistka. W tle pojawi się portier, lekarz i sam hotel – fabuła to niejako zapowiedź Altmanowskich mozaik, ponieważ nie ma tu jednego początku ani jednego końca. Nie ma tu głównego bohatera, wszyscy są jednakowo ważni i odegrają tu swoją część, nie są jednak bohaterem zbiorowym.

Nie ma w tej fabule niczego wielkiego – ludzie zakochują się, zabijają, kłócą się, przeżywają, dożywają. Jednak sposób przedstawienia jej jest naprawdę wielki, nie spodziewałbym się czegoś takiego po przedwojennym filmie. Każdy aktor odegrał swoje na wysokim poziomie (w wyjątkiem Garbo, która naprawdę jest chodzącą katastrofą i kładzie każdą scenę w jakiej się pojawi), tak jak powiedział to doktor – przyszedł, odegrał swoje, i poszedł dalej. Nawet klimat hotelu udało się utkać – z windy wychodzą pijani goście, portier oczekuje na poród swojego dziecka, ludzie chodzą gdzieś w tle, a więc mimo to, że cała historia toczy się między 2-3 pokojami, jednym korytarzem i barem, ma się wrażenie że to jest naprawdę Hotel. Taki, jakim opisuje go Lewis Stone.

Polubiłem Kringelein, Flaem, barona w sumie też. Szkoda mi było tego ostatniego, i cieszyłem się, gdy podjął właściwą decyzję (ależ to było amerykańskie! Ale w dobrym stylu, więc wybaczam). Jeśli nie będzie wam przeszkadzać teatralność i nadęcie Garbo, spokojnie dacie gwiazdkę więcej ode mnie. Dobry film.


6/10
http://rateyourmusic.com/film/grand_hotel/

ZATOKA DELFINÓW

Nature Documentary & Crime Documentary, 2009


Kino w potrzebie idiotom takim jak ja, którzy delfiny mają gdzieś, bo kontaktu z nimi nie mają – nawet w wietnamskiej knajpie pod domem brak tych stworzeń. A jednak, film uświadomił mi problem. Twórcy filmu mieli ewidentny problem, to pewne.

Pierwsze przemyślenia pojawiły się po półgodzinie, kiedy to byłem gotów dać osiem – ale tak w sumie to za co? Za relaksacyjny nastrój oceanu i towarzystwa delfinów? Film stwierdza, że delfiny są mordowane i sprzedawane, że w pobliskim delfinarium można patrzeć na delfiny jednocześnie je jedząc. Że nad delfinami pieczę sprawuje tylko jedna organizacja, która istnieje tylko na papierze, a ochrania tylko większe wieloryby, mniejszych butlonosych na przykład, już nie.
Mówi się tu dużo, ale co z tego wynika? Że jedzenie mięsa jest be? Chwila, przecież to bzdura. Za co to osiem chciałem dać, zachodzę w głowę. Za chwilę pojawia się na ekranie Amerykanka która z łzami w oczach opowiada jak widziała krwawiącą rybkę w morzu. Nie wiem, ale ja tu w Polsce zasadniczo jestem świadom, że ubojowi towarzyszy krew, więc na mnie to wrażenia nie zrobiło. Film ma mnie zachęcić do ratowania delfinów? Też chyba nie...

Oglądam dalej – Japończycy twierdzą, że oni szamają delfiny, Europa szamie krowy a Ameryka kurczaki i w ogóle „GTFO, to nasza tradycja, dajcie nam spokój”. Okazuje się, że żadna tradycja, bo Japończycy nie wiedzą nawet, że delfiny są jadalne, ani tym bardziej że Japonia zabija rocznie 23 tysiące tych ssaków. Okazuje się zaraz, że mięso delfinów jest też niebezpieczne, bo jest silnie skażone rtęcią (dopuszczalny limit to 0,004 ppm, podczas gdy mięso delfina zawiera 2000 ppm). Jak więc trafiło do sprzedaży? Ano... Jako co innego. Np. jako mięso z wieloryba. Okazuje się, że Japończycy nie wiedzą, co kupują! A jak wiedzą, to muszą to zjeść – mięso delfinów trafiło do wszystkich stołówek szkolnych w Japonii, a tam jest nakaz jedzenia wszystkiego!...

Nawał informacji (wiecie, że każdy oddech delfinów jest ich świadomą decyzją?), trudny do ogarnięcia, chaotycznie podany. Dużo się mówi, dużo krzyczy, oskarża się wszystkich, spod kontroli się to wymyka po 15 minutach i nie wiadomo, czy myśl przewodnia utrzymała się do końca filmu. Szczerze w to wątpię. Ale dokument oczywiście wart obejrzenia.


6/10
http://rateyourmusic.com/film/the_cove/

piątek, 3 września 2010

MOON (Kosmos jednego... człowieka?)

Science Fiction & Psychological Drama, 2009


Znajomy napisał trzy dni temu, że „Moon” będzie mieć premierę kinową w naszym kraju, przy okazji polecając go kolejny już raz. Patrzę do linka i faktycznie – premiera w najbliższy piątek, czyli dziś. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że poprzedniego dnia sprawdzałem premiery na wrzesień, i nic o „Moon” nie pisano...

Pełnometrażowy debiut syna Davida Bowie wyskoczył dosłownie znikąd na nadwiślański rynek, niczym królik z kapelusza, tylko że nie zrobił podobnego wrażenia – w najnowszym FILM-ie nie pojawiła się stosowna notka (wrześniowy numer ukazał się na 4 dni przed premierą), ale przynajmniej Wyborcza się wyrobiła i zamieściła stosowną recenzję autorstwa pana Mossakowskiego. Z całą resztą jest jednak źle – reklamy film nie miał żadnej a na dodatek zdaje się, że „Moon” trafił trafił do Polski w liczbie jednej kopii na cały kraj. Dla wszystkich spoza stolicy to nie jest wesoła wiadomość, cała reszta jednak – w tym ja – jest szczęśliwa, że w końcu zweryfikuje plotki, jakoby ten obraz miał być jednym z najlepszych w gatunku sci-fi ostatniej dekady...

Niedaleka przyszłość, obecnie ziemia w pozyskuje energię głównie z wydobywania helu-3, który znajduje się tam, gdzie światło nie dochodzi – po drugiej, ciemnej stronie księżyca. Całe wykopaliska są zmechanizowane do tego stopnia, że wymagają tylko jednego człowieka – obecnie jest nim Sam Bell (magnum opus Sama Rockwella), któremu niedługo skończy się trzyletni kontrakt i będzie mógł wrócić wreszcie do domu. Skończy się okres, gdy mógł rozmawiać tylko z samym sobą albo z komputerem pokładowym. Na 2 tygodnie przed końcem jednak... coś się wydarzyło. Po pokładzie zaczyna chodzić jego sobowtór – całkowicie normalny i ludzki osobnik. Pytanie, skąd się wziął... I czy na pewno jest człowiekiem.

Fabularnie jest to połączenie pierwszej nowelki z „Dzienników gwiazdowych” Lema oraz środkowej części „Odysei kosmicznej” Kubricka. To pierwsze mogło być inspiracją do dosłownej wieloosobowości głównego bohatera, to drugie dodało od siebie wszechwładny komputer Getry (chyba każdy rozpozna głos Kevina Spacey) oraz sposób na przedstawienie pustki w kosmosie czy wewnątrz bazy (niektóre korytarze to niemal kopia „Odysei...”). Jones wymieszał te dwa elementy i wykorzystał do przedstawienia własnej myśli – chodzi tu przede wszystkim o morał historii Sama oraz emocje.
Arcydzieła może nie stworzył, ale solidną robotę i owszem. Cały przebieg fabuły – mimo że oryginalny – jest przewidywalny już po pół godzinie. Sam reżyser zbyt się spieszy z wyjawieniem wszystkich tajemnic, zostawiając sobie za mało materiału na resztę filmu. Udaje mu się jednak dobrze opowiedzieć i zwieńczyć historię zadowalającym zakończeniem – które można nawet określić jako otwarte. Tak, fabuła na pewno jest jednym z powodów, dla których warto film obejrzeć, szczególnie jeśli jest się fanem klasycznej fantastyki.

Przede wszystkim jednak, zachwycił mnie Sam Rockwell. Napisałem wyżej, że ta rola to jego magnum opus – i nie ma w tym przesady, a nawet jest to prawdopodobnie najlepszy pokaz aktorstwa jako takiego w historii. Owszem, zawdzięcza to formie filmu – ale działa to w obie strony. Jest jedynym aktorem w filmie, który nie pojawia się tylko w przyprószonym monitorze (rodzina Sama, jego szefowie) albo nie posługuje się tylko głosem (wspomniany Spacey), ale gra całym sobą od początku aż do końca filmu. Mało tego, w końcu gra rolę podwójną – jako swój sobowtór, żyje ze sobą, kłóci się z samym sobą, a nawet się ze sobą bije. Technologia to umożliwiła, jednak to dzięki Rockwellowi wygląda to w pełni realistycznie. I na tym nie koniec – Rockwell stworzył jednocześnie na ekranie dwie różne postaci. Wytworzył między nimi kontakt – z początku negatywny, potem sprawił, że się zaprzyjaźnili i wspierali. Sprawił, że widz czuje zupełnie inne emocje do każdej z postaci, odróżnia ich po mimice, a nie dzięki kombinezonowi i podbitemu oku. Dzięki temu Sam Bell stoi teraz obok Fostera Kane’a i Daniela Plainview na podium najlepiej zagranych postaci wszech czasów, a biorąc pod uwagę skalę przedsięwzięcia – nad nimi. Oklaski na stojąco.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/moon/