środa, 17 sierpnia 2011

Obława

Crime & Neo-Noir, 1966


Główny bohater Reeves (grany przez Roberta Redforta) ucieka z więzienia, zmierzając ku rodzinnym stronom, gdzie na samą plotkę o tym zawrze, a całe miasteczko do wieczora rozpęta prawdziwą wojnę...

Pierwsze co zaskakuje to mnogość postaci, obecnie takie coś widzi się tylko w serialach (o różnicy poziomów nie wspominam, bo niewiele jest seriali o równie dobrze napisanych bohaterach co „Obława”). Szeryf, jego żona. Zbieg, jego rodzice, jego żona. Jej ojciec (właściciel baru), jej nowy ukochany (serdeczny przyjaciel Reevesa). Jego ojciec, najbogatszy mieszkaniec miasteczka. Jego pracownicy, m.in. Edwin, którego zdradza żona. A jeszcze są inni mieszkańcy: miejscowa para emerytów, murzyn pracujący na złomowisku lub nastolatki akurat wyprawiające imprezę (czas akcji filmu obejmuje niecałe 24 godziny, od rana do późnej nocy). I wszystko to bez stresu zmieszczono w 130-minutowym filmie. Brawa dla reżysera, brawo dla montażysty.

Grifter dosyć często korzysta z różnych parafraz tytułu Coenowskiego „To nie jest kraj dla starych ludzi”. To obejrzeniu filmu Penna film Coenów nie ma za wiele wspólnego z tytułem. Nie przy „Obławie”.

Bo to świat pełny dorosłych dzieci, niesamodzielnych i słabych, którzy – gdyby zostawić je samych sobie – pozabijaliby się do wieczora. Na pierwszy rzut oka normalni spokojni mieszkańcy, ale im dłużej widz jest z nimi w towarzystwie, tym bardziej chce zawrócić. Tylko gdzie? Tu nawet szeryf jest zmęczony, bo jest traktowany jak własność podatników, który ma robić to co im karze – choćby aresztowanie murzynów na rozkaz. Albo mordowanie. Im później, tym życie na ulicy staje się bardziej niebezpieczne.

Tutaj raziły mnie błędy logiczne, głównie w postawie szeryfa który chciał przestrzegać prawa... Ale jakoś tego nie robił zazwyczaj, tylko wtedy gdy mógł wyjść na herosa. Ludzie piją, a potem prowadzą. Strzelają, zakłócają porządek. Nawet biją więźniów i policjantów – i nic? Jasne, niby to dodatnio wpływa na poczucie zaszczucia i bezsilności ludzi prawych – ale bez przesady...

Świetnie zagrany (jedna z najlepszych obsad w historii), wyreżyserowany, napisany.


7/10.

wtorek, 2 sierpnia 2011

ZWYKLI LUDZIE

Psychological Drama & New Hollywood, 1980


Trudno w sumie streścić, o czym on jest. O nastolatku w depresji i jego zmaganiu się z codziennością, rodzicami, kolegami, koleżanką, trenerem i psychologiem. Kameralny i wiarygodny dramat psychologiczny pełen emocji. Z początku dialogi się nie kleją - tak miało być, między dzieckiem i matką nie było kontaktu - co świetnie udało się nie tylko napisać ale i zagrać, właściwie każdy z czwórki głównych aktorów zagrał rewelacyjnie, a najlepiej sam bohater: Conrad.

Z jednej strony, to chyba jedyny przypadek, kiedy taki przygnębiony człowiek nie jest smutny 24 godziny na dobę, czasami się uśmiecha - ale jednocześnie całość nie traci wtedy na wiarygodności, reżyser idealnie to wszystko przekazuje. Bo tak w rzeczywistości jest, ale na filmach ludzie albo smucą się cały czas, albo widz czuje w tym fałsz. "Zwykli ludzie" są wyjątkiem.

Na dodatek to chyba pierwszy film w którym dwóch mężczyzn mówi sobie "kocham cię". Do czasu "Stary, kocham Cię", gdzie zrobiono to drugi raz.

Całość na 6 z plusem, daję ostatecznie 7, bo zaskakująco dobrze się to ogląda. Prawdziwy, wciągający i dojrzały film. Nie jestem pewny, czego zabrakło, ale stawiam na narrację, i mało spójny obraz jako całości. Wątki nie są spójne, są oddzielone od siebie dosyć wyraźną linią - do pokoju wchodzi ojciec z synem, potem matka, syn gada z matką, idzie do pokoju. Do pokoju wchodzi ojciec, gada z synem, on wyjaśnia co ma do matki. Ojciec przekazuje to matce jakieś pół godziny później, bo wcześniej trzeba było dokończyć wątki ze szkołą. Sama postać ojca też niezbyt bogata, dopiero na koniec coś w niej się rusza tak na poważnie.


7/10.
http://rateyourmusic.com/film/ordinary_people/