poniedziałek, 31 grudnia 2012

MAKE WAY FOR TOMORROW

Drama & Romance, 1937


Kolejny film o staruszkach. Bez efekciarstwa i "mocnych" uderzeń w postaci chorób i śmierci. Nie potrzebował tego. Ale na początek - miał być z gatunku "Christmas", a tego nie ma. Czasem w tle widziałem jakiś śnieg, ale poza tym to nie jest ten gatunek. Wracając do filmu - babcia z dziadkiem tracą dom, więc każde z nich musi zamieszkać z innym potomkiem. Oddaleni o 300 mil sprawiają kłopot swoim pociechom.

I to w zasadzie tyle. Niepokojące jest, jak bardzo to wszystko aktualne. Prawie 80 lat minęło, a bohaterowie zachowują się jak dzisiaj. Ci którzy obejrzeli ten film podczas premiery, dziś już nie żyją, a ich dzieci zamienili się sami w takich dziadków... Radio się zmieniło, telefony się zmieniły, nie ma już czarnej służby, ale to tylko otoczka dla reszty, która najwyraźniej jest taka sama. Dziwne uczucie.
Nie będę za dużo mówił, bo na pewno znacie to z własnego życia. Jak odbierają telefon i mówią tak głośno, że wszyscy wokół zamierają w niezręcznej ciszy - i tak dalej. Jest atmosfera niezręczności, wszyscy starają się mówić półgębkiem i kombinują, jak by tu coś zrobić jednocześnie nie urazić papy i mamy. Jest gorzko, bo prawdziwie. Na trzecią część filmu ten realizm zmienia się w cukierkowość, gdy starsi spędzają razem czas i wszyscy których spotkają są dla nich bardzo mili. Mogłem kupić jeszcze tego sprzedawcę aut i barmana, ale dalej już tak nie można. Są granice, i je przekroczono.

Co ciekawe, na ostatnie kilka minut znów powrócono do realizmu, uzyskując najsilniejszy efekt. Niczego nie zdradzę, choć jak już wspomniałem: nie ma śmierci ani innych wielkich rzeczy. Użyto małych słów w małej scenie. Ale całość mnie bardzo poruszyła. Wtedy właśnie pomyślałem, że to jednak naprawdę dobry film. Piękne, skromne zakończenie. Kto wie, czy nie na zawsze.

Przeszkadzała mi trochę dykcja aktora grającego dziadka. Parę razy próbowałem zignorować napisy i wsłuchać się w to co mówił... I nie bardzo się dało, naprawdę. Oglądałem z angielskimi, polskich nie ma.


7/10.
http://rateyourmusic.com/film/make_way_for_tomorrow/

sobota, 29 grudnia 2012

STOP MAKING SENSE

Concert, 1984


Jest to zapis precyzyjnie zaplanowanego i wspaniale wykonanego koncertu Talking Heads. Zaczynamy od butów dziwnego gościa wychodzącego na parkiet z odtwarzaczem kaset. Wychodzi na środek i bit zaczyna lecieć. Spoglądamy w góre - ma gitarę, po chwili zaczyna grać "Psychokiller". On, akustyk i ten bit, nic więcej, scena wielka i pusta. Ujęcie zza pleców, widzimy w końcu publiczność. Takie moje zastrzeżenie - za rzadko ją widzimy. 95% filmu to tylko scena, całość mogła właściwie być nagrana w studio a publiczność wstawić tylko do kilku momentów.

Ale reszta to świetne widowisko. Nawet dla mnie, kogoś kto przesłuchał dwie płyty TH i nic nie poczuł. A tutaj półtorej godziny słuchało się - i przede wszystkim oglądało - znakomicie. Świetne uczucie, tak patrzeć jak to wszystko działało i rozrastało się z piosenki na piosenkę, a wokalista dawał z siebie coraz więcej i więcej. Zaczynamy od bitu i akustyka, w drugiej piosence dochodzi kobieta na basie, w trzecim kawałku pan na perkusji (są kółka kamery wokół niego!) i tak dalej. I to wszystko bez większych przerw, wszystko jest dokładane w czasie trwania poprzedniej piosenki.

Obejrzałem i świetnie się z tym czuję.


7/10.
http://rateyourmusic.com/film/stop_making_sense/

niedziela, 9 grudnia 2012

SKYFALL

Spy & Action, 2012


Recenzja bez opisu fabuły. Deal with it.

Bond jadąc na motocyklu uderza w murek nad mostem, wylatuje w powietrze by wylądować na przejeżdżającym niżej pociągu. Oczywiście "wylądować" oznacza złapać się jedną ręką w ostatniej sekundzie i następnie się wdrapać. Przeciwnik twardo ostrzeliwuje naszego bohatera, ten więc nie ma wyjścia - musi skorzystać ze stojącej akurat obok koparki która również jedzie tym pociągiem. Przeciwnik jednak nie daje za wygraną i odłącza wagony - Bond wbija łopatę koparki w dach wagonu i przebiega po jej ramieniu by w ostatniej sekundzie wskoczyć na pociąg - podczas gdy reszta, łącznie z koparką i oderwanym fragmentem wagonu, turla się z tyłu w najlepsze. A nasz protegowany jedynie poprawia krawat i biegnie dalej.

Jakieś 10 minut później stwierdziłem, że właśnie obejrzałem najbardziej intensywne, trwające 17 minut otwarcie w kinie w 2012 roku. Sceny akcji w "Skyfall" naprawdę są wykonane na wysokim poziomie. Zróżnicowane, ciekawe, trzymające w napięciu. I bardzo kreskówkowe. Jest taka scena, w której Bond dopada tego, kogo ścigał. Ten naciska guzik i robi dziurę w dachu. Bond zdziwiony: "To było dla mnie?". I słyszy: "Nie... ale to tak". I przez dziurę wjeżdża wagon metra. Świetne! Ale przerysowane zdrowo.

Jednak większość seansu to wyczekiwania na kolejne sceny akcji. Również dlatego, że jako jedyne w filmie są w pełni oryginalne. To co jest między nimi dosyć szybko przywołuje z pamięci takie filmy jak "Avengers", "Czas Apokalipsy" lub Nolanowską trylogię Batmana (również pod względem muzyki). Nie są przez to jednak złe, większość jest nawet w porządku... I tylko tyle. Wyraźnie odstają od walk lub pościgów, które są intensywne i świeże. Cała reszta ma swoje mniejsze lub większe bolączki. Jest chaos w części scen, np. Bond ściga kogoś, traci trop, jego cel ucieka... Cięcie, nowe pomieszczenie, Bond już znowu jest na tropie, nie wiadomo jak i skąd. Jest wątek wyczerpania bohatera, widzimy jak nie daje rady na początkowych testach sprawności, trafia pół metra od celu i tak dalej. Dalej w akcji widzimy jego zmęczenie lub wachanie czy podoła. I to tyle, wątek ten znika nie bardzo nawet wiem kiedy.

W końcu zostaje przeciwnik Bonda, tajemniczy nieznajomy. Z początku sprawia wrażenie najlepszego elementu filmu, bardzo opanowanego i hipnotyzującego, mającego bardzo mocne motywacje by robić to co robi. Nawet nie przeszkadza, że jego zachowanie jest trochę zbyt "różowe". I nic. Absolutnie nic. W konfrontacji z Bondem, bohater filmu okaże się zbyt jednowymiarowy by podjąć dyskusję lub sprawdzić, czy może jego wróg ma rację. Nie robi nic, niczym robot bez słowa wykonuje swoją robotę do końca. Również pozostawiony samemu sobie, zawaha się bez powodu gdy będzie mógł zrealizować swój cel, a na koniec pójdzie w schemat, czyli: na ślepo będzie strzelać by zabić, przywiezie helikopter i bomby, a w sytuacji sam na sam z bezbronnym Bondem... właściwie nic nie zrobi.

Jeśli oczekujecie scen akcji, będziecie bardzo zadowoleni. Jeśli oczekujecie równego filmu, wtedy jest już gorzej, bo jeśli się wgryźć w intrygę lub cokolwiek innego poza scenami akcji, to na dłuższą metę funta kłaków to nie jest warte.


7/10.
http://rateyourmusic.com/film/skyfall_f1/

PS. Ostatnie 30 minut to porażka, z zastawianiem pułapek w stylu Kevina, teorią "Idźmy na drugi koniec świata, film musi trwać jeszcze pół godziny dłużej!" i kaleczeniem tego, co do tej pory było dobre.

piątek, 7 grudnia 2012

COMMUNITY / Top 10 odcinków, part II

Miejsce 5:
"Studies In Modern Movement" (3x07) - 9/10.
Widok Troya przywalającego Abedowi opakowanego w folię bombelkową. Wystarczyłby. Jak jasna cholera, wystarczyłby.

Ale to, czym ten odcinek jest, to przedstawienie cieni które Abed z Troyem wykonują dla Annie, gdy ta się do nich przeprowadziła. Cofnięcie widza w rejony dziecięcej wyobraźni, nawet jeśli ten jej nigdy nie miał. A nawet więcej: to taka wyobraźnia, ale zachowana wewnątrz do wieku dojrzałego. I to jest w tym piękne. Absolutnie.

Przyznaję, przez większość czasu jest to typowy odcinek "Community", który zapamiętam głównie z powodu jednego żartu lub sceny, i potem nawet nie będę umiał przypasować tej sceny do konkretnego odcinka. Wątek z Jeffem jest monotonny, Pierce podobnie. Jezus w aucie Britty nieśmieszny. Zostaje tylko Annie w mieszkaniu. Ale to co jest tu dobre, jest bardzo dobre. Szczególnie zakończenie. Kiedyś przy okazji któregoś odcinka pierwszej serii stwierdziłem, że "zaczynam lubić bohaterów również za wybory których dokonują". Tu jest tego najlepszy przykład: Annie stawia ultimatum - albo ona, albo dreamatorium. I oni wybierają właściwie. Bez żadnych poświęceń własnych wartości czy innych bzdur.

A na koniec Jeff opłakuje Koniobota 3000. *-*



Miejsce 4:
"Virtual Systems Analysis" (3x16) - 9/10.
Incepcja w czterech ścianach. Troy idzie z Brittą na obiad, więc Abed idzie do Dreamatorium z Annie, jednak zabawa w wyobraźni nie działa. W końcu Annie zmieni ustawienia Pokoju czym psuje Abeda, który upada a po przebudzeniu twierdzi, że żaden Abed nie istnieje. Annie wyrusza w podróż by go odnaleźć.

I tak, Abed dosłownie to stoi tuż przed nią. Wszystko rozgrywa się w małym pokoju wyłożonym greenscreenem. A mimo to pod koniec można się zgubić w tym, kto kim jest i o co chodzi. I mówi to człowiek, który zrozumiał "Incepcje" :)

Jednym słowem wracamy do przedstawienia cieni z odcinka w którym Annie się przeprowadzała. Wracamy na teren dziecięcej wyobraźni zachowanej w dorosłym człowieku. Atrakcją odcinka jest poznanie bliżej obu tych bohaterów, a widok zakutego w kajdanach Abeda jest naprawdę dobijający - i szczery. Serial ponownie miesza prawdziwy świat do tego swojego, radosnego. Przez chwilę staje się poważniej, by następne żarty śmieszyły bardziej. Choć już nigdy nie spojrzę na Abeda tak jak wcześniej.

Było najpierw 10/10, ale stwierdziłem, że wyżej stawiam miejsce trzecie, więc ocena też musiała spaść.




Miejsce 3:
"Abed's Uncontrollable Christmas" (2x11) - 9/10.
Wielokrotnie tu wspominam o kreskówkowości, ale ten odcinek dosłownie jest kreskówką. W imię stworzenia najlepszego odcinka świątecznego od czasu tego z Tomem i Jarrym, o poszukiwaniu znaczenia Świąt. Masa żartów czwartej ściany, masa nawiązań do innych filmów ("A.I", "Polarny Ekspres", remake "Willy Wonki" od Burtona), dwie piękne piosenki i masa zabawy. Kto chciał po tym odcinku upiec ciasteczka świąteczne?
I nie oglądajcie tego odcinka wcześniej niż listopad. Poprzedni odcinek świąteczny jeszcze rozgrywał się 10 grudnia w USA, nie było śniegu i było całkiem słonecznie. Tutaj już czuć klimat świąt od pierwszej klatki.



Miejsce 2:
"Remedial Chaos Theory" (3x04) - 10/10.
"Troy i Abed w nowym mieszkaniu!". I z tej okazji zapraszają resztę bandy. Podczas gry w portorykańskie szachy przychodzi pizza i ktoś musi po nią zejść. Wszyscy w tym samej chwili się zaklepują, więc Jeff bierze kostkę i decyduje: "zaczynając od mojej lewej ile oczek wylosuję ta osoba idzie". Tworzy się sześć różnych linii czasowych w których kto inny schodzi po pizzę.

Żeby było jasne: sześć różnych historyjek zbudowanych na nieobecności jednego z paczki. Wszystkie na tyle krótkie by mogły się rozegrać w krótkim czasie potrzebnym by zejść na dół, odebrać pizzę i wrócić. Do tego ograniczenie całości do niecałych 22 minut. A twórcy poszli o wiele dalej.

Każda wersja zdarzeń jest zupełnie inna w skutkach i właściwie nawet rozwala cały serial na sześć różnych wariantów - do tego wrócę. Świetne jest to, że każda z historyjek jest jednocześnie oddzielna ale i dokłada coś od siebie do następnych, np. geneza trolla wyjaśniona jest w jednej a wykorzystano to w dwóch innych. Broń wprowadzono w jednej, wyjaśniono w drugiej a wykorzystano w trzeciej. Niesamowite.

Do tego jest rewelacyjne budowanie tempa i napięcia do wariantu bez Troya. Najdziksze i najszybsze 60 sekund jakie zobaczycie na ekranie. Zapewniam, że za pierwszym razem nie zdążycie zobaczyć co się tam stało i obejrzycie to jeszcze raz od początku. A gdy wydaje się, że nic gorszego już się nie wydarzy, Jeff wysyła po pizzę Abeda i zdarza się... to.

Kto by pomyślał, że "Community" potrafi być tak dramatyczne. Nakręcone kreskówkowym stylem, mnóstwem żartów i przesadzone, ale mimo wszystko konsekwentne w życiowy sposób. Do tego to co uwielbiam w tym serialu, czyli wprowadzenie przeszłości bohaterów. Tym razem choćby Pierce okazuje się przeżywać (nadal) koniec wspólnego mieszkania z Troyem i jest zazdrosny o Abeda. A na koniec dostajemy odpowiedź na pytanie: co jest właściwą linią czasową? Jednym słowem: wybitny pomysł wykonany w wybitny sposób.



Miejsce 1:
"Cooperative Calligraphy" (2x08) - 10/10
Apogeum żartów czwartej ściany, pomysłowości i najlepszego wykonania wszystkiego na każdym poziomie. Cały odcinek rozgrywa się w jednym pokoju, który bohaterowie już mają opuścić kiedy Annie odkrywa, że zginął jej długopis. Kolejny podrząd, więc ma tego dosyć, i nikt nie wyjdzie póki ten się nie znajdzie. Niewinny początek tylko podkreśla wszystko, co się zaraz stanie. Szukają pod spodem i wokół stołu, długopisu nie ma. Zaczynają rozważać, że ktoś go zabrał... tylko kto? Zaczynają się nawzajem podejrzewać, a każdy starając się załagodzić sytuację i uspokoić pozostałych staje się tylko bardziej podejrzanym. Barykadują drzwi, przewracają wszystko do góry nogami. Po kolei pękają kolejne bariery, bohaterowie popadają w coraz większy obłęd z jednej strony podejrzewając wszystkich, z drugiej się tego wstydząc, nie wierząc w to co się dzieje. A długopisu nadal nie ma. W finale bohaterowie pogrążeni są w czterech ścianach, które sami zbudowali. Nikt nie może wyjść, bo wtedy do końca życia będą się podejrzewać i piekło które przeżyli tego dnia - bycie podejrzewanym przez przyjaciół jednocześnie ich podejrzewając - będzie mogło się powtórzyć. Co zrobić? To coś więcej niż niezrozumiała Kafkowska sytuacja bez wyjścia. Do cholery, chodzi o długopis! Przez to całość jest tak surrealistyczna, podczas gdy cała reszta jest całkowicie wiarygodna psychologicznie i tak dalej.

To nawet nie brzmi jak odcinek serialu komediowego, prawda? I tutaj jest największa niespodzianka: śmiałem się cały czas. Bo "Community" opanowało do perfekcji napędzanie dramatyzmu za pomocą żartów, do końca utrzymując w każdej sekundzie element kreskówki. Są teksty Jeffa ("To mój długopis" gdy Britta chciała dać Annie własny długopis, i "Właśnie stałeś się moim bohaterem", gdy Troy dał mu swój plecak do przeszukania i okazało się, że trzyma tam wyłącznie poduszkę). Są żarty Pierce'a ("Statystycznie, to Troy zabrał długopis"), są tyrady Britty o Guantanamo i 1984, gdy zaczeło się przeszukiwanie torebek, a na końcu okazuje się, że Abed dla wygody wyznaczał sobie cykle menstruacyjne dziewczyn w grupie (Pierce: "Właśnie stałeś się Moim bohaterem"). I elementy fabuły całościowej, czyli okazuje się, że Shirley miała owulację w Halloween.

czwartek, 6 grudnia 2012

COMMUNITY / Top 10 odcinków, part I

Miejsce 10
"Anthropology 101" (2x01) - 9/10.
Z miejsca polubiłem ten odcinek, a wtedy to była najwyższa oceną jaką dla serialu dałem. Drugi rok studiów, kontynuacja zakończenia Britty z poprzedniego sezonu. Teraz okazuje się, że jej wyczyn był odebrany w pozytywny dla niej sposób - staje się idolką. I robi z siebie idiotkę, by być dalej uwielbianą.

Cholernie spodobała mi się jej rywalizacja z Jeffem w tym odcinku, gra bez żadnych reguł, z rewelacyjną kłótnią w środku, Abedem organizującym ślub w 40 sekund, wytrzaskującym skądś Irlandzką śpiewaczkę... i morałem, że najważniejszy jest szacunek... (A nie, bo transformers z patyków! xD) Rewelacja...



Miejsce 9
"Curriculum Unavailable" (3x19) - 9/10.
Swoisty "The Best of" do którego wszedł Dave z "LOST". Najbardziej fabularny z odcinków "Community", budzący uczucie "chcę zobaczyć, co będzie dalej!". Z jednej strony odcinek kontynuuje wcześniejsze wątki, z drugiej mogę co nieco ujawnić: w skrócie Abed zostaje skierowany na terapię do psychiatry, a zabiera się z nim reszta paczki. Po kolei, zaczynając na dziwnościach Abeda, poprzez dziwności pozostałych, kończąc na tym, że to Greendale zrobiło z nich wariatów. Wszystko zobrazowane zupełnie nowymi gagami, bez żadnej fabuły, feeria 10-sekundowych żartów. Śmiech non-stop bez żadnych przerw. Cudowne.

I trach, na koniec staje się poważnie. I tak jak pojawienie się Dave'a w "LOST" mogło oznaczać koniec fabuły i wielki finał z zaskakującym twistem. Ale na szczęście jest tylko okazją do kolejnych żartów czwartej ściany... które wydają się za mocne, jakby celowali w coś więcej. Gdy słyszę Garretta mówiącego "Chcę zobaczyć co się stanie, gdy zabiorę im długopis", czuję się jakby twórcy łamali coś jeszcze poza czwartą ścianą.

Zmiana czasu i reakcja Abeda, Troy krzyczący: "Dobre wieści! Wydałem wszystkie swoje pieniądze!" oraz Jeff mówiący: "Niech mi ktoś pomoże poprawić nastrój".



Miejsce 8
"Conspiracy Theories and Soft Defenses" (2x09) - 9/10.
Dziekan odkrywa, że Jeff uczęszcza na zmyślone przez siebie zajęcia z teorii konspiracji. Jeff jednak upiera się, że mówi prawdę, więc idą do sali prof. Profersorsonna. A tam ku zaskoczeniu Jeffa naprawdę go spotykają. Jeff zmyślił te zajęcia, ale skąd... ten facet... i do tego miał legitymację?

To ten odcinek, który wydaje się, że będzie na poważnie, ale jest kreskówkowy do końca. Nawet jak na koniec wszyscy giną i wymiana zdań w ciągu 15 sekund przebija stopniem skomplikowania "Incepcję" to i tak śmiałem się zdrowo. Tego nie dało się brać na serio. Przynajmniej nie dłużej niż przez 15 sekund.

A Abed z Troyem mają to gdzieś i budują fort z koców, który zaczyna żyć własnym życiem. Czołówka pomysłów tego serialu, przez który chce się wejść w ekran i tam zamieszkać.



Miejsce 7
"Intermediate Documentary Filmmaking" (2x16) - 9/10.
Uwielbiam świrów. A tutaj jedna postać ześwirowała na tyle, żeby innych doprowadzić do szaleństwa. I to jeden z tych przypadków, gdy warto byłoby obejrzeć kilka poprzednich odcinków by ogarnąć akcję tego.

Pierce leży w szpitalu i twierdzi, że umiera od przedawkowania leków. Zaprasza więc przyjaciół by się z nimi pożegnać (Troy: Żegnać? Czyli zamierzasz nas zabić?!). Abed kręci o tym dokument m.in. wyjaśniając na wstępie, że Pierce wcale nie umiera, chce tylko zemścić się na przyjacielach. Więc się zaczyna...

Każdy plan polega w jakimś stopniu na zniszczeniu psychicznym, i to na poważnie. Wszystko oczywiście owocuje mnóstwem żartów (choćby sceny w których Jeffowi "odwala") ale jednak nie można ukryć, że sytuacja z czasem staje się coraz poważniejsza. Nie tylko wraz z oczekiwaniem na przyjazd ojca Jeffa, ale też gdy okazuje się, że Pierce naprawdę ich przejrzał i uderzył gdzie miał zamiar.

Plus konwencja dokumentu która wcale nie jest jej parodią, chociaż z niej żartują. Wiele żartów czwartej ściany, wiele nowych rzeczy o bohaterach, świetne zakończenie tej "trylogii złego traktowania Pierce'a".



Miejsce 6
"Modern Warfare" (1x23) - 9/10.
Dosyć oczywista pozycja. Pierwszy odcinek w którym twórcy poszli na całość idąc w kreskówkę jak to tylko możliwe przy pracy z żywymi aktorami. Rozpoczynając na szalonym pomyśle brutalnego turnieju paintballa w którym wszyscy walczą jakby byli na polu walki i dzierżyli prawdziwe spluwy. Jest genialny wstęp z Jeffem który idzie się zdrzemnąć do auta, a gdy po godzinie się budzi widzi istne pobojowisko, jakby właśnie nadszedł koniec świata wg Emericha (wszystko w jednym ujęciu!). Potem mamy Abeda skaczącego od ściany nad Jeffem by go uratować, Troya zachowującego się jak typowy czarny w filmach wojennych ("Łi foć'ju ded, men!"), Britta robi wślizg między nogami Jeffa... i tak dalej aż do końcówki, w której wybucha bomba atomowa. Poszli na całość, i to w wielkim stylu.

wtorek, 4 grudnia 2012

SIEDMIU PSYCHOPATÓW

Black Comedy & Buddy, 2012


Podobał mi się. Ale oczekiwałem więcej i bardziej. Nie pomaga tu zwiastun filmu w którym widz znajdzie najlepsze sceny, z najlepszymi dialogami i największą dawką śmiechu. Wyjdzie z kina niezadowolony z faktu, że film jako całość prezentuje poziom co najmniej o dwie klasy mniejszy...

Początek jest obiecujący - widzimy kilka różnych scen których połączenie z początku nie jest jasne. Widzimy jednego człowieka zabijającego dwóch innych, po chwili pojawia się jego tytuł: Psychopata #1. Wspomnienie o tym znajduje się w gazecie którą Marty czyta. Marty jest scenarzystą, właśnie tworzy film o tytule "Siedem Psychopatów" i wymyśla tytułowe postaci. Kilka scen później widzimy brutalną scenę opowiedzianą przez Marty'ego i podpis: "Psychopata #2". Wiemy, że to jest postać do filmu. Powiedziane jest to wprost. Jest jeszcze wątek przyjaciela scenarzysty, Billy'ego, który wraz z Hansem zajmuje się porywaniem psów które oddaje właścicielom pod przykrywką "znalezienia ich" i odbieraniem za to sporej nagrody. Jak te elementy połączą się w spójną fabułę? Czekałem na to i byłem zaskoczony, nawet kilka razy.

To były te najlepsze momenty filmu. Bohaterowie byli naprawdę ciekawi, dalogi były coraz lepsze, całość była zabawna. Niestety, szybko się okazało, że historia jest prosta jak Mass Effect 2 i to najbardziej zaszkodziło całości. Jest zbyt banalna, zbyt nudna. Bohaterowie starają się to urozmaicić, ale nie bardzo im to wychodzi. Koniec końców strukturę film łatwo streścić: najpierw jest oczekiwanie do konfrontacji, następnie konfrontacja i koniec filmu.
Tych psychopatów nawet nie ma siedmiu, tylko sześciu. Inny jest tylko wymysłem Marty'ego. Tom Waits z kolei ma dwie i pół sceny, które w zasadzie można by wyciąć z filmu i nic by się nie zmieniło.

Film posiada wiele mocnych krwawych scen, świetnie zresztą nakręconych. Ma kilku dobrych bohaterów i parę świetnych dialogów, przez cały seans mimo wszystko będziecie się uśmiechać nawet jeśli to nie będzie zbyt szeroki uśmiech - szzczególnie, jeśli lubicie żarty czwartej ściany. Ale nie oczekujcie za wiele. Jest nieźle.


6/10.
http://rateyourmusic.com/film/seven_psychopaths/

poniedziałek, 3 grudnia 2012

COMMUNITY

COMMUNITY
Sezon 1-3, 2009-11


"We're gonna fly to school each morning, we're gonna smile the entire time..."

"South Park" i "Scrubs" łączy jedna cudowna cecha: uniwersalny świat, w którym wydarzyć się może absolutnie wszystko, a jedynym ograniczeniem jest wyobraźnia twórców. W obu produkcjach jednak podchodzono do tego z innym nastawianiem - z jednej strony jest Bill Lawrence, któremu udało się połączyć to z naciskiem na realistyczną stronę całości. Rozumiem przez to, że główni bohaterowie naprawdę wykonywali swoją pracę, leczyli pacjentów,
dorastali i dojrzewali. Duet Trey Parker & Matt Stone postanowił na absolutną umowność - trójka głównych bohater już bodaj 10 sezon chodzi do czwartej klasy (nie pamiętam, w której serii zdali z trzeciej), kosmici pojawiają się przynajmniej raz do roku a Jezus żyje i ma się całkiem dobrze. "Community" połączyło oba te style.

Akcja serialu rozgrywa się na Uniwersytecie Greendale. W tym miejscu zdarzyć się może wszystko a uczniowie - mimo chodzenia na wykłady i tego, że wszystko zaczyna się od założenia grupy uczącej się wspólnie Hiszpańskiego - nigdy tak naprawdę się nie uczą a scen rozgrywających się w czasie lekcji jest zaledwie garstka. I wszystkie są umowne, a te właściwe (na poważnie) rozgrywają się w domyśle, z dala od kamery. Nie ma właściwie stresów związanych z egzaminami czy zarwanych nocy. Z pozoru wydaje się, że twórcy postawili na festiwal humoru i zbiór gagów bez fabuły, jednak bardzo szybko okazuje się, czym twórcy ją zastąpili: przeszłością bohaterów.

I nawet bez niej są wiarygodni, charakterystyczni i niezwykle szybko widz może się w ich mieszance zakochać. Są wśród nich m.in. Pierce, najstarszy w grupie, grany przez niemal 70-letniego Chevy'ego Chase'a, odpowiedzialny jest za żarty z dziedziny rasizmu, homoseksualizmu i seksizmu (a jest w tym absolutnie cudowny). Jeff, mój faworyt - ten który ma być "tym fajnym", ale ku mojemu zaskoczeniu on naprawdę jest fajny! Niezwykle sympatyczny, nieformalny przywódca grupy, mający zawsze najlepszy komentarz do całej sytuacji. Abed - człowiek incepcja, potrafiącym robić głosy, naśladować przyjaciół i sypać żartami czwartej ściany w ilości stanowiącej 3/4 całości serialu. W tle swoje trzy grosze wtrąci senor Chang, nauczyciel Hiszpańskiego któremu odbije najmocniej, lub dziekan o niepokojącej orientacji (wymienię tylko dalmatyńczyki). To co tu napisałem to niewiele, bo nie oddam tego, jak ci ludzie ze sobą współgrają w tworzeniu konfliktów, duetów, par i piętrowych żartów w niemal każdej rozmowie. To absolutne mistrzostwo świata i poziom dostępny tylko dla najlepszych - w kategoriach komediowych, oczywiście.

Każdy sezon to jeden rok akademicki zaczynający się jesienią i kończący na początku wakacji, w środku są odcinki halloweenowe, świąteczne, walentynkowe i coś tam wspomną o sesji. Nie ma tu większej ciągłości fabularnej, czasami tylko ktoś odwoła się do sytuacji z poprzednich odcinka (najprawdopodobniej będzie to złamaniem czwartej ściany). W środku tego wszystkiego jednak twórcy zaskakiwali mnie wprowadzając umiejętnie elementy dramatyczne, czyli wspomnianą przeszłość bohaterów. Pierce ma za sobą siedem rozwodów, Shirley samotnie wychowuje dwójkę dzieci, a historię pozostałych sami odkryjcie. Są one wplecione bardzo umiejętnie w całość, nie wychodząc ani razu przed szereg, jedynie jako uwiarygodnienie danej sytuacji, np. wyboru którego postać podejmuje (to również istotne: polubiłem ich za to, co wybierają i jakim wartościom hołdują. Przykładem mogą być zajęcia z antropologii i zadanie domowe w którym muszą uzasadnić, co jest najważniejsze dla przetrwania ludzkiego, i Jeff odpowiada: "Szacunek"). Dochodzi wręcz do sytuacji, że widz nawet i po obejrzeniu 60 odcinków dowiaduje się czegoś nowego o swoim ulubionym bohaterze, który na dodatek wciąż pozostaje spójną postacią. To spore osiągnięcie.

Ani razu nie jest to coś zamieniającego drastycznie całość lub spektakularnego, więc uspokajam: ten serial wywołuje łzy wyłącznie ze śmiechu. I jest w tym bardzo dobry. Twórcy zaskakują przede wszystkim pomysłami na kolejne odcinki - wspomnę tylko o budowaniu fortu z koców który zaczyna żyć własnym życiem, organizowaniu mafii w oparciu o dystrybucję kurczaków lub czyszczeniu statku kosmicznego który zostaje porwany. Po kolejny odcinek sięgałem również z ciekawości - co też twórcy przygotowali tym razem? I właściwie zawsze spełniali obietnicę czegoś niezwykłego.

Muszę też uprzedzić: pierwsze dwa odcinki bardzo mocno odstają od pozostałych. Bardzo mało w nich humoru, a bohaterowie są mocno inni od swoich późniejszych wersji. Pierce jest smutasem łażącym za innymi starając się, by go polubili. Jeff jest wyraźnie stylizowany na "tego fajnego", ale taki nie jest (jest dupkiem). Abed jest świrem w niezabawny sposób. Do kolejnych odcinków już zastrzeżeń nie mam, choć nie wszystkie idee twórców przypadły mi do gustu. Choćby granie w bilarda nago lub sesja RPG... Tych i dosłownie kilku innych nie wspominam dobrze. Z całością jednak mam właściwie same dobre wspomnienia. Ten serial ma potężną moc wywoływania uśmiechu - w moim przypadku pierwszego od wielu miesięcy. Sprawdźcie, czy zadziała również na was.


9+/10.

środa, 28 listopada 2012

KOBIETA W OKNIE

Film Noir, 1944


Bohater ma już swoje lata, spędza wieczór ze znajomymi w... klubie, chyba. Wieczorem wychodzi i przygląda się portetowi kobiety w oknie tego klubu. Siuprajz! Ta kobieta pojawia się przy nim! I zaprasza go do siebie, żeby zobaczył pozostałe malunki. Idzie, a tam jakiś typ wpada i chce bohatera zabić... bez powodu... Więc go ukatrupiają i postanawiają schować zwłoki. Robiąc przy tym maksimum zamieszania, by policja wyszła na jeszcze większych kretynów od samego mordercy... Poważnie, on przez pozostałe 3/4 filmu popełnia każdy możliwy błąd i za każdym razem wychodzi z kręgu podejrzanych dzięki "ojtam, ojtam, każdemu może się zdarzyć". Przesadzone do przesady, by ją zdefiniować.

O tytułowej kobiecie możecie już zapomnieć.

A najgorsze jest wykonanie. Każda inscenizacja, każdy dialog, jest tak sztuczny, tak nienaturalny, tak bardzo wymuszony... Aż nie mogłem w to uwierzyć. Scena morderstwa, jak bohater jest duszony i na koniec wyprostowuje ręce... jakby mama mu sweter zakładała... I ta kobieta teleportująca się przez pokój, by mu podać nóż... po czym ustawia się w pozycji numer 8... Tragedia !!

I jest jeszcze twist w zakończeniu, które o dziwo tylko pogarsza wszystko, bo nagle cały film okazuje się bezsensowny, skandalicznie głupi i o niczym.


4/10.
http://rateyourmusic.com/film/the_woman_in_the_window/

PIĘKNA ZŁOŚNICA

Drama, 1990


Reżyser ten sam od 12-godzinnego "Out 1".

Generalnie więc jest malarz, jest modelka, i fabułą filmu jest radzenie sobie z pustką wewnętrzną artysty, staranie by stworzyć dzieło, relacja między modelką i malarzem. Trudna, czasami brutalna (przy ustawianiu jest i ponaglaniu, by stała bez ruchu aż skurcz ją złapie). I maluje akt, więc połowa filmu to gapienie się na nagą kobietę w różnych pozach.

Jest wiele scen typu: malowanie szkicu. W jednym ujęciu, kamera widzi tylko ręce i kartkę papieru. I są szkice za szkicami, cały proces pracy, dźwięk rycia piórem po papierze został podgłośniony by drażnił, by wyrazić w ten sposób emocje związane z pracą.

I to tyle. Ten film to sztuka, trudno zaprzeczyć. Potrafi zahipnotyzować, choć nie na długo. Bardzo dopracowany, bardzo długi, monotonny i nie jest arcydziełem.


7/10.
http://rateyourmusic.com/film/la_belle_noiseuse/

wtorek, 20 listopada 2012

PIĘKNY I ZŁY

Melodrama, 1952


Dzwoni telefon. Po kolei do trzech różnych osób, każda zbywa dzwoniącego albo w ogóle nie podchodzi odebrać. To Jonathan Shields po 2 latach milczenia postanowił wrócić do biznesu i nakręcić film. Jeden z nich miał wyreżyserować, drugi napisać scenariusz a trzecia (bo to baba) zagrać. Ich nazwiska miały z kolei przyciągnąć sponsorów. W tym momencie zastanawiałem się, jaka będzie rola Shieldsa, skoro ani nie napisze, ani nie wyłoży kasy... więc co on zrobi?

Narracja do tego momentu jest dobra - Jonathan ani razu nie pojawił się osobiście, ani też nie usłyszałem jego głosu. I wtedy jest pierwszy zgrzyt: najazd kamery na pierwszego z trójki, który opowiada o swojej znajomości z Shieldsem. Ani to naturalne, ani żadne. Słabo. Ale sama historia już rewelacyjna. Bohaterowie, aktorstwo, praca kamery, ogląda się znakomicie.

Drugi zgrzyt polega na tym, że nigdy nie dojdzie do spotkania w teraźniejszości. Cały film to opowieści każdego z trojga, a potem film kończy się w bezpieczny sposób. Nie będzie zły, ale... tylko bezpieczny. Do tego te flashbacki nie pokryją się w żaden sposób, są oddalone od siebie w czasie. Znowu - tylko bezpiecznie. Ale w samej historii, w samym bohaterze jest mnóstwo siły, którą warto poznać. Warto zobaczyć.


7/10.

http://rateyourmusic.com/film/the_bad_and_the_beautiful/

niedziela, 18 listopada 2012

JESTEŚ BOGIEM

Drama & Music, 2012


Cholera wie, co to.

Jak na biografię zespołu, bardzo mało tu faktów, genezy tekstów chyba w ogóle nie ma. Jak na biografię jednego człowieka też cienko, bo nie znam prawdziwych danych Magika.

Generalnie tak wygląda historia zespołu wg filmu: facet rano idzie do szkoły, poznaje pierwszy raz hip hop, próbuje coś, idzie do słynnego Magika, oczywiście zostają ziomami od pierwszego wejrzenia, zakładają bend z jeszcze jednym typem. "Hej, a jak się nazwiemy?; Paktofonika. A co to? Pakt przy dźwięku głośnika. Sam to wymyśliłeś?". Robią single, nie idzie im w studiu więc się włamują do szkoły i po nocy tam pracują, gość im nie płaci i robi w jajo, ale znajduje się kolejny typ który zachwycony jest ich płytą, mimo że nie lubi hip hopu, ale ich kawałki są w pyte, więc im pomoże... Wydaje płytę, koniec. Ostatnie 40 minut to już budowanie do samobójstwa, żeby było choć trochę wiarygodne psychologiczne. I to jest raczej minus, skoro fakt historyczny w filmie wykonano tak, że jest tylko ciut wiarygodniejszy od próby samobójczej Kate z "Titanica".

Tak, jest bardzo po łebkach. Nawet nie pamiętam pseudonimu trzeciego członka. Ani czemu zajeli się hiphopem. Ani o czym były ich piosenki. Ani czemu tak się nimi ludzie zachwycili. Skąd ci fani itd. I generalnie chyba niewiele się dowiedziałem o Paktofonice. Tylko tyle, że drugim był Fok/cus. Bo to, że nagrywali hiphop, byli z Polski, byli popularni a Magik wyskoczył z okna to wiedziałem przed filmem.

Podobał mi się skok do przeszłości. I nie chodzi o to, że w Polsce nic się od 12 lat nie zmieniło, tylko naprawdę do tego się przyłożyli. Od tych dużych telefonów stacjonarnych po oryginalne nagranie z gali jakichś polskich nagród muzycznych i Reni Jussis w tv mówiącą, że Paktofonika dostała nagrodę za płytę HH.

Aktorzy z jednej strony nauczyli się rapować, a z drugiej ogolili głowy, założyli wyciągnięte dresy i na tym się często kończyło. "Przepraszam, a pan wie gdzie jest Magik?" z miną zbitego psa, no dajcie spokój.

No i oczywiście polska szkoła montażu dźwięku, czyli jak za oknem pada deszcz to dialogów nie usłyszycie.


4/10

http://rateyourmusic.com/film/jestes_bogiem/

sobota, 17 listopada 2012

DZIURA

Prison Film & Drama, 1960


39 miejsce w rankingu RYM.

Niby kolejny film o ucieczce z więzienia. Ale postawiono na naturalizm - żeby wyjść z celi muszą zrobić dziurę w podłodze. Zdejmują kilka paneli, odkręcają jedną metalową część od łóżka i zaczynają napie&dalać w goły beton. I tak naprawdę pierwsze cięcia, przeskoki, pojawiają się na koniec, kiedy rozłupany gruz trzeba usuwać by dokopywać się głębiej.

Wszystko przeprowadzone co do szczegółu, tu nie ma kogoś kto popełni błąd. Wszyscy perfekcyjnie zrobią co trzeba. A plan pozostaje przy tym banalny od początku do końca, niczym to rozwalenie ściany by wyjść z celi. I co ciekawe, wszystko jest tłumaczone. Czasem wręcz zbyt dosadnie tłumaczona. Zamiast pokazać, oni to mówią wprost, co może przeszkadzać i psuć iluzję.

Drugim takim elementem jest lekka cukierkować obsługi więzienia. Już w pierwszej scenie bohater łamie jakiś przepis, a dyrektor "Ojtam, ojtam, w porządku". Ale z drugiej jest sprawdzanie paczek z żywnością na takim poziomie, że można w nie uwierzyć, więc zbytnio nie przeszkadzało.

Całość trzyma w napięciu dzięki położeniu na realizm. Czuć bardzo mocno, że oni w każdej chwili dużo ryzykowali i mogli naprawdę być złapani. Sporo jest tu scen nakręconych "w czasie rzeczywistym", a niekiedy pomysłowość postaci potrafi zaskoczyć w przyjemny sposób. I to wszystko na faktach... Zakończenie nie do końca satysfakcjonuje.


7/10. Tak, robiłem polskie napisy.
http://rateyourmusic.com/film/le_trou/

http://www.youtube.com/watch?v=a2mht5EZlRc (!!!)

czwartek, 15 listopada 2012

MISTRZ

Psychological Drama, 2012


Jest w tym filmie scena wtrącenia do więzienia Freddy'ego, który po zamknięciu dużo krzyczy, rzuca się, wali barkami w górną pryczę a na końcu rozwala sedes... Wszystko w jednym ujęciu. Wyobrażacie sobie, że kręcono to z dublami? Ktoś wstawiał do celi kolejne sedesy, Joaquin Phoenix raz za razem bił tymi plecami, zdzierał sobie gardło kilkugodzinnym krzyczeniem... To jedna z najciekawszych zalet filmu: przy oglądaniu łatwiej jest uwierzyć, że to prawdziwe życie niż film. Podobne wrażenie wywarł na mnie "Sid i Nancy" lub "Le Trou".
Podobało mi się tempo filmu, zgranie montażu z muzyką, zdjęcia, poszczególne sceny, narracja również ma swoje bardziej udane momenty (jak choćby podanie nazwiska tytułowego mistrza, które pada w połowie filmu). Napisałem o zaletach w skrócie, bo chciałbym się skupić za tym, co mi się nie podobało, jednak nie chcę byście odnieśli wrażenie, że film w ogóle mi się nie podobał.

Bohater wraca z wojny z licznymi problemami, głównie psychologicznymi. Na swej drodze spotyka w końcu Mistrza.
Założenie Mistrza wygląda następująco: każde życie nosi w sobie wspomnienie poprzednich wcieleń, czyli każda obawa nabyta miliony lat temu żyje w nas do teraz i cofając się do tamtego momentu można się z tego wyleczyć. Koniec. Nic więcej. I nawet nie chodzi mi głównie o to, że nawet takie dziwności jak druga linia fabularna (tak to nazwę, żeby uniknąć spoilerów) z szóstego sezonu "LOST" jest bardziej złożona i sensowna. Bardziej męczy mnie, że reżyser nie ugryzł tego w żaden sposób. Jeśli chodzi o zakres fabuły, ta idea jest tylko podstawą od której Mistrz wychodzi do kazania np. chodzenia od ściany do szyby przez 4 miesiące. Jak to się łączy nie mam pojęcia. Sam Mistrz przynajmniej tego nie wie.

Nie wiem też, czy Anderson chciał przedstawić Mistrza jako realnego przywódcę w którego trzeba uwierzyć by zostać zbawionym czy co tam chcecie, czy może chciał obnażyć jego słabość poprzez pokazanie jego nieudolność i słabości wobec czegokolwiek racjonalnego. Równie dobrze mógł wyjść z błędnego przekonania, że można przedstawić obie te wersje obok siebie, że można je pogodzić i stworzyć wtedy spójny obraz. Nie można. Obaj mają momenty w których zachowują się jak głupcy, ale też jak ludzie racjonalni. To w żadnym razie nie były dla mnie spójne postaci. Najpierw Mistrz mówi: "Przede wszystkim, jestem człowiekiem" i sprawia wrażenie, że naprawdę rozumie co właśnie powiedział. W innej scenie dzwoni po Freddy'ego, bo ma dla niego robotę, a gdy ten przyjeżdża to pytają go, po co wrócił i jeśli wyjdzie, już nie będzie mógł wrócić. Jakby ktoś pomieszał sceny w montażu.

Jak wygląda świat? Mistrz nazywa siebie Mistrzem, przez co możnaby pomyśleć, że jest kimś ważnym. Jednak gdy bohater rozdaje ulotki swojej organizacji nikt na ulicy nie jest zainteresowany. Jak wygląda sama organizacja? Czy każdy członek musiał przechodzić testy jak Freddy? Bo tylko on to w całym filmie robił. Jak wygląda ich wiara? Dochodzi w pewnym momencie do opublikowania książki Mistrza, co zostaje... pominięte. Słyszymy, że książka zawiera odpowiedzi, spodziewałem się czegoś co nada filmowi sensu, a dostałem puste miejsce.

Chociaż prawdopodobnie chodzi tylko o pokazanie, że różnego rodzaju kulty skierowane są tylko do przegranych, mówi się im cokolwiek byle trzymać ich blisko a potem zajmuje się ich uwagę bezsensownymi czynnościami do czasu, aż nie będą mogli lub nie będą chcieli naprawić swojego błędu więc zostanie w kulcie będzie dla nich jedyną opcją. Pod takim spojrzeniem film jest jednak spójny, jednak wciąż jest monotonny i bardzo skąpo wypełniony... I przyznacie, że niezbyt ciekawy. Nie jestem zadowolony z tego seansu. Ale chyba nie zaszkodzi spróbować samemu zinterpretować, prawda? Jak coś konkretnego wymyślicie to mi o tym napiszcie, serio.


5/10.
http://rateyourmusic.com/film/the_master/

sobota, 10 listopada 2012

JEDEN FAŁSZYWY RUCH

Thriller & Neo-Noir, 1992


Zasługuje na uwagę.

Po zmroku. Skromna impreza urodzinowa. Fantasia, ostatni gość, właśnie przyjeżdża - rozmawiają, tańczą, jeden kręci wszystko na wideło. Jednak Fantasia musi się wrócić do samochodu po torebkę. Gdy otwiera drzwi do domu wchodzą kolejne dwie osoby...

Solidny film. Ma świetny scenariusz i klimatyczną muzykę - bo co może być lepsze od cichej, wolnej i dokładnej gitary elektrycznej? Oczywiście harmonijka, która będzie pełnić rolę wyciszenia przed finałem. Kryminał na poziomie, z kilkoma świetnymi postaciami, scenami i historią. Od pewnego momentu zaczyna brakować pewnego kopa w tym wszystkim, ale już ostatnia scena... Świetna!

Dziwna, że film jest jednocześnie niedooglądany (poniżej 50 głosów na fw?! Z taką obsadą?!) ale ma też polskie napisy. Ciekawostka...

Obejrzyjcie.


7/10.

http://rateyourmusic.com/film/one_false_move/

wtorek, 6 listopada 2012

KRÓL KOMEDII

New Hollywood & Psychological Drama, 1983


Nie wiedzieć czemu, spodziewałem się komedii...

Rzecz jest o niemłodym już człowieku, który postanawia zostać komikiem. Udaje mu się porozmawiać z gwiazdą w tym biznesie, słyszy "zadzwoń i umów się na spotkanie". A potem się zaczyna...

Chcecie mieć niespodziankę, nie czytajcie dalej. Otóż bohater wciąż żyje w świecie fantazji, ledwo skończy rozmowę z tą gwiazdą już idzie do baru by zaimponować barmance, a w domu ćwiczy rozmowy, by naturalnie wypaść gdy już dojdzie na szczyt i ktoś zaproponuje mu przejęcie programu... Z czasem coraz wyraźniej widać różnicę między wyobraźnią i rzeczywistością, te dwa wymiary ścierają się coraz mocniej. Smutny film.

Film tylko o jednostce i jej reakcji na ten system, nie ma tu słowa o świecie czy czymkolwiek innym. Nie wiadomo, czemu musiało być tak jak się stało. Nie ma też satysfakcjonującego rozwinięcia, ale zakończenie już jest całkiem całkiem. Scorsese w najwyższej formie ~~


7/10.

http://rateyourmusic.com/film/the_king_of_comedy/

wtorek, 30 października 2012

WILLY WONKA I FABRYKA CZEKOLADY

Musical & Family, 1971


Świetne kino familijne.

Pierwowzór filmu Burtona opartego i tak na książce. Ironia polega na tym, że ta część bardziej skupia się na Charlie'm niż remake zatytułowany "Charlie i fabryka czekolady", który z kolei skupiał się na Wonce...

Różnic jest więcej - najpierw wyglądało to bardziej jak "Igrzyska śmierci", czyli pół filmu na komentarz społeczny a drugie pół na konfrontację. Pierwsze skojarzenie, stfu. Losy biletów które zostały ukryte w batonach są śledzone przez cały świat, w telewizji gada się tylko o nich, nawet pojawia się coś na kształt Koreańskiego przywódcy który okłamuje ludzi, że to jego naród zdobył wszystkie medale na Olimpiadzie, bo to wspaniały naród. Generalnie się zabijają o te bilety, choć jednocześnie nie ma tego co u Burtona, czyli ludzi próbujących przekupić Charliego by zdobyć jego bilet. Hm.

Sama fabryka to paradoksalnie ciekawsze miejsce niż w tej nowej wersji. Wszystko wygląda trochę surowo, tekturowo, ale klimatu jest więcej. Proste sztuczki: Wonka wprowadza gości do pomieszczenia a to okazuje się być bardzo małe. Zdziwiony przeciska się między nimi szukając drzwi a ostatecznie wraca do punktu wyjścia i mówi: "o, tu są". Otwiera je a tam zupełnie inny pokój niż ten z którego przyszli. Działało u Meliesa, działa w '71 roku.

Cały film jest wypełniony świetnym humorem i klimatem z tych naprawdę dobrych bajek. Gene Wilder przecudny, ze swoimi ironicznymi spełnieniami próśb rodziców ("Proszę jej coś powiedzieć!; Nie rób tego. Przestań.") oraz poetycznymi tekstami i wrzucaniem płaszczy do mikstury, by ją ocieplić. Zakończenie również mi się podobało, zdecydowanie lepsze niż w wersji Burtona.

Generalnie film jest miodny, a jedyny minus to piosenki. Klasyczne, ale... to piosenki. To zawsze jest słaby moment filmu. Można wyskakiwać z "Once" i tak dalej, ale reguła jest niezmienna dla większości, a "Wonka..." jest w niej. Na dodatek, piosenki te są całkowicie przypadkowe. Pierwsza jest na początku, gdy grupa dzieci kupuje słodycze po szkole. Wcale jej nie powinno być, niczego nie zmieniła, nie służyła niczemu. Dalej jest np. śpiewanie matki do syna, by pozostał sobą. Problem w tym, że syn na samym początku idzie w cholerę i znika zanim piosenka dojdzie do połowy. A matka śpiewa dalej. Nawet jak syn robi już cokolwiek innego na drugim końcu miasta ona wciąż śpiewa.

Albo to: dziadek wstaje z łóżka... I Śpiewa. Czy w ogóle byście się spodziewali w tym momencie piosenki? :/

Stopowały film. Gdybym oglądał film w tv, wyszedłbym z pokoju i zrobił sobie np. kanapkę.


7+/10.


http://rateyourmusic.com/film/willy_wonka_and_the_chocolate_factory/


http://www.youtube.com/watch?v=7PJPJy00514
http://www.youtube.com/watch?v=sz9jc5blzRM - pewnie najbardziej pamiętny z tych drobnych momentów filmu.:)

czwartek, 25 października 2012

SPONSORING

Drama, 2011


Gośka, ja cię lubię, naprawdę..

Ale czemu ten film wygląda jak czyjeś wyobrażenie o prostytucji zamiast kogoś kto poznał ten temat?

Pierwsze 15 minut filmu sprowadza się do dwóch pytań:
1) Kto w takich warunkach uprawia seks?
2) Jaki dziennikarz kupuje sobie taki wielki monitor? Mało kto ogląda filmy na takim ekranie, a ona używa go do pisania. Jakby była grafikiem komputerowym to ok, ale pisać na tym? Kto tak robi?

W ogóle wszystko tu jest tak banalne, że wręcz niemożliwe. Wszystkie prostytutki są ładne, wszystkie sceny seksu wyglądają jak wyglądają (białe, czyste, delikatne), co jakiś czas pojawi się logo Apple'a, każdy sprzęt jaki na ekranie zobaczycie warty jest więcej niż wasz komputer... a w środku tego wszystkiego znikąd pojawiają się te dwie dziwne sceny, czyli nauka przeklinania po polsku (nie wiem, co było gorsze: uczenie czarnego rasistowskiego tekstu czy fakt oglądania kobiety mówiącej takie rzeczy) oraz sikanie na prostytutkę, po czym następuje... granie dla niej na gitarze. Randomiada totalna.

Największy dramat? Przewracający się słoik czy inna butelka na drzwiczkach lodówki. Tragedia. I ja wcale nie żartuję.


4/10.

http://rateyourmusic.com/film/elles_f1/

środa, 24 października 2012

Moonrise Kingdom (7+/10)

Adventure & Coming-of-Age, 2012


"Czemu się śmiejesz? To nie jest śmieszne"

Wes Anderson w kilka minut wsysa widza do swojego świata, zdobywając sobie jego zaufanie aż do końca seansu. Po raz kolejny całkowicie pochłonęła mnie abstrakcyjność jego spojrzenia na historię którą opowiada i ma moje zaufania do wszystkiego. Jeden z bohaterów mógłby gdzieś zadzwonić, i w tym czasie na scenę mogłaby wejść inna postać, przynieść sobie krzesło, usiąść naprzeciwko tej pierwszej, wyciągnąć z kieszeni komórkę i odebrać od niej telefon, a ja bym się na to zgodził. U Andersona wszystko jest trochę dziwne, trochę niezwykłe, trochę oryginalne. Nawet proste bajki dla dzieci.

"Moonrise Kingdom" (lub jak wolą polscy tłumacze: "Aligatory jedzą śniadanie na Jowiszu" - czy jakoś tak, w każdym razie w ogóle nie odnoszące się do filmu lub oryginalnego tytułu, bo ten stanowi nazwa własna pewnego miejsca które odwiedzą bohaterowie, więc nie powinno się jej tłumaczyć) opowiada o parze dzieci. Ona ucieka z domu, on z obozu harcerskiego, wykonując przy tym numer ze "Skazanych na Shawshank" z sobie tylko znanego powodu. Razem wyruszają na podróż przez Wyspę, przez lasy, ku zatoce o nazwie... Etam, nie jest istotna. Bohaterowie nazwą ją po swojemu.

Kamera porusza się jak po sznurku, niczym w starej grze przygodowej pokroju "Mysta", od jednego miejsca do drugiego, przy każdym zatrzymując się na chwilę. W openingu każde ujęcie kończy się kamerą zwróconą w dziewczynkę patrzącą na nią przez lornetkę. Bohaterowie zachowują się w dziwny, niezręczny sposób, nie pasujący do ich wieku, mówią na tematy niecodzienne, ale wiecie co? Gdy trafi taki na sobie podobnego to przestaje być odmienne, a staje się naturalne. Generalnie film opowiada o dorosłych skonfrontowanych z dziecięcą miłością, z dwojgiem ludzi za młodych by być choćby nastolatkami a już czującymi miłość do siebie nawzajem, uświadamiając mimochodem wszystkim wokół jak naprawdę wygląda ich życie i czego w nim brakuje. Wszystko jest tu miniaturą o wiele większego świata - jest tu tylko jedna rodzina, jeden policjant, jeden ksiądz który jednocześnie jeszcze inną rolę. Każdy z bohaterów ma imię, ale jest ono nie istotne - chyba nikt nie zwraca sę tu do siebie po imieniu. Opieka społeczna to tak naprawdę jedna osoba, a cały teren ma kilka kilometrów powierzchni w którym jednocześnie nie brakuje miejsc odosobnionych. Duży, sprawnie działający świat któremu niczego na pozór nie brakuje, a okaże się, że brakuje bardzo dużo.

Anderson opowiada więc o miłości... Czymkolwiek ona jest. Film o tym nie mówi, właściwie to tak naprawdę jedyną wskazówką jest to, że miłość jest wtedy gdy jesteś z kimś najszczęśliwszy na świecie... Dziecinne? I takie jest. W końcu to bajka o dzieciach z ich perspektywy. Nie ma tu dramatów, reżyser pozwala miłości przetrwać choćby w tej ostatniej formie jaka w tym niewielkim świecie została. Cały film jest przyjemny i sprawia, że się człowiek uśmiecha. I to nie za sprawą żartów - choć nie mogę ukryć, jest bardzo zabawny. Ale ja miałem na myśli inny rodzaj uśmiechu.
http://rateyourmusic.com/film/moonrise_kingdom/

Frances McDormand: Czy obchodzi się, że twoja córka uciekła z domu?
Bill Murray: To podchwytliwe pytanie.

A Kara Hayward za 10 lat będzie jak Scarlett Johannson, tylko lepsza. I będzie grać w Avengers... eee... Siedem. W "Avengers 7". Tak.

NIESAMOWITY SPIDERMAN

Superhero & Teen Movie, 2012


Świetne postaci i dobór aktorów... ale gdzie akcja?

Reboot trylogii Spidermana zapowiadał się bardzo obiecująco. Nie żeby był potrzebny, bo to co Raimi zrobił było przynajmniej zadowalające w przeważającej części, ale zawsze można podejść do tematu w nowy sposób. Ot, choćby poprzez pokazanie przemieszczania się Spidermana po Nowym Jorku z perspektywy jego oczu. Wyobraźcie sobie: patrzycie jego oczami, jak niemal dosłownie lata po jednym z największych miast na Ziemi. To właśnie obiecywał zwiastun, czego trzeba było więcej? Co się mogło nie udać?

Marc Webb zaczyna swój film od pokazania dzieciństwa Petera Parkera, który teraz zostaje odstawiony przez rodziców do swojego wujka i ciotki - wtedy też widział ich po raz ostatni. Następnie już w teraźniejszości widzimy, jak Peter jako nastoletni uczeń stara się poznać jednego z przyjaciół jego ojca. To w jego laboratorium zostanie ukąszony przez pająka, przez co pozyska kilka specjalnych mocy - jak umiejętność chodzenia po ścianach, wyczulone zmysły i szybszy refleks. Jednym słowem, stanie się Spidermanem.

Widać więc, że to nie remake "Spidermana" z 2001 roku, tylko dosłowny reboot całej serii. Sporo rzeczy jest tu inaczej, począwszy od tempa opowieści na postaciach kończąc. Od początku: człowiek-pająk nie od razu postanawia być superbohaterem. Najpierw jedynie szuka tego jednego, który zabił mu wujka, wszystko jest bardzo osobiste. Najpierw w kapturze, dopiero gdy od jednego bandyty usłyszy "Znajdę cię!" zaczyna używać maski. Właściwie to chyba w całym filmie nie uznaje, że jego misją jest ratowanie miasta - nawet samego terminu "Spiderman" używa się w tym filmie tylko kilka razy, a pierwszy będzie dopiero w jego drugiej połowie!
Co się tyczy postaci - tu jest naprawdę ogromna różnice. W ogóle nie ma Mary Jane, zamiast niej rolę "dziewczyny Spideya" przypada Gwen Stacy - a ta zamiast zwisać z mostów i drzeć się o pomoc woli sama o siebie zadbać, a w międzyczasie czarować widza, bo sympatia wręcz bije od niej. Wnosi sporo do historii, jej relacja z Peterem naprawdę może się podobać, jest po prostu pełnoprawną postacią. Sam Peter też się zmienił, jest bardziej naturalny, zwykły i przyjemny w odbiorze. Dosłownie od pierwszej sceny, w której jakaś dziewczyna na korytarzu w szkole go zagaduje. Wspominam o niej, bo już w niej można było wiele zepsuć, można było pójść w standardowe rozwiązanie, czyli: najpierw bohater napala się, że dziewczyna do niego zagaduje, robi ten głupi uśmiech, podrzuca sobie wyżej plecak na ramieniu, wiecie, albo przeczesuje sobie włosy. Wszystko po to, by potem gdy okaże się, że dziewczyna wcale go nie podrywa, móc zrobić smutną minę, zgarbić się, wybąkać jakieś "och", żeby widz zrozumiał kontrast i było mu go żal. Tego w ogóle nie było, mimika Garfielda w tej scenie prawie w ogóle się nie zmieniła, ale efekt i tak był zrozumiały. Ale różnica polega na subtelności.

Nawet na drugim planie wiele wysiłku włożono w postaci wujka Bena i cioci May. Dla przykładu, wujek potrafi porozmawiać ze swoich siostrzeńcem, dać mu przykład, przemówić do rozsądku, wesprzeć. Gdy Parker po ukąszeniu wraca do domu i na oczach wujostwa obrabowuje lodówkę, jego wujek komentuje: "On je twoje pulpety. Nikt ich nie lubi". Na co ciotka: "Dlaczego mi nigdy nie mówiłeś, że ci nie smakują? Robiłam je od 36 lat, ile razy ci je przyrządziłam?".

A więc wszystko pięknie, do tego momentu trylogia Raimiego nie ma nawet startu do wersji Webba. Bohaterowie, relacje między nimi, rozwój psychologiczny, wszystko świetnie... Do czasu, gdy minie jakaś połowa filmu i zniecierpliwiony widz zacznie coraz bardziej dziwić się, jak niewiele jest w tym filmie scen akcji. Takiej typowej akcji-akcji, z pościgami, pojedynkami i bujaniem się na linie. Tego jest tak niewiele, że aż trudno w to uwierzyć. To przecież "Spiderman"! Z widokiem z pierwszej osoby!

Prawda jest jednak taka, że wspomnianej perspektywy użyto w całym filmie na krótko w jakichś trzech scenach. I to dosyć przypadkowych, nie miały za zadanie uatrakcyjnić tego, co obecnie widz miał zobaczyć. Do tego nie ma żadnych płynniejszych przejść między nimi a resztą ujęć, żadnego zbliżenia na ramię Spidermana lub coś.

Kiedy jednak akcja trwa, to jest wykonana dobrze. Bohater porusza się z gracją po wszystkim co się da, różne rzeczy latają, inne zostają rozwalone... ale nie ma niczego, co byłoby warte zapamiętania. Poza sceną, w której nagle zacząłem słyszeć muzykę klasyczną i zobaczyłem na pierwszym planie starszego bibliotekarza w słuchawkach, a za nim w tle Spidey tłuk się z Lizardem. To było przekomiczne.

Ale to wciąż ekranizacja "Spidermana". Widzowie mieli prawo oczekiwać akcji, zamiast tego poczułem się trochę jak fan Harry'ego Pottera który poszedł do kina i zobaczył, że lekcje w większości prowadzone są na błoniach, a sam Hogwart pojawia się w kilku ujęciach. Łapię, naprawdę łapię na co chciano postawić w tej wersji, i to się udało, gratuluję! Całość jest o wiele przyjemniejsza w odbiorze, nie ma tanich zagrań, bohaterowie są mądrzejsi, a akcja jest bardziej realistyczna (bohater już nie lata do przodu łapiąc się linami nie wiadomo czego, teraz wyraźnie widać do czego strzela, a jego ruch przypomina huśtanie). Ale uprzedzam - chciałeś scen akcji, czekaj na drugą część lub odpal którąkolwiek z trylogii Raimi'ego.


6/10.

http://rateyourmusic.com/film/the_amazing_spider_man_f1/

wtorek, 23 października 2012

MIASTO BEZPRAWIA

Western & Drama, 1946


Rewolucyjny, romantyczny western my ass

Klasyczny do bólu dupy z nudów. Wszystko tu jest takie jakie powinno być w klasycznym westernie. Grajkowie grają tylko dwie melodie, bo wtedy niczego innego nie słuchano poza "Oh My Darling Clementine", w kółko i w kółko. Reszta dźwięków to też klasyczne skrzypce. Scena przemowy na pogrzebie pamięta czasy kina niemego, jest aż tak klasyczna. Kobiety jak na klasykę przystało, grają coś, co można nazwać "postaciami kobiecymi". Wiecie: "Nie opuszczę cię"; "Musisz". Zamach głową w bok, w ramiona, poczekać na podjazd kamery, przyssać się, obraz zostaje przygaszony. Klasyka.

Natknąłem się na ten film przeglądając ranking westernów przy okazji oglądania Tombstone, które było na miejscu 40. Z czołówki nie widziałem tylko właśnie "Miasta bezprawia" (5 miejsce), wtedy jeszcze nie wiedziałem, że oba filmy to w zasadzie ta sama historia. Z tym, że u Forda wszystko rozgrywa się na tle wyraźnej dekoracji, fabuła pełna jest od zmian w stosunku do faktów, byle wszystko pasowało bardziej do klasycznej formuły westernu, a aktor grający Doca... Zawsze jak na niego patrzyłem to się zastanawiałem, czy on już gra czy może dopiero przygotowuje się psychicznie, że zaraz będzie musiał wcielić się w tę postać. Poważnie.

A w "Tombstone" nie ma większości zmian w historii (Wyatt Earp wcale nie zostaje szeryfem w 15 sekund), wszystko rozgrywa się w wiarygodnym miasteczku a Doc w wykonaniu Kilmera jest przesympatyczny. Nie znaczy to, że "Miasto..." to zły film. Jest solidnie wykonany i wiadomo, czego się spodziewać przy jego wyborze, o ile wcześniej nie poczyta się o tej "rewolucyjności" i nie zacznie się oczekiwać cholera wie czego. Dla mnie to tylko tyle, dla niektórych aż tyle i będą zadowoleni. Proste.


5/10.

http://rateyourmusic.com/film/my_darling_clementine/

sobota, 13 października 2012

BIAŁE KOŁNIERZYKI /sezon I

Comedy & Crime, 2009


Jeden pracuje w FBI, drugi jest fałszerzem. Pierwszy złapał drugiego już dwa razy, teraz te musi jednak być na wolności, by odnaleźć swoją dziewczynę która zniknęła. Proponuje układ: będzie konsultantem w FBI pod opieką tego pierwszego, będzie mu pomagał łapać przestępców. Da sobie nawet przypiąć obrożę na nogę, by federalni wiedzieli, gdzie jest i gdy tylko ją zdejmie.

Pierwszy ma na imię Peter, drugi Neal. Obaj są tak cholernie sympatyczni, to można by oglądać tylko dla nich, przynajmniej miałem takie wrażenie na początku. Mają poczucie humoru, osobowość, są inteligentni, ich rozmowy, relacje lub "wojenki" są po prostu świetne. Micha się cieszy na samą myśl o nich. Drugi plan też jest świetny - żona Petera, El, no ogarnijcie: kobieca postać, która jest sympatyczna. Kino przecież takich nie produkuje. Albo Moz, pomocnik Neala, nerwicowy i cały czas opowiadający o wszystkim. Nawet te stereotypowe postaci, jak szef... albo ta laska z FBI, albo ten czarny z FBI. Niby tylko tło, a też sympatyczne.

Ta... Fabuły nie ma. Odcinki wypełnia śledztwo w jakieś sprawie którą rozwiązują jeszcze w tym samym odcinku, kilka sekund na końcu lub początku jest poświęcone tej całej sprawie z Kate. Przeciwnicy zawsze są jacyś najbardziej poszukiwani, nieuchwytni, tacy na których Interpol się czai od kilku lat a łapią ich w dziecinny sposób, albo dziecinnie zachowuje się też ta zła strona i wtedy jest jeszcze słabiej. Zwroty akcji to często nielogiczna kpina.

A potem przychodzi odcinek 7 w którym spory nacisk jest położony na główny wątek i jest nawet cliffhanger. Ale już 8 odcinek to powrót do dawnej "formy". Więc: nie wszystkie odcinki się trzymają tej formuły. Kilka trzyma się fabuły w większym stopniu. Te są najlepsze. Fabuła jeśli już jest to i tak ssie.

Jeśli więc przesympatyczni bohaterowie wam wystarczą, to oglądajcie.


5/10

Najlepsza scena (szukanie plusk przez Moza, bez spoilerów):
http://www.youtube.com/watch?v=dtmaqGagAtE

poniedziałek, 8 października 2012

NIEZNISZCZALNI 2

Action & Buddy, 2012


Na ratunek... eee, komuś.

"Niezniszczalni" z 2010 roku był filmem udanym. Trochę humoru, trochę akcji, trzy warte zapamiętania sceny oraz dużo gadania przed filmem, że to taki powrót przygasłych gwiazd kina akcji, zew nostalgii za tamtym kinem. Szkoda, że nie miało to niemal żadnego wpływu na film jako taki. Nadal oglądało się go jak zwykłe, poprawnie wykonane kino akcji. Z kontynuacją jest już nieco lepiej. Błędy są, kino nadal szczególnie dobre nie jest, ale nawet mnie to nie obchodzi.

Zacznijmy może od bohaterów. W większości ich nie ma. Aktorzy tak naprawdę grają samych siebie, czasami tylko z nutką ironii. Wiadomo, Jet Li gra "tego azjatę". Sylvester Stallone gra "tego, który dowodzi". Terry Crews gra "tego czarnego". Randy Couture gra "tego, co nic nie robi". I tak dalej. Na tym tle jest oczywiście kilka naprawdę sympatycznych postaci, jak Jason Statham w roli Christmasa, którego dosłownie każda linia dialogowa rządzi. Jest sarkastyczny, poirytowany i mógłby przez cały film nic nie robić tylko komentować, a i tak lubiłbym go najbardziej ze wszystkich tych, co przewineli się przez ekran.
Tak więc film nie posiada grupy złożonych z naprawdę fajnych ludzi, i na pewno nie warto obejrzeć filmu tylko dla nich. Wiecie, tak jak w grze "Bad Company 2", ją warto było przejść tylko by posłuchać tekstów bohaterów (rozmowa o ulubionej scenie z "Predatora"). Można to uznać za minus filmu, albo jego brak.

Jeśli jednak chodzi o ogólny poziom humoru, został wyraźnie podniesiony względem poprzedniej części - dla przykładu, w pierwszej scenie bohaterowie szarżują bazę przeciwnika z ciężarówką na której jest taran, a na jego boku widnieje napis "Knock, Knock". Było? Było. Ale działa i tym razem.
Największe zmiany zaszły jednak w temacie akcji. Jest jej więcej, postojów jest mniej, a film zlatuje bardzo szybko. Nie jest jakoś specjalnie dobra, na dodatek całość jest strasznie chaotyczna (tyczy się to również historii i montażu). Najpierw bohaterowie uciekają skądś na piechotę, w następnej scenie są już na łódce i niewiadomo dlaczego tak. Historia zdaje się była tworzona na bieżąco - najpierw Stallone zapragnie zemsty, a dopiero potem dowiemy się, kim ten zły jest i jak ma na imię (swoją drogą, nazywa się niemal dosłownie "Ten Zły", i nadal nie jestem pewny, czy to lenistwo czy całkiem dobry żart). Za to sceny w których pojawia się Chuck Norris chyba były dopierane na zasadzie "podaj mi dowolne trzy liczby, byle takie większe".

Ale jakie to ma w ogóle znaczenie, szczególnie w kontekście możliwości ujrzenia duetu Arnold Schwarzenegger & Bruce Willis przekomarzających się nawzajem tekstami z "Terminatora" i "Die Hard" oraz jeżdżących po lotnisku w najmniejszym samochodzie świata? Dla mnie nie ma żadnego. "Niezniszczalni 2" to nadal film tylko poprawny, ale co z tego? Ogląda się dobrze, a czas zlatuje przy nim zaskakująco szybko, na dodatek z uśmiechem na twarzy.


5/10

http://rateyourmusic.com/film/the_expendables_2/

sobota, 6 października 2012

UPROWADZONA 2

Action & Thriller, 2012


Porwali mu córkę. Teraz zafundują mu kontynuację...

Pierwszą "Uprowadzoną" wspominam dobrze. Ojciec ratujący córkę z rąk porywaczy, którzy chcą ją sprzedać - bardzo łatwo się w czuć w taką postać, przez którą całość wydawała więc niemal kameralna. Żadnego ratowania świata lub walki z tajnymi organizacjami. Tylko jeden człowiek chcący uratować najbliższą sobie osobę, przed którym nie ma rzeczy niemożliwych. Film wciągał, osiągnął względny sukces... ale druga część? Nie liczyłem w ogóle, że taka powstanie. A gdy z okazji Filmweb Offline pierwszy raz dowiedziałem się, że taki film istnieje... spodziewałem się równie solidnego filmu, muszę przyznać. Pierwsza część była w końcu dosyć schematycznym kinem, jedynie solidnie wykonanym. Czemu miałoby się nie udać drugi raz Szczególnie, że na liście płac zmienił się jedynie reżyser?

Pierwszego zawodu doświadczyłem, gdy w końcu poznałem pomysł na cały film. Widzicie, reżyser poprosił ładnie ojca jednego z zabitych w poprzedniej części, by zapragnął się zemścić na tym, kto odebrał mu syna. I jednocześnie by nie obchodziło go, co syn za życia robił. Trzeba go pomścić i już. Reżyser poprosił, a takiemu trudno odmówić, prawda?
Jednym słowem, wyobraźcie sobie takiego kapryśnego przedszkolaka krzyczącego "Ja chcę, ja chcę!", ale mającego tak na oko z 60 lat. Będziecie mieć główny czarny charakter w filmie. Słabo? Słabo.

Na słabym pomyśle lista minusów dopiero się zaczyna. Film roi się o pomyłek i poronionych pomysłów. Dla przykładu, główny bohater jest teraz pedantem i umie zapamiętywać trasę przejazdu z opaską na oczach, niczym Holmes w filmach Ritchiego. Dlaczego? Nie wiem. Nabrał też irytującego nawyku z tragicznych filmów akcji, w których wszyscy cały czas krzyczą "Odbierz!" lub "Gazu!". Problem w tym, że w tamtych filmach jest przynajmniej kilka postaci które tak krzyczą, w "Uprowadzonej 2" on jest sam jeden... musi więc w pojedynkę wypełnić normę. To jest tak irytujące jak na to brzmi.
W tym filmie porywacze są na tyle uprzejmi, że nie tylko porozumiewają się wyłącznie po angielsku, ale nawet pozwolą bohaterowi najpierw zadzwonić do córki i poinformować ją, że się jest porywanym, a dopiero potem go spiorą. Sama córka też sporo zaprezentuje... w jeździe samochodem. Szkoda tylko, że przez pierwsze 15 minut reżyser opowiada widzowi, jak to ona jeździć nie potrafi, nie zdała kilka razy na prawo jazdy i ojciec jej pomaga. Po co? By widz był znudzony już po kilku pierwszych minutach filmu.

Bo jeśli chodzi o akcję to nie ma jej tu za wiele. Kilka wolnych, chłodnych bijatyk na pięści, jakiś pościg, potem jeszcze jedna bijatyka i film się kończy. Nie jest zbyt ekscytujący. Jest sporo słabych dialogów, wypełniaczy, scen w których jedna osoba zarzeka się, że nie podoła, ale pięć minut krzyczenia na nią przekona ją, że jednak warto spróbować (zgadnijcie, którą ze stron będzie Liam Neeson). Jakby co, ja nie żartowałem z tymi pięcioma minutami. Z zegarkiem w ręku, zaręczam.

Wszystko w tym filmie zostało obrócone w banał. Akcja, historia, motywacje czarnego charakteru, nawet relacje między rodziną bohatera lub kwestia uwolnienia się z kajdanek. Zero emocji. W sumie to się nudziłem.


3/10

http://rateyourmusic.com/film/taken_2/

czwartek, 4 października 2012

KIMSSI PYORYUGI

Comedy & Drama, 2009


:D:D:D:D

Kim ma rozwalone życie. Zadłużony w banku, dziewczyna odeszła, rodzice też pomęczyli i w ogóle to zbyt fajnie nie miał. Skacze więc z mostu, ale zamiast umrzeć trafia na bezludną wyspę... Będącą 2 kilometry od mostu, z którego skakał. Wyspa duża nie jest, ale nie ma połączenia ze stałym lądem. Widzi miasto z miejsca w którym wylądował, ale miasto nie widzi jego. Pływać nigdy się nie nauczył, więc wrócić nie może... Zresztą, powrót nic nie zmieni. Więc zostaje.

Przez 30 minut jest niesamowicie. A potem do gry wchodzi kolejna postać, kolejny wątek który łączy się z tym głównym w zaskakujący sposób... I całość jest jeszcze lepsza! Zdradzać nie będę, ale powiem tylko, że w Korei dla odmiany nakręcili coś bez mordobicia, krwi i śmierci wszystkich bohaterów.

Aha, jak ktoś kręcił nosem na "LOST", to ten też wyłączy. Spoiler: rozbitek ma czyste włosy do końca, a będzie tam o wiele dłużej niż Sawyer.

Generalnie Korea jest dziwna i ma dziwnych ludzi, ale liczy się to, że znaleźli sposób by w nowy sposób wywołać ciepło i uśmiech u widza.


[spoiler]
Co do zakończenia... Żałuję, że ona nie pobiegła na tę jego wyspę, nie napisała czegoś, a on by to zobaczył ze szczytu wieżowca. Obecne rozwiązanie też jest dobre, ale mam wrażenie, że to moje byłoby lepsze.
[/spoiler]


7/10
Kiedy ostatnio chcieliście, by bohaterowi smakował makaron? Jedna z najpiękniejszych scen w historii:
http://www.youtube.com/watch?v=8GYFXYuAM6I


http://rateyourmusic.com/film/김씨_표류기/

czwartek, 27 września 2012

Indie Game (7/10)

Art Documentary, 2012


Generalnie, gry od innych dzieł sztuki różnią się tym, że ich twórcy nie mają danych personalnych. Są twórcami i tyle ("najnowsza gra twórców gry X"). Sam potrafię wymienić może z 6 nazwisk z branży growej, w porównaniu do filmowej czy którejkolwiek innej nie ma nawet porównania. I o nich jest ten film, o twórcach gier - tylko, że niezależnych.

Film jako taki konkurencji nie ma i w swoim gatunku jest arcydziełem, to oczywiste, ale sam w sobie jest naprawdę dobrym pionierem. Udowadnia, że to naprawdę ciekawy materiał do opowiadania w dokumentach - i podchodzi do tematu ze zrozumieniem, nie próbuje opowiedzieć o nim jak o jakimś innym. Tutaj dzień premiery jest czymś zupełnie innym.

Więc... poznajemy twórców Braida, Super Meat Boya oraz FEZ'a. Kolejno mają u mnie 8+/10, 7/10 i "chcę zagrać", więc wiadomo z jakiej perspektywy będę pisał. I to naprawdę interesujące, oglądać reakcję twórców na wieść, że do 2 po południu ich gra rozeszła się w liczbie 9,5 tysiąca kopii i są z tego powodu szczęśliwi i to dla nich sukces - wiedząc jednocześnie, że ostatecznie sprzedano ponad milion kopii tej gry. Trochę żałuję, że ostatecznie nie pogadano z gośćmi od "LIMBO", ale cóż.

W filmie widzimy ludzi i ich historie, które przełożyły się na ostateczny kształt ich gier, w jaki sposób są one osobiste. Słuchamy wyjaśnienia, czemu Meat Boy nie ma skóry i w jaki sposób jego dziewczyna go uzupełnia. Jeden wyciąga stary komputer i pokazuje swoje pierwsze gry, które tworzył z ojcem w '93. Inny opowiada o tym, jak umarła jego babcia, i znalazł w jej domu karton z jego rysunkami z dzieciństwa i widzi, że stwór którego narysował 20 lat temu i dziś o nim nie pamięta, znalazł się w grze. Kolejny opowiada o długu rodziców który spłaci, gdy gra się ukaże.

Całkowicie rozumiem, dlaczego ten film tak się ludziom spodobał. Widziałem gościa, który poszedł na PAX i prezentował pierwszy raz w życiu swoją grę, jej grywalną wersję, i na samym początku trafił się bug po którym musiał tę grę resetować. I ten bug był cały czas, kolejni podchodzili, gra się sypała, twórca wariował z nerwów, a ludzie i tak podchodzili, rozmawiali z nim, grali po 15-20 minut, ustawiali się w kolejki do konsoli.
Inny wstał o 6 rano w dniu premiery SMB, włącza Xboxa i otwiera sklep... a tam nie ma jego gry. I pisze wku*wiony do Microsoftu. W końcu dostaje sms'y od kumpla, że gra już jest, że się sprzedaje, że są pierwsze recenzje, jakiś artykuł o tej grze ma 11 tys. lajków na facebooku, na YT ludzie nagrywają swoje reakcje na kolejne poziomy i próbują rozgryźć jak je przejść, i podchodzą jeszcze raz, i jeszcze raz... I twórcy to oglądają i widzą, że oni rozumieją, stworzyli coś osobistego i się połączyli z graczami.

Dziwnie to brzmi, szczególnie na przykładzie gościa od Braida, który czytając recenzje swojej gry odkrywał, że ludzie w ogóle nie zrozumieli jego gry, odebrali ją na bardzo płytkim poziomie - więc mimo, że dostawał oceny na poziomie 95/100 i tak był przygnębiony.

Ci ludzie opowiadali o takim rodzaju depresji który dopada ludzi coś tworzących, ale nie wtedy gdy wszystko idzie źle, ale kiedy jest wręcz przeciwnie.

I człowiek chce być graczem, takim aktywnym, śledzącym powstające projekty, uczestniczącym w kolejnych targach E3 itp. a potem kupującym grę w dniu premiery, nagrywającym swoje zdanie na YT i czującym ten kontakt z twórcami... Może nie w Polsce, tutaj status lajkowania jest pedalski, ale na tym filmie ma to zupełnie inny - sensowny - wymiar. No i u nas wydanie na starcie 15$ na grę to jednak liczący się wydatek. Takie tam różnice.


7/10. Sam nie wiem, czemu tak się rozpisałem.

piątek, 21 września 2012

JEDEN DZIEŃ

Drama & Romance, 2011


Hell yea!

W opisie stoi, że dwoje ludzi postanawia spędzać ze sobą jeden dzień w roku (15 lipca) co roku. W filmie słowa o tym nie ma, może w książce. Racja, są sceny wyłącznie z okolic tego 15 lipca, ale nie czuć, że tylko wtedy się spotykali czy coś.

To po prostu ludzie i ich życie. Ten film szokuje z kilku powodów - na fw ma wyższą ocenę niż np. na RYM. A to przecież w Polsce sprzedają się te wszystkie pseudo-komedia romantyczne, a tu proszę - w Top 10 z roku 2011 jest PRAWDZIWA komedia romantyczna. Niesamowite. Po drugie, ten gatunek w ogóle okazuje się być żywym i opłacalnym.

A po trzecie... nie ma tu słabych schematów. Nie ma nieporozumienia, nie ma jednej strony która nie słucha, nie ma miłości wszech czasów, tej jedynej... To po prostu ludzie, cudowni ludzie których aż chce się oglądać i życzy im się jak najbardziej cukierkowatego zakończenia, i ich życie na przestrzeni tych 20-kilku lat. Od późnych 80'tych do 15 lipca 2011 roku.

Z dwoma wyjątkami - raz jak Jim Sturgess zachowuje się jak nigga, wtedy nie jest fajnie. Drugi raz... jak pomyślałem o tych schematach. Zapewne też o tym pomyślicie na jakąś minutę zanim to się stanie, pewnie skojarzycie to z pewnym innym filmem który ma denerwujące i głupie zakończenie, i sam zaczął rozważać w którą stronę ten film pójdzie... Wybrałem dwa typy których nie chciałem, jednym z nich była "Szkoła uczuć" i tu mogę zapewnić, że historia nie poszła w tym kierunku (choć tamten film też lubię), ale poszła w kierunku tego drugiego... Głupi film, zdenerwowałem się... na pocieszenie dodam, że w tym filmie to nie jest tak denerwujące jak w tym drugim.

Normalnie zacząłbym jeszcze pisać analizę o narracji w tym filmie, ale to by oznaczało spoilery, więc sobie daruję, zresztą kogo to obchodzi. Narracja "Jednego dnia" jest jedną z najpłynniejszych jakie w życiu widziałem. Zero schematów, pełno pomysłów i nieustająca świeżość.

Jeden z tych filmów, którym chciałbym dać 8/10, ale na to nie zasługuje, a ja mimo to chcę ją dać... Trudno, do Ulubionych dodałem. Wystarczy...


7+/10.
Jim Sturgess będący Maxem z "Happy Endings":
http://youtu.be/qbYHRU551nI?hd=1

poniedziałek, 17 września 2012

(miniserial) ZAGUBIONY POKÓJ

Fantasy & Mystery, 2006


Kto zgadnie czemu obejrzałem ten serial? ;p

Zaczyna się jak kryminał, po 10 minutach staje się fantasy, a wraz z czwartym odcinkiem osiąga poziom "LOST". Kogoś zamordowali, główny bohater jest policjantem, wpada mu w łapkę klucz dzięki któremu każde drzwi prowadzą do tytułowego pokoju. Bajer polega na tym, że wchodzisz do niego a potem możesz sobie wybrać, gdzie z niego wyjdziesz.

Pierwsze dwa odcinki to całkiem przyzwoite kino - trochę za szybkie, bohaterowie zbyt lekko reagują na wieść o istnieniu obiektów, ich tajemnica ustępuje właściwie czemukolwiek co pojawi się na ekranie. Potem jest odcinek trzeci, najsłabszy, w którym jest pełno błędów logicznych jak choćby scena gonienia bohatera. Tuż przed złapaniem na oczach ścigających miota się z bezdomnym, łapią go, stwierdzają że ten nie ma klucza więc go wypuszczają. Mniej więcej wtedy też wchodzi na głupia postać Rubera - powiem tylko, że to taki Daniel z "LOST" ale przedramatyzowany. Że co? Że już Daniel był przedramatyzowany? Oj, nawet nie wiecie jak bardzo się mylicie!! :)

Ale potem przychodzi odcinek czwarty i nastaje zaje*istość. Odniosłem wrażenie, jakby wtedy dopiero twórcy wiedzieli o czym piszą. Złapali tempo, zainteresowali mnie tajemnicą pokoju, nie mogłem doczekać się by ją poznać, a także by spotkać... głównego bohatera. Motyw ze zdjęciem, podróż do Sanktuarium... to była definicja horroru, przynajmniej dla mnie. Obawiałem się samej ciemności i martwiłem się o bohaterów.

Są błędy, mnóstwo wątków drugoplanowych nie doczekało się zakończenia. Peter Krause wyszedł dla mnie bardzo przeciętnie. Temat obiektów nie doczekał się wyjaśnienia, i w pewnym momencie stały się po prostu Deus Ex Machiną. Kilka kolejnych też by się znalazło, ale koniec końców serial okazuje się konieczny do obejrzenia, więc na jedno wychodzi, prawda? Plusy przeważają minusy.


7-8/10

poniedziałek, 10 września 2012

U nas w Filadelfii /sezon I

Comedy, 2005


O grupie ludzi którzy założyli bar. Bardzo śmieszno. W przeważającej części. Opogeum osiągnięte w 1x02, kiedy skumulowano tylko żartów o aborcji, że nawet z połowy nie zdążyłem się wyśmiać. Fenomenalny i fascynujący odcinek, zrobiony nawet na poważnie. Wtedy najbardziej mi się to podobało, np. w 1x03 gdy zaczeli gadać o nastolatkach nawiedzających bary w których nie sprawdzają dowodów, i szybko uzgodnili, że tak będzie lepiej, bo w przeciwnym wypadku młodzież i tak się uchla, tylko że zamiast w bezpiecznym barze pod kontrolą barmana, zrobi to za pośrednictwem bezdomnego a potem upiją się w parku i ktoś ich zgwałci. Fajny serial. Najlepszy żart:
http://youtu.be/sC6TElryB2Y

Wystarczyło dodać banana... Oczywiście do czasu, gdy spojrzałem na ranking filmwebu i zonaczyłem, że najwyżej oceniony jest 4x13. Więc go obejrzałem i polecam. Charlie jest fenomenalny w śpiewaniu, byciu fajnym i gdy drze się na innych, a w tym odcinku roi to przez całą pierwszą połowę. W drugiej już jest niezręczne śpiewanie (nie, śpiewają zaskakująco dobrze), ale i tak odcinek rządzi. Więc 2x8/10 dla serialu, a dla całości 7/10. Obejrzyjcie, krótkie jest.:)

niedziela, 2 września 2012

FUTURAMA (sezon I)

Animation & Sci-Fi, 1999


Chłopa o imieniu Fry wywaliło z 1999 do 3000 roku i jest fajniej, przeżywa przygody i w ogóle. Poważnie, humor jest bardzo przyjemny, odcinki zlatują jeden po drugim, żartów jest mnóstwo i wszystko trzyma poziom. Oczywiście są te kultowe, jak ten tekst o blackjacku i dziwkach, ale jest też mnóstwo nawiązań do teraźniejszości - jak odcinek, w którym trafiają na planetę opanowaną przez roboty, odwiedzają kino a tam leci jakieś sci-fi gdzie człowiek przybywa z kosmosu by zniszczyć wszystkie roboty, i gra go robot w takim sztucznym kostiumie człowieka, i w ogóle zachowuje się jak taki typowy niszczyciel, z zionięciem ogniem i chęcią zabijania wszystkich.:D Uwielbiam.

Nawet po zakończeniu sezonu włączyłem sobie ten który wg głosów jest najlepszy (5x10) i też był dobry. Mój faworyt to chyba "Fear of a Bot Planet" (8/10).


7/10

sobota, 18 sierpnia 2012

BUNT

Jidaigeki, 1967


Kilka chaotycznych myśli po powtórce.

Historia jest w porządku, ale źle rozłożona - opis filmu wystarcza, by przeskoczyć o godzinę do przodu, a nawet i więcej. Zwykły wstęp trwa ponad połowę filmu. Zresztą zależy jak patrzeć, bo rozwinięcia albo tu nie ma, albo jest bardzo krótkie. Po wstępie od razu jest właściwie zakończenie, czyli walka.

Przeszkadzała mi strasznie umowność scen zbiorowych, gdzie wszyscy wiedzieli co inni chcą zrobić i spokojnie czekali. Ktoś tam ładuje się na podwórko, wali przemowę, coś tam robi, a druga strona: "hm, staniemy tu i poczekamy te 5 minut i 16 sekund, aż przyjdzie czas na naszą część tej sceny". I tak na zmianę.

Pierwszy raz przeszkadzało mi aktorstwo polegające na przyjęciu pozy i zatrzymaniu się w niej, aż ktoś tam skończy przemowę czy coś. A może inaczej - zawsze mi to trochę przeszkadzało, ale zwykle film obok tego miał jakieś zalety więc przymykałem na to oko.

W ogóle nie poczułem konfliktu bohater kontra system, w którym jedna strona miała powody by być nieposłusznym władcy, ale... nic z nimi nie robiono. To nie jest film o jakiś wartościach, nikt tu nie ma racji lub nie, chodzi tylko o to by się napie*dalać. Miffune równie dobrze mógł powiedzieć "Niechce mi się" i efekt byłby z grubsza taki sam, z wyjątkiem jednej sceny. Zamiast tego jest ta skomplikowana, bogata historia nie mająca żadnego skutku poza tym nieposłuszeństwem, a można było do niego doprowadzić na wiele innych sposobów. W ogóle czemu przez tyle czasu sprawiali wrażenie, jakby było inne wyjście z sytuacji oprócz bijatyki, skoro ja po przeczytaniu opisu wiedziałem, że nic innego nie będzie. I w drugą stronę, czemu było tylko jedne wyjście? Czemu nie było żadnej reakcji otoczenia na historię o złym władcy (na przykład)? Zamiast tego jest:
- Sprzeciwiasz się?
- Tak, nasz pan to zły człowiek, lol.
- Sprzeciwiasz się?
- Właśnie to powiedziałem.
- Wiem, usłyszałem za pierwszym razem, ale w scenariuszu jest, że jeszcze z 40 razy musimy tę scenę odegrać.
- A potem będziemy się bić?
- No.
- Cholera.

Nie uwierzyłem w ten świat, który w ogóle nie żyje, bardziej wygląda jakby bohaterowie zamierali w bezruchu na to, aż coś się wydarzy. Przeszkadzało mi wiele detali, od kopania dołu za pomocą wiosła po fakt, że przejechanie ostrzem po ciele jest zabójcze bezwzględnie dla wszystkich, ale bycie postrzelonym już nie.

Historia jest niezła, klimat jest w porządku, zdjęcia też, montaż trochę za szybki, ale filmu nie polubiłem. Dziwne.


5/10
http://rateyourmusic.com/film/上意討ち_拝領妻始末/

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

OSTATNI SEANS FILMOWY

Drama & New Hollywood, 1971


Ej, to nie jest o kinie.:(

Formalnie wygląda jak późniejszy "Papierowy księżyc" tego reżysera (czarno-biały obraz, puste miasteczka i drogi na uboczu wielkiego świata), a jest gorsze pod każdym względem. Przede wszystkim, w "Ostatnim..." jest zbyt wielu bohaterów i nie wiadomo na kim się skupić w efekcie czego każdy jest zaskakująco płaski. W "Księżycu" było dwóch i było dobrze, widać było drogę jaką przebyli, z czym zaczynali i jak skończyli, rozwój relacji między nimi też był wyraźny. W "Seansie" jest z tym naprawdę biednie, a rozwój relacji między bohaterami ledwo istnieje. Tak to jest, jak się czyta, że film jest o dorastaniu, a na koniec nie wiem z czego wyrośli.

Jednak ten największy zawód związany z filmem jest taki jak w tytule - ostatni seans kinowy nie jest tu istotny. Mogli pójść gdziekolwiek, efekt byłby taki sam. A nawet jeśli to musiałoby być kino, mogli w nim puszczać cokolwiek, nawet porno. Po seansie wyszli, posłuchali jakiejś babki "Zamykamy, ludzie wolą telewizję". Ojej. Dziś zamykają telewizję, bo ludzie wolą Internet. Trochę trudno mi się w to zaangażować.


6/10

http://rateyourmusic.com/film/the_last_picture_show/

Lost, sezon 4 | Podsumowanie

Twórcom udało się bardzo dużo, ale z drugiej nie udało się też sporo rzeczy. Najgorszą jest... stracenie z oczu głównych bohaterów. Nagle zagubieni nie mają zbyt dużego wpływu na akcję. Chodzą po dżungli za innymi - jedni za Locke'iem, który z kolei chodzi za Benem. Drugi chodzą za Jackiem, który łazi za Danielem i statkiem, czyli de facto za Charlesem Widmorem. Paradoksalnie z perpektywy czasu najbliższe "LOST" wydają się te najsłabsze odcinki w których przebywamy z zagubionymi, czyli: operacja wyrostka i wyjście do stacji by unieszkodliwić dym. Żaden z tych odcinków nie miał wpływu na fabułę, nie niósł też większych emocji. Ich jedyną zaletą było to, że bohaterowie nie siedzieli na tyłku i nie czekali, aż inni popchną akcję do przodu za nich.

Na początku czekaliśmy na ruch czwórki z frachtowca. Potem na ruch Bena. Potem już tylko na ruch statku. Dramat zagubionych którzy chcą opuścić Wyspę był gdzieś z boku tego wszystkiego. I na dobrą sprawę nie wiadomo, o co chodziło. Statek chciał Bena a potem miał zabić wszystkich na Wyspie. Miło... Jakoś nie zbyt dobrze scalono to z historią TYTUŁOWYCH zagubionych.

Ale z drugiej strony... Na brak akcji i emocji jednak nie narzekałem. Trochę rzeczy mi przeszkadzało, ale jednak seans był przyjemny i satysfakcjonujący w sporym stopniu.

Tym bardziej, że geniusz twórców znalazł ujście w innym aspekcie - pokazaniu akcji z teraźniejszości i przyszłości jednocześnie tak, by się uzupełniały, by powstawały kolejne zagadki, by tworzyły się kolejne warstwy tajemniczości i napięcia. I najważniejsze - ta historia składa się w jedno. To było tak trudne do wykonania, że nawet nie umiem tego wytłumaczyć. Najłatwiej byłoby, gdybyście sami spróbowali napisać historię w której na początku zdradzacie jakie będzie zakończenie by potem poprowadzić całość tak, by widz chciał to oglądać dalej. Już samo to byłoby niemożliwe. A "LOST" poszedł całe lata świetlne dalej, stawiając sobie zadanie niemożliwe. A jednak mu się udało.
Kwestia wygląda tak - są aspiracje, by tworzyć sztukę. A wyżej są tylko ambicje, by tworzyć "LOST".

Cóż, "LOST" od początku ustanawiało poziom oraz definiowało na nowo wiele zagadnień. A narzekanie, że nie we wszystkich aspektach naraz - to już byłoby chamstwo.

Co jeszcze - wiele postaci straciło pewnie w oczach widzów. Jack, Locke czy Claire. Zyskały inne, jak Sawyer, Juliet, Ben czy Michael. Mamy wiele niesamowitych scen, jak retrospekcja Michaela, wybuch frachtowca, przeniesienie Wyspy, rozmowa z Christianem w domku Jacoba tudzież pożegnanie Alex. Oczywiście, zakończenie również jest niesamowite. A "There's No Place Like Home" jeszcze doczeka się właściwej ekspozycji, i to nie jednej. 10/10.

niedziela, 12 sierpnia 2012

CZŁOWIEK ZWANY CISZĄ

Spaghetti Western & Revisionist Western, 1968


Zaskakująco konkretna intryga.

Jest tu kilka źródeł konfliktów: grupa przestępców ukrywających się do czasu amnestii, różni mieszkańcy miasteczka, różni łowcy nagród, szeryf... Konkretów nie chcę zdradzać, ale dzieje się sporo na kilku poziomach.

Dobra, film jest zaskakujący nie tylko dlatego. Zamiast pustyni jest śnieg (powaga...), z początku nie wiadomo kto jest antagonistą i protagonistą (film po prostu się toczy bez tego) no i jest to słynne podwójne zakończenie (za to drugie licząc napisy następujące po ostatniej scenie). Ale widać też, że to bardziej kino klasy B - postaci są schematyczne, krew jest sztuczna, strzelaniny trącą tandetą a praca kamery... jest amatorska. Te wszystkie zbliżenia i utraty ostrości, szczególnie mnie to męczyło na początku przy tych gonitwach po lesie gdy ch... widziałem.

Ale to i tak niezły film, rewolucjonizujący gatunek, blablabla.


6/10.

http://rateyourmusic.com/film/il_grande_silenzio/

NOC I MIASTO

Film Noir & Film gris, 1950


Mocny i precyzyjny film noir.

Harry Fabian był prawdopodobnie inspiracją do bohatera "Słodkiego zapachu sukcesu" - obaj chcieli oszukać wszystkich naraz, nawiązywać kontakty poprzez dowiadywanie się różnych detali i zmuszanie innych do rzeczy w taki sposób, by ci myśleli że chcieli tego z własnej woli. Tylko w tym flimie nikt przed świtem nie będzie wygrany... Nawet w chwili gdy bohater będzie mieć wszystko, gdy uwierzy, że wygrał. Każdy kto oszukał zostanie oszukany, karma wróci niesłychanie szybko do każdego w tym filmie, czasami w ułamku sekundy niszcząc wszystko. Ale nikt tego nie zauważy, w szczególności sam bohater, pędzący by spalić każdy możliwy most w nadziei na wygraną.

W tym filmie mało kto śpi w nocy, mało kto jest tylko statystą, mało kto ma nadzieję na sukces. Wygrywają jedynie ci bez tej nadziei, żyjący z dnia na dzień.

Rewelacyjny tempo, zakończenie a nawet główny bohater zyskał w moich oczach swoją ostatnią decyzją. Szkoda tylko, że podczas walki nie było muzyki, trochę to osłabiło efekt. Jest nawet polski akcent (Polak grający Greka z Rosyjskim akcentem ~~)


7/10. Tak, lepsze od "Riffifi".
http://rateyourmusic.com/film/night_and_the_city/

Lost, sezon 4 | odcinki 9-13 (14)

4x09: "The Shape of Things to Come". Śmierć Alex podkreślona monologiem Bena który rani ją do żywego a miał ją uratować. Niestety, wyszło jak wyszło. Czyli w ogóle. Bez emocji na wierzchu. Zimne zabójstwo, zimna strata. Chyba od tego odcinka Ben stał się najlepszą postacią (aktorsko) obok Locke'a.

Mamy jego futurospekcję, w której najpierw znajduje się na środku pustyni (dlaczego? I to na dodatek w kurtce zimowej?), by potem dowiedzieć się, w jakim czasie się znajduje oraz, że Sayid ożenił się z Nadią! Ale ona zgineła, a teraz będzie jej pogrzeb. Ben postanawia pomóc znaleźć Sayidowi zabójcę jego żony by w ten sposób go zwerbować do swojej... armii? A na koniec odwiedza Widmore'a by powiedzieć mu, że zabije Penny. W rewanżu za Alex.

W tym odcinku dowiadujemy się czemu Sayid będze pracować dla Bena oraz poznajemy relację Ben - Widmore. Mają przeszłość...

Teraźniejszość? Ben wzywający dymek. Wtf? 8/10.




4x10: "Something Nice Back Home". Relatywnie nieciekawy odcinek, przedstawiający losy Jacka i Kate po opuszczeniu Wyspy. Zostają razem, potem małżeństwem... Niestety Jack zaczyna wariować. Najpierw Hugo budzi w nim dziwne uczucia, przekazując mu wieść od Charliego: "Nie powinieneś go wychowywać". Potem widzi własnego ojca i zaczyna brać lek dla wariatów. Na samym końcu chyba ma żal do Kate za jej niewystarczającą wdzięczność za to, że ją uratował. Chyba, trochę niejasny i niedopracowany ten wątek.

Wiemy, że Jack dowiaduje się, iż jest wujkiem Arrona. Że Sawyer został (żyje?) na Wyspie, i poprosił o coś Kate zanim ta uciekła z Wyspy. I miał wybór, by to zrobić. Oraz, że ktoś odwiedzi Jacka w przyszłości...

Teraźniejszość to Clair idąca w cholerę do dżungli w środku zostawiając dziecko na pożarcie dymkowi oraz wyrostek Jacka. Niezłe rozbudowanie relacji Juliet - Kate - Jack. "Wiem, że jesteś przytomny". 7/10.




4x11: "Cabin Fever". Przeszłość Locke'a - matka w wieku 16 lat potrącona przez samochód musiała rodzić przedwcześnie. Ale John to wojownik, podgladany przez... Alperta? Czemu?
Matka nie była w stanie go przytulić, babcia nawet nie rozważała innych opcji poza adopcją. Młody John i jego życie - bycie tym wyśmiewanym przez pozostałych, lubiącym sport wbrew swojemu przeznaczeniu - nauce. Wtedy pierwszy raz powiedział "Nie mów mi, czego nie mogę zrobić".

W teraźniejszości Keamy wrócił ze starcia z dymkiem, wymuszając na kapitanie łamanie reguł w celu powrotu na Wyspę i porwania Linusa a następnie... spalenia Wyspy. Kapitan nie na to się pisał.
W tle Desmond z Sayidem planują transportowanie ludzi na frachtowiec za pomocą pontonu. Michael czeka skuty na decyzję innych, co z nim zrobią. Nie wypiera się niczego.

Locke z Hugo i Linusem szukają chatki Jacoba. Swoją drogą - dobrze, że gdy Ben prowadził Johna w III sezonie to ona się nie przeniosła, miło zich strony. W każdym razie - Wyspa im podpowiada, gdzie chatka leży, w postaci snu w którym John spotyka Horacego. Czyli domek Jacoba został wybudowany przez jednego z Dharmy w celu bycia domkiem wypoczynkowym. Locke wraca do dołu z trupami Dharmy, odnajduje ciało Horacego a przy nim mapę do chatki. W samej chatce spotyka Christiana i Clair która... nadal niewiadomo czemu zostawiła syna, ale przynajmniej wiadomo gdzie jest. W teleportującym sie domku wypoczynkowym. Dobra, liczy się jedno: Christian wyjaśnia Johnowi, jak ten może uratować Wyspę przed najeźdzcami. Przenosząc ją.

Swoją drogą, Widmore wiedział, że Ben pójdzie do Orchidey by przesunąć Wyspę. Ale... czemu sam Ben tego nie wiedział? Z innych drobiazgów które nie podobają mi się. Zabicie doktora oraz sposób w jaki Ben mówi: "Los to kapryśna dziwka". Sam nie wiem czemu.
Generalnie - znowu dużo chodzenia, mało się dzieje... 7/10.




4x12: "There's No Place Like Home: Part 1". Znowu mamy się nabrać na sztuczkę z heroicznym Jackiem który mimo krwawiącej rany rusza na ratunek komuś tam. Problem w tym, że tym razem to wcale nie jest już dramatyczne. Tak jak reszta historii z wycinaniem wyrostka.

Uwielbiam fakt kompletnej bezużytności nowych postaci na Wyspie jak Miles lub Dan (który znowu pokazuje, że potrafi przedramatyzować każdą kwestię, choć nadal go lubię). Wytnijcie ich ze scenw których są - zauważycie róznicę. Ale ledwo. Na szczęście i tak mają ich niewiele, więc to zbytnio nie razi.

Inna sprawa - w tym odcinku świat usłyszał fenomen pod tytułem "There's No Place Like Home"... I w ogóle go to nie obeszło. Bo gdy słyszymy ten utwór za pierwszym razem, w ogóle go nie słyszymy. Zamiast niego jest niewycięty niewiedzieć czemu ryk samolotu. Za drugim razem słyszymy wariant tego utworu, z wyciętym wstępem i zakończeniem, na dodatek przyspieszony by pasował do zakończenia.

W przyszłości jest ważne wydarzenie - Jack dowiaduje się, że Claire to jego siostra. Czyli jest wujkiem Arrona i tak dalej. Dosyć gruba sprawa, na którą zabrakło uwagi twórców. Cały ciężar emocjonalny i nie tylko zrzucony został na barki Foxa który w kilka sekund miał okazać, jak ta wiadomość wpłynie na jego życie i sumienie spowodując finalnie dycyzję by wrócić na Wyspę. Nie mówię, że przegrał wtedy, ale... też niezachwycił swoim aktorstwem. Widać zbyt dużo od niego oczekiwano w tamtej scenie.

W teraźniejszości też jest taka scena, Jin i Sun dowiadują się o Michaelu - i znowu, jedna scena ograniczona do jakiś 5 zdań. Wraca morderca i zdrajca, pracujący pośrednio dla Bena, chcący odkupić winę zdarzeń na Wyspie... I nic. Ta scena po prostu mija.

Co dobrego? Właściwie cały wątek przyszłości. Powrót samolotem, oddalenie z ujęcia na niego pokazujące, że kamera jest w samolocie. Rozmowy Oceanic 6, konferencja, Nadia, witanie się z rodziną w slow-mo, impreza u Hugo, pogrzeb ojca Jacka (choć miałem wrażenie, że sporo kwestii zostało nagrane jeszcze raz potem w studiu ). Również wciąż niewiemy, co stało się z Wyspą i wszystkimi na niej, wielki plus za to.

Największym plusem odcinka jest zakończenie, podsumowujące wstęp do finału sezonu. Rozmach przy prowadzeniu kilkunastu wątków naraz zawsze będzie mnie zachwycać, co poradzić. Do tego zbliża się moment, kiedy teraźniejszość połączy się z futurospekcjami. Na ten moment czekaliśmy, twórcy trzymali buzię na kłodkę do ostatniego momentu. To naprawdę czuć. 5/10




4x13: "There's No Place Like Home: Parts 2 & 3". Prawie półtorej godziny finału, w którym wreszcie na pierwszy plan wychodzą tytułowi zagubieni.

Napięcie jest wręcz nieskończone - przesunięcie Wyspy, bomba na frachowcu, braki w paliwie, Sawyer skaczący z helikoptera, pośpiech... Dzieje się tu tak dużo, że można odpaść. Ben zostaje wysłany w przyszłość po przesunięciu Wyspy i pewnie już nigdy nie wróci na nią - jednak wcześniej mści się na Keamym, ten jednak był podpięty do bomby czasowej na frachtowcu, w razie zatrzymania serca wszyscy na nim zginą. Ben na to nie zważa, ładując bez przerwy do windy różne metalowe elementy by wysadzić stację Dharmy w powietrze, a wszystko po to by dostać się do tajemniczej energii będącej prawdopodobnie Sercem Wyspy.

Frachtowiec wybucha, a co tam się dzieje... Michael ginie od bomby, spotykając wcześniej Christiana który go uspokaja na sekundę przed śmiercią. Giną też wszyscy inni na statku, łącznie z Jinem. Widzi to Sun, która moment wcześniej przyleciała helikopterem z Jackiem, Kate, Arronem, Frankiem, Hugo i Sayidem. Zabierają ze sobą jedynie Desmonda który pogania ich by uciekli bo tu jest bomba. Biorą tyle paliwa by wrócić na Wyspę, ale nawet i wtedy ledwo im się uda uciec... Niestety - Wyspa znika na ich oczach.

Co się z nią dzieje? To tylko jedno z wielu pytań tego odcinka. Co tak naprawdę stało się po opuszczeniu Wyspy przez Oceanic 6? To mnie najbardziej martwi, bo z tego powodu zapewne tam wrócą. Wiemy, jak wygląda ich życie w przyszłości. Ale co... z resztą?

Poznajemy też zawartość trumny i prawdziwą osobowość Jeremy'ego Berthama. Wspaniały finał sezonu, 9/10.

sobota, 11 sierpnia 2012

SID I NANCY

Biopic & Music, 1986


"Lindo, z sufitu wisi jakiś facet!"

Biografia basisty grającego okazjonalnie (słowo kluczowe) w zespole Sex Pistols. Nie wiedziałem, że o nim jest ten film, tak samo jak nie wiedziałem kto gra Sida (obstawiałem Mickey'ego Rourke i Gary'ego Oldmana, a kto go gra ostatecznie sami się przekonajcie ~~).

Bardzo naturalny film, trudno go sobie wyobrazić jako film w ogóle, trudno mi było patrzeć na sceny i wyobrażać sobie ich duble. Wszystko sprawiało wrażenie nagranego za pierwszym podejściem, a przez to prawdziwego. Dzięki temu cały obraz buzuje od emocji i punku. Nancy dzwoni do matki po czym jest tak wkur...zona, że rozwala szybę w budce. Sid z Johnem wbijają na chatę kogoś tam i pierwsze co robią to malują jakieś głupoty sprayem po ścianach. Podczas koncertu ktoś tam łapie wokalistę, Sid sprzedaje mu kopa na ryj, wściekły tłum go porywa a on krzyczy z angielskim akcentem.

Dziwne, że Cox po wszystkim nie zrobił kariery, skoro jego film jest szczerym, kultowym (w pewnych kręgach na pewno) i w gruncie rzeczy artystycznym dziełem. Trochę siada w połowie gdy Sid zamieszkuje w NY, a końcówki nie łapię za bardzo. Ulubiona scena? Jak tańczył z dzieciakami pod koniec.:)


7/10.

Lost, sezon 4 | odcinki 5-8

4x05: "The Constant". Desmond w czasie lotu na frachtowiec zostaje trzepnięty. Kolejne konsekwencje implozji bunkra, tym razem połączone z opuszczeniem Wyspy. W jakiś sposób sprawia, że świadomością cofa się do przeszłości. Ale wraca też do teraźniejszości jednak nie wiedząc, czym ta teraźniejszość jest. A oprócz tego jego mózg nie wytrzyma wielu takich skoków w tę i spowrotem, więc... musi się spieszyć, bo inaczej umrze. Uratuje go znalezienie sobie jakiejś stałej w obu tych płaszczyznach, wtedy też przypomni sobie kim jest i tak dalej... Eee... Ciężko to opisać.

Jak to w ogóle miało działać? Sporo niejasności w związku ze stałą i czasem przebywania w 1998, a poza tym skutki wywołania też się kupy nie trzymają... Ale przynajmniej jest napięcie, budzi ciekawość, a finał z rozmową pokazaną naprzemiennie jest świetny. Głupi, ale emocji jest mnóstwo. Poważnie, nie mieli innych linii dialogowych poza "zadzwonię za 8 lat, bo tak"? Bez jaj. Ten serial ma tyle rewelacyjnych kwestii i dialogów, a tu taki kloc.

A poza tym za dużo się w odcinku nie dzieje. Sayid jest Sayidem, Dan jest Danem, ale w '90 ma długie włosy... I elo. 6/10




4x06: "The Other Woman". Dan z Charllote idą do stacji Burza, gdzie Inni prowadzili eksperymenty chemiczne, po drodze nokautując Kate czym wkurzą Jacka od którego odłączy sie Juliet by w pojedynkę powstrzymać dwójkę nowych. Czemu? Nie wiem. Może jest wyznawczynią hasła "W pojedynczej osobie siła"?

Ale sam finał okazuje się dobry, znowu powracają wątpliwości kto jest dobry a kto zły. Najpierw dowiadujemy się, że Ben wie, kto wynajął frachtowiec - Kuba Widmore, który chce odnaleźć Wyspę by ją wykorzystać... A może to tylko ściema? Z drugiej strony Dan neutralizuje gaz w stacji, by Ben nie mógł ponownie z niego skorzystać i zabić wszystkich na Wyspie. Finalnie jednak Benowi znowu się udało, ma własny domek... i plan. Jak zawsze.

Ciekawa jest retrospekcja Juliet - najpierw wkręcają widza, że Juliet jest jedną z Oceanic 6. Jednak okazuje się, że to nie FF tylko retrospekcja w której poznajemy Bena z drugiej strony, święcie przekonanego, że Juliet należy do niego. I bój się każdy, kto myśli inaczej. Jakby powiedział Turk ze "Scrubs": Ben is crazy. Po raz trzeci i ostatni widzimy katastrofę Oceanic 815 z punktu widzenia miasteczka Innych.

A w Burzy można zobaczyć wyraźnie dublerkę Juliet.:) 8/10.




4x07: "Ji Yeon". Wymieszanie retrospekcji z futurospekcją dało ciekawy efekt. Poznajemy w tym odcinku ostatnią z Oceanic 6: Sun. Jest w Korei, rodzi dziecko - córeczkę, przy porodzie wzywając Jina... Ale Jin leży na cmentarzu. Odwiedzają go tam razem z Hurleyem ubranym w garnitur (czyli to jeszcze przed zobaczeniem Charliego i zamknięciem się w psychiatryku?).

Znakomicie kontrastuje to z teraźniejszością, w której Sun musi wybrać: czy zostać z Jackiem i liczyć, że zostaną uratowani? A może jednak Juliet kłamała z tymi nieszczęśliwymi porodami i wrócić do Locke'a, by chronić dziecko? Na to nakłada się Jin mówiący "Nigdy cię nie opuszcze" a potem dowiadujący się o zdradzie Sun (robota Juliet).

Zaraz potem mamy świetną scenę z Bernardem i Jinem prowadzących męską rozmowę na łodce. :D Świetnie całość wypada.
A na koniec dowiadujemy się, że szpiegiem Bena na łódce jest Michael... Albo ktoś podobny do niego? Albo może z wyczyszczoną pamięcią (?) - poważnie, takie myśli naszły mnie po pierwszym obejrzeniu. Świetnie zagrali, trzeba przyznać. Swoją drogą, można go było zobaczyć trochę wcześniej, w scenie gdy Desmond rzuca się za tonącą kobietą - ma na sobie kaptur, ale widać że to ta sama postać. Jeśli to ona, wróciła do serialu po... 28 odcinkach. Jak do tego doszło?! 8/10.




4x08: "Meet Kevin Johnson". Pierwsza retrospekcja będąca istotna dla historii danego odcinka! :)

Dostałem potwierdzenie: to Michael. Ten Michael. Po opuszczeniu odcinka zwierzył się swojemu synowi z tego, co zrobił w 2x18, ten w odpowiedzi go znienawidził. Oczywiście. Jakbym nie lubił Michaela to jego dramat jak najbardziej zrozumiałem - bez syna, bez przeszłości, chcący popełnić samobójstwo... Ale usłyszał od Toma "Wyspa ci na to nie pozwoli". Tamci go śledzili by teraz zlecić mu misję i dać szansę na uratowanie przyjaciół których zdradził - Charles Wimdore sfingował wrak lotu Oceanic 815 by przywłaszczyć Wyspę dla siebie, a Michael pod przybranym nazwiskiem wybierze się w podróż by wysadzić jego statek.

Jest tam wiele świetnych scen - samobójstwo w rozpędzonym samochodzie, pisanie listu pożegnalnego rozpoczęte od ujęcia na cieknący kran. Jest zakończenie z Sayidem zdradzającego Michaela. Jest Alex tracąca chłopaka i matkę (!!!) w desperacji poddającą się niewidzialnemu sprawcy z okrzykiem "Jestem córką Bena".

Jest ponowna zmyłka - kto tak właściwie kogo tu oszukuje. Wiemy już,ze to Widmore sfingował samolot - ale w jakim celu? By uratować tych, którzy są na Wyspie? Czy też by ich wybić w drodze po Linusa, a następnie zachować Wyspę dla siebie? Co będzie dalej z Michaelem i Alex? 8/10.