niedziela, 27 maja 2012

ELENA

Drama, 2011


Nie napiszę tutaj nic o fabule. Jednak pewne rzeczy które chciałbym o filmie napisać tego wymagają, więc podzielę ten tekst na dwie części - drugą radzę poczytać po obejrzeniu filmu.

Nie wiedziałem o czym jest ten film, znałem reżysera i tyle - czyli standardowo. Pierwsze 20 minut było dla mnie bardzo przyjemne, odkrywanie opowieści, poznawanie bohaterów i relacji między nimi, kto jest kim dla kogo. Plus ten wspaniały punkt kulminacyjny który robi duże wrażenie za pomocą małych słów (niczym finał 3 sezonu LOST). I naprawdę uważam, że gdyby zdradzono mi to przed seansem... coś bym stracił. Tak, zdecydowanie.

Dlatego zanim przeczytacie część tekstu pod myślnikami, obejrzyjcie film i odkryjcie go samodzielnie. Dlaczego? Bo jest zadziwiająco konkretny i dzisiejszy, jednocześnie odwołując się do czegoś co już kiedyś zrobiono ale w świeży, lekko poetycki sposób. Odnosi się do konkretnych i istotnych kwestii które są w dzisiejszym świecie zapewne bardzo aktualne a jednocześnie istniały od bardzo dawna.

To zadziwiające ile film zmieścił w tych 100 minutach. Nie przypomina dwóch poprzednich filmów tego reżysera, jest w nim też kilka sztucznych dłużyzn (jak choćby śledzenie jadącego samochodu - to ujęcie mogło się urwać w każdym momencie, nie musiało trwać aż tyle. Takie drobne dłużyzny składają się na całościowy brak hipnozy jak w przypadku "Powrotu", gdzie wszystko miało swoje miejsce, pomimo że "Elena" jest filmem bardzo dynamicznym.

Owszem, obserwujemy tu bardzo dużo codziennych czynności, uczymy się bohater na zasadzie chłonięcia atmosfery w której żyją, drobnych porównań które sami wyłapujemy i dzięki temu osądzamy ich, ostatecznie wysnuwając z tej historii morał - znany mi od dawna, ale nadal prawdziwy i... niepopularny. "Ich nie można uratować, skoro tego nie chcą. Nawet poświęcając w ich imieniu wszystko, co ma drugi człowiek"



---------------------------------------

Dobra, tutaj mogę pisać o konkretach. Bardziej będą to wnioski z filmu niż opinia o jego składowych, więc spoilery będą, w tym zakończenia i tego co w środku (ważniejsze od zakończenia).

Historia dotyczy starszej pielęgniarce opiekującej się zamożnym mężczyzną, za którego wyszła za mąż 2 lata temu. Ma ona z poprzedniego małżeństwa dorosłego syna, on z kolei ma swojego syna, kolejne rośnie w kołysce, a jeszcze kolejne w brzuchu żony. Syn Eleny nie pracuje, mieszka ze swoją rodziną w małym, szarym i zagraconym mieszkaniu. Elena z mężem żyją w przestronnym apartamencie.

Po pierwsze, dlaczego uważam film za teraźniejszy - wydaje mi się, że teraz w czasach kryzysu kiedy coraz więcej młodych ludzi jest na bezrobociu i żyje z pieniędzy rodziców, wielu widzów poczuje więź z tym filmem. Ale to mało ważne, jednak to była moja pierwsza myśl w trakcie filmu - opowieść o ludziach żyjących na koszt rodziców/dziadków.

Jednak ważniejsze jest drugie stadium - porównanie tych dwóch światów. Gdy Elena z mężem jedzą razem śniadanie, on pyta ją o dzisiejsze plany. Wstają z rana i już mają plan. Co po drugiej stronie - była scena w której Elena rozmawiała przez telefon z synem, on siedział w kuchni. Wiadomo, jak w Polsce: mały stolik z krzesłami upchniętymi wokół, pół metra dalej kredens, kuchenka, blaty i tak dalej. Wszystko na kupę byleby się przejść dało. I syn kończy rozmowę, i siedzi dalej na tym zydelku. Wstaje po piwo, siada, je czipsa. Przychodzi jego syn, bierze czipsa i siada. Ojciec pyta się go, czy odrobił pracę domową. "Tak". Przychodzi żona, wstawia wodę na herbatę, siada również, bierze kilka orzeszków. Patrzą się na siebie w milczeniu... Ona pyta syna, czy odrobił pracę domową. "Tak!". I dalej siedzą tak sobie w milczeniu... Czy oni mają jakieś zainteresowania? Jak oni żyją? Nie mają nic do roboty? I wtedy zacząłem się zastanawiać - czy oni w ogóle żyją?
W końcówce wprowadzają się do apartamentu. Ojciec wchodzi do przestronnej kuchni, stworzonej do wygodnego przyrządzania posiłków i jedzenia z kulturą - a on bierze tylko piwo z lodówki. Przechadzają się po mieszkaniu, młody pluje przez balkon, lądując ostatecznie przed 42'' telewizorem, obejmując kanapę. To wcale nie jest ich miejsce - oni do niego nie należą, ani ono do nich. Oni wcale się nie zmienili.

Znamienne jest też, jak dziękują za pieniądze od Eleny na początku - nawet nie przychodzą by z nią porozmawiać, traktują to jak normę i ledwo dziękują słowem. Mąż wsadza pieniądze do kieszeni, przychodzi żona bez słowa wyciągając rękę i on je jej podaje bez słowa. Gdy Elena przynosi w finale grube tysiące, jedyną reakcją jest "Wow! Musimy to opić! Ten frajer nareszcie zrobił coś dobrego. A tak btw, słuchaj - będziemy mieć kolejne dziecko!"

Na koniec najważniejsza kwestia - morderstwa (swoją drogą, nakręconego w jednym ujęciu - kiedy na koniec Elena wraca do sypialni fakt zabójstwa powrócił do mnie ze zdwojoną siłą, właśnie dzięki temu pojedynczemu ujęciu). Elena chciała ratować swoją rodzinę uważając, że skoro potrzebują to powinno się im dać. To pierwszy powód bycia *****, a oto drugi: starała się wymusić na mężu wyrzuty sumienia, by sam z własnej woli oddał jej synowi swoje pieniądze. Niestety, facet do końca zachował klasę i zdrowy rozsądek, więc Elena poświęciła go i wszystko co miał i sobą reprezentował - zasłużenie na to co się ma, ciężką pracę, uczciwość, człowieczeństwo, samodzielność i odpowiedzialność. Wszystko poszło na stos w imię "Daj, bo potrzebuję, a jak nie to sam wezmę".

Finał jest bardzo jasny - to nigdy nie da skutku. Nie można uratować drugiego człowieka, jeśli ten za wszelką cenę pragnie upadku. Można w jego imię poświęcić wszystko ale on się nie zmieni. Finałowe ujęcie (sprytnie ustawiono kamerę na górze, by dziecko nie zobaczyło obiektywu i do niego nie podeszło :D) na bezimienne dziecko leżące na dużym dwuosobowym łóżku podsumowuje wszystko idealnie - na pozór sprawia wrażenie potomka króla, ale jego los jest znajomy i zupełnie inny. Tacy rodzice sprawią mu zupełnie inną przyszłość, a on nigdy nie dorośnie do warunków wśród których jest teraz.

Swoją drogą, te warunki też raczej długo nie przeżyją.


7/10

http://rateyourmusic.com/film/елена/

niedziela, 20 maja 2012

BADLANDS

New Hollywood & Romance, 1973


Film o tym, że para postanawia być ze sobą, ale jej ojciec się nie zgadza więc ginie z ręki jej chłopaka, co staje się początkiem ich przestępczej kariery.

Tak, film z taką fabułą mi się podobał. Co urzeka, to klimat. Na początku to miasteczko, wolne chodzenie między pustymi uliczkami, balansowanie kijem na ręku, spacery środkiem drogi oraz pierwszy seks pod drzewem nad rzeką. Przejażdżki samochodem. Tyle w tych ujęciach uczucia!

Zaraz potem następuje główna część filmu, kiedy to bohaterowie znajdują się na pustyni. Właściwie non-stop widzimy jakieś plenery - puste pola na których nic nie rośnie, jakaś polana, kamienista i sucha pustynia z drogą, która nie nadaje się dla samochodów, bo gdy taki przejedzie, to zostawi za sobą wysoki na 10 metrów kłąb kurzu.

Co jest niezwykłe, sceny rozgrywają się przy małej ilości postaci. Przez pierwsze 20 minut widzimy w zasadzie tylko 2 postaci: Kita i Holly. To z pewnością dodaje swoje do klimatu, bo oni sami grają naprawdę dobrze (duet Martin Sheen & Sissy Spacek).

Merytorycznie jest to film na dwa tematy: o samotności przestępcy oraz o druzgocącym wpływie tytułów na życie ludzkie (Ojciec Holly nie zgadzał się na ten związek, bo Kit był z niższej grupy społecznej, Kit nie był zakochany w Holly tylko w swojej dziewczynie i samym fakcie posiadania jej, oraz tym, co z tego tytułu wynika). Proste, nawet mądre, a także miłe w oglądaniu kino. Naprawdę miłe! Włączyłem je na kilka minut, bo w tle robiłem defragmentację i nie miałem co robić, a tu oderwać się nie mogłem. Najpierw chciałem tylko pierwsze 10 minut obejrzeć, potem 20... 30, żeby na jutro tylko godzina została... Skąd takie myślenie? Bo była 2 w nocy, o tej porze powinno się spać! Ostatecznie stanęło na 55 minucie...

Warto też wspomnieć o rozwiązaniu fabuły, jak to wszystko zakończono - w sposób pasujący do całości, w taki, że widzowie którzy się połączyli z bohaterami pogodzą się z tym, co było oczywiste i nieuchronne. A wszystko to jeszcze umoczone w tym lekkim surrealizmie...

Bardzo przyjemne kino! Portal rateyourmusic.com widział co robi, proponując mi ten film na podstawie oddanych przeze mnie głosów.:)


7/10.

http://rateyourmusic.com/film/badlands/

PS. Naprawdę odczuwam dyskomfort na samą myśl, że gdyby Malick nakręciłby ten film 40 lat później to wsadziłby do niego dinozaury.

sobota, 19 maja 2012

Lost, sezon 2 | Podsumowanie

Wciąga, angażuje na wielu poziomach. Daje jedną nową gigantyczną zagadkę i rozwiązuje ją jeszcze w tym samym sezonie, po drodze wykorzystując napięcie jakie daje. To pikanie i zastanawianie się, czy uwierzyć - to już nie wróci, i to czyni ten sezon wyjątkowym.

Nadal jesteśmy na Wyspie, gdzie jednych poddaje się testowi, a innym wynagradza poprzednie życie, sprawiając, że teraz żyją w lepszym miejscu. Wspaniałe jest, że nie ma tu jednego konkretnego wątku, jest tu raczej mnóstwo historii będących obok siebie, zyskujących na ważności w zależności od tego, której postaci towarzyszymy. Widać to po finale, gdy siedzimy obok Charliego, którego w ogóle bunkier i przycisk nie obchodził. Jego obchodzi, że Clair ucieszyła się z jego powrotu. Wątek Michaela i jego syna - najpierw przez 10 odcinków mamy to gdzieś, a potem nie możemy się doczekać, jak się to skończy. Jedni bohaterowie wydają się nieciekawi, ale twórcy pokazują nam ich przeszłość - i od razu cały serial zyskuje kolejne punkty. Bo po prostu tego jest coraz więcej i więcej.

To nadal wspaniała historia o tym, co strasznie drażni wyobraźnię: o przeznaczeniu, o wierze, że wszystko ma swoją przyczynę. I nie na przykładzie ludzi, którzy czekają, aż coś fajnego im się przydarzy. To historia o ludziach, którzy próbowali ale im nie wyszło, albo nie mieli szans lub... No, zdarzyło się to, co się ludziom zdarza w normalnym życiu. Ale gdyby nie to wszystko, nie trafiliby na tę Wyspę. To naprawdę buduje wspaniały klimat, pełen nadziei i optymizmu. Tutaj życie nadal jest ciężkie (w końcu to życie), ale to tutaj zdarzyły się te wszystkie wspaniałe rzeczy...

Wspaniałe jest tu to, że w przeszłości rozbitkowie też się spotkali. Rose zapamiętała Johna jeżdżącego na wózku po lotnisku. John sprawdzał dom Nadii, ukochanej Sayida. Sayid jechał w jednej ciężarówce z ojcem Kate, a także spotkał Kevina, przyszłego wciskacza guzika który chciał uciec łodzią Desmonda. Desmond biegał z Jackiem a łódź dostał od Libby. Ana poznała ojca Jacka a nawet napatoczyli się na Sawyera w Australii. Sawyer omawiał plan oszustwa w barze, w którym pracowała matka Kate. To wszystko jest po prostu niesamowicie FAJNE, choć ani nic nie znaczy, ani nie jest odkrywcze, i właściwie jedyny tego skutek był taki, że twórcy zaoszczędzili na statystach.

Tak czy siak, sezon na medal. 10/10, nie ma to tamto.

Najlepsze odcinki:
20 (10/10!), a zaraz potem - 1, 2, 3, 6, 18, 22, 24 (9/10 wszystkie). Bardziej wybija się 18, potem 1, 24, a potem reszta.

Najsłabszy odcinek:
Żartujecie? 7/10 to najniższa ocena jaką dałem w tym sezonie, i to tylko dla 3 odcinków. No chyba was po&ebało, że nazwę to słabą oceną.


Top 10 Najlepszych momentów sezonu:
1. Opening w 2x01
2. Zakończenie 2x20
3. Zakończenie 2x06 (a także 2x07)
4. Pożegnanie z Libby ("Wybacz, że zapomniałem o kocach") 2x21
5. Przemowa Dave'a w 2x18
6. Każdy moment, kiedy w grę wchodził przycisk. Po prostu. Od 2x01 do 2x24.
7. Schizy Charliego z pianinem.
8. Każda scena ilustrowana "Parting Words" lub "Gathering".
9. Charlie śpiewający The Kinks.
10.Każda solówka w wykonaniu danej postaci (Claire na prochach, żałoba Sayida, skrucha Any-Lucii itd)

piątek, 18 maja 2012

Lost, sezon 2 | Odcinki 20-24

2x20: "Two for the Road". O tak, jeden z najbardziej pamiętliwych momentów w całym "LOST", a finał tego odcinka wymienia się na pierwszym miejscu wśród 10 najlepszych scen w historii serialu. Cała budowa odcinka przygotowuje na wielki finał, kiedy to kilka wątków się łączy i absolutnie niszczy mózg. Sumienie Any-Lucii z przeszłości nakłada się na przeżycia z Wyspy, powrót Michaela, romans Libby i Hugo który właściwie dopiero się zaczyna, całe 20 milionów widzów na całej Ziemi życzy im teraz wszystkiego najlepszego, Jin daje kciuk w górę... I bum.

"Przepraszam". Jeden strzał. Zaraz potem drugi. A za chwilę trzeci.

Wszystko bez słów z jego strony. Tylko twarz pełna emocji. Efektowny clifhanger. A gdzieś wcześniej dowiadujemy się, że ojciec Jacka znał Anę, a także wiemy już, czego Henry szukał... Szukał Johna. Ale do czego? 10/10.




2x21: "Question Mark". Twórcy zmierzają w niebezpiecznym kierunku który pewnie nie wszystkim przypadnie do gustu, tzn. pokazywaniu snów bohaterów. Na obronę tegoż można podać tylko tyle, że w sny wierzą tylko dwie postacie: Locke i Eko, i im się one objawiają. Więc o pewnej wiarygodności można tu mówić.

Do rzeczy, Eko widzi swojego brata który mówi mu, by pomógł Johnowi. John nie chce już wciskać guzika, więc Eko zdziela go w łeb i zabiera do lasu, by z pomocą mapy Johna (sporządzonej na podstawie rysunku który pokazał się w bunkrze) znaleźć kolejną stację Dharmy: Perłę, ukrytą pod wrakiem samolotu który Eko spalił. Dyskutują o wierze w Wyspę, w przycisk, poznają się bliżej... I o dziwo wszystko to ogląda się bardzo przyzwoicie.

W bunkrze Henry uciekł, szczelając do wszystkich. W tym Libby, która okazuje się jeszcze żyć... Dobra, tutaj odcinek znowu sobie grabi, bo żeby jej pomóc potrzebują heroiny, więc Sawyer pozwala innym odkryć jego tajny składzik. Pięknie, ale... On mówi "gimme 20 minuts" i idzie wolno do tej skrytki. A ona tam umiera. Po drodze jeszcze noc w dzień się zmienia. Hugo pyta się ich, czy widzieli Libby... I też robią to wolno. Ech...

Niemniej, jego pożegnania z nią chwyta za co trzeba. "Przepraszam, że zapomniałem o kocach". A chwilę wcześniej "Glad you okey, dude" do Michaela. Cały Hugo. Wielkie sceny. 8/10.




2x22: "Three Minutes". Nie wiem, skąd taki tytuł. Oglądamy w nim kolejną retrospekcję mającą miejsce po rozbiciu samolotu, tzn. dowiadujemy się, co stało się z Michaelem gdy uciekł szukać syna - znowu zostaje podkreślona jego ślepa troska o syna. W teraźniejszości oglądamy przygotowania do podwójnego pogrzebu - i chyba już tutaj to zaczynało być monotonne. Wiem, jestem bez serca, ale sceny te również zaczęto kręcić bez serca - automatycznie, z podobnymi ruchami kamer, z podobną inscenizacją, nawet w podobnym świetle słońca. Ktoś kopie, ludzie się zbierają, Jack coś mówi, ludzie odchodzą. Niemniej, nadal jest dobrze: jest szerokie ujęcie na wszystkich na plaży, idących długim sznurem przez nią, do prowizorycznego cmentarza. O każdym martwym mówią kilka słów (tyle, ile się dowiedzieli). Hugo świetnie sobie radzi, jest autentyczny w tym co wtedy mówi. Również Sawyer w swojej cichej tęsknocie za Aną jest świetny (tak cichej, że prawdopodobnie mało który widz to wyłapał).

Ale Michael przekonywujący wszystkich, że to ma być zrobiono po jego myśli... Widać w tym sztuczność, naciąganie i oczywistość, że chłop ma w planach co innego. Ewidentnie nie przyłożono się do tego wątku.

Niemniej jednak odcinek na plus, jest w nim dużo emocji i trochę napięcia. Rozbitkowie prowadzą swoje życie, obok nich banda Jacka przeżywa przygodę, a na horyzoncie pojawia się łódka... Wait, what?! 9/10




2x23 & 2x24: "Live Together, Die Alone". Michael prowadzi przyjaciół na ścięcie, Sayid okrąża Innych, Locke czeka na przycisk a Eko chce wszystko wysadzić w powietrze. Całkiem sporo jak na początek, prawda? :) Jest w tym finale wiele wspaniałych rzeczy, jak dwuczęściowa retrospekcja Desmonda wyjaśniającego zagadki związane z bunkrem które narodziły się w poprzednim sezonie. Dowiadujemy się w końcu, czy przycisk jest prawdziwy. Dowiadujemy się, jak Desmond znalazł się sam na Wyspie. Patrzymy, jak Jack dostaje w nogę ale mimo to idzie dalej. Obserwujemy powrót Michaela do domu, do syna... I pierwszy raz w pełni możemy się zastanowić, czy chłop dobrze zrobił? Zdradził, zabił, naraził na niebezpieczeństwo przyjaciół... ale z drugiej strony - no właśnie! Plus rewelacyjny występ Henry'ego (jego kwestie, zachowanie, mistrzostwo!), powrót Charliego do Claire i wiele innych dobrych scen.

Co będzie dalej z Jackiem, Kate i Sawyerem? Kim są Inni? Czemu Locke został, mimo że to po niego Henry szedł? Co się stało po tym, jak Des przekręcił kluczyk? Czemu Eko i Locke nie wrócili, podczas gdy Charlie wrócił na plażę spokojnie? Czemu ludzie Penny szukali wyładowania? Skąd wiedziała, że tego ma szukać? 9/10

czwartek, 17 maja 2012

Lost, sezon 2 | Odcinki 14-19

2x14: "One of Them". Z jednej strony latanie Sawyera za żabą do najciekawszych rzeczy nie należy. Z drugiej widzimy, jak Sayid stanął w przeszłości po drugiej stronie konfilktu USA z Irakiem. Z trzeciej strony... Danielle złapała w sieć jednego z nich... Wait, what?! Co dalej nie zdradzę. 8/10.

Z ciekawostek - przyjrzyjcie się gościowi, który przekonał Sayida. Skądś go znacie, prawda? Tak. On zginął na Wyspie. A raczej zginie, za kilka odcinków. Ciekawy myk ze strony twórców, doceniam...




2x15: "Maternity Leave". Dziecko Claire zaczyna chorować, gorączka i wysypka. Matka zaczyna wariować, jest przekonana, że to Oni coś jej podali gdy Ethan porwał ją do dżungli. Pomysł na odcinek ciekawy, szczególnie interesujące jest tu pierwsza retrospekcja obejmująca wydarzenia PO rozbiciu się Oceanic 815. W nich dużo udanych i naturalnych dialogów, które niczego nie zdradzają, ale nie brzmią tak, jakby ktoś pisał je mając za cel nie przekazać nic konkretnego. Przekazują, ale im, a oni wiedzą o co chodzi.

Do tego świetny montaż z "Wake Up", Alex, pokojem dla dziecka, samolocikami...

Ale zanim do tego dojdzie, będzie kilka słabych scen, jak przywoływanie wspomnieć za pomocą medytacji - nie ukrywam, największy ciężar za to leży po stronie Emilie de Ravin grającej Claire. Z jednej strony umie grać osobę odurzoną w wiarygodny sposób, ale w teraźniejszości miota się jak poparzona, po prostu przesadza. Mimo to, oglądamy kawał ciekawego odcinka w którym dostajemy odpowiedzi na pytanie, co się z nią stało, oraz poznajemy Dannielle od drugiej strony. Dostrzegamy w niej kogoś dobrego. Ethan też wydaje się trochę mniej groźny. A ten klej do sztucznego zarostu... O co tu chodzi? Czyżby udawali przed Zagubionymi, że są dzicy? Po co?

Z drugiej strony Eko spowiada się Henremu Gale z tego, że zabił dwóch Tamtych. Dlaczego potrzebuje jego wybaczenia? Czemu trzymał na tę okazję bródkę? Na sam koniec dostajemy pokaz manipulacji Bena - przesadzony w efekcie przez twórców (wątpię, by Locke aż tak się wzburzył na tę drobną uwagę), ale to i tak dobry pokaz jego umiejętności. 7/10.




2x16: "The Whole Truth". Tytuł intrygujący, prawda? :) Ana Lucia przesłuchuje Bena i prosi go, by narysował mapę do jego balonu. Dziwne, że nie pomyśleli o tym wcześniej. Trochę na siłę podkreślono w ten sposób rozłam i konflikt między zagubionymi, ale cóż. Najważniejsza jest tu kolejna retrospekcja Jin i Sun, w której starają się o dziecko, ale okazuje się, że nie będzie im dane... Wszystko to kontrastuje z teraźniejszością, gdzie ukochani się kłócą, ale ostatecznie wracają do siebie... i płodzą dziecko. Wyspa to wspaniałe miejsce, amen! bracie. Do tego naprawdę można poczuć, że zbliżyliśmy się do tej dwójki, poczuliśmy zagubienie (!) Jina wśród ludzi z którymi nie może porozmawiać i jego potrzebę opiekowania się żoną...

Trzeba też wspomnieć o monologu Henry'ego na koniec. Klasyk.:) 8/10.




2x17: "Lockdown". Co za gra słów w tytule.:) Odcinek wykorzystujący jeszcze raz potęgę klawisza i dźwięku, który wydaje, gdy trzeba mu zmienić pieluchę. Nie ważne, co jest na ekranie, jeśli słyszymy ten dźwięk... Cholera, nawet nie musimy go słyszeć. Wystarczy, jeśli się nam o nim przypomni. Z niewiadomych przyczyn właz przeciwwybuchowy zostaje opuszczony, John przygnieciony do ziemi a zegar tyka... Poza bunkrem Jack gra w karty z Sawyerem, nikt nie przyjdzie. Jedyna nadzieja w uratowaniu świata spoczywa na Henrym... Czy pomoże? Czy może zachowa się jak Inny? Czy zdąży nacisnąć klawisz? Sporo napięcia w tym odcinku, trzeba przyznać. A po wszystkim ono wcale nie opada, ono dopiero wtedy wypływa - "Nie nacisnąłem guzika, John" sprawia, że znowu wracamy do pytania które zadaliśmy sobie ponad 15 odcinków temu: "Czy guzik naprawdę jest istotny? Może to podpucha?". Kryzys wiary u Johna, z którym pomoże mu dopiero Rose w odcinku "SOS", przypominając mu o jego kalectwie.

W retrospekcji dowiedzieliśmy się, jak zakończył się romans Johna z tą babką z "Synów Anarchii". Do tego kolejne tajemnice: hologramy na ścianie po uruchomieniu alarmu, paczki z żywnością oraz... Henry Gale. Jedna tajemnica doprowadziła do kolejnej. 8/10.




2x18: "Dave". To jest TO. Jeden z największych odcinków w całym LOST. Odcinek, który mógł absolutnie wszystko zakończyć w sposób, którego nikt się nie spodziewał. To znaczy... wiedzieliśmy, że Hugo był chory psychicznie, ale nie do tego stopnia, że wymyślił Wyspę... I wszystko na niej... Wszystko nagle zaczęło do siebie pasować. Hugo mógł skoczyć, serial się skończyć, a fani i za 20 lat by dyskutowali kto strzelił pier... tzn. czy Hugo miał rację?
Chociaż pewnie przesadzam i po pierwszym szoku zaraz znalazłby się kościół wyznający "LOST SUCK'S".
Z trzeciej strony, on i tak się pojawił, ale w innej formie i mając więcej argumentów.
Z czwartej strony, bez tego nie byłoby wspaniałej przygody z 3, 4, 5 i 6 sezonu. Ten argument wygrywa na korzyść tego, że Libby słusznie pojawiła się na koniec. Prawdopodobnie największe stężenie mindfaka na sekundę. "Fight Club" i reszta się chowa. 9/10




2x19: "S.O.S." Dla odmiany jeden z najsłabszych odcinków, ale po powtórce nie jest aż tak źle. Zapamiętałem Rose gorzej niż jest. Potrafiła być wredna, ale zawsze potrafiła wyhamować by nie przesadzić i nie zmienić się w sukę. Również Bernard nie był kimś wyjątkowym, więc to nie tak, że zasługiwał jako postać na lepszą ukochaną. Pasowali do siebie i kochali się, więc... dla mnie cool.

Retrospekcja jest zadziwiająco świetna. Najpierw myślimy, że oni już się znają od wielu lat. Ale poznali się zaledwie kilka miesięcy przed rozbiciem - naprawdę fajny zwrot. Oświadczyny również świetne. Współpraca przeszłości z teraźniejszością na medal. Podkreślenie znaczenia i magii Wyspy - na medal.

A co w teraźniejszości poza Bernardem? Locke upada na wierze w guzik (dobrze przedstawione) a Jack leci do Innych by kupić Walta za Henry'ego. Drze się w deszczu, kamera krąży wokół niego... Zadziwiająco dużo w tym napięcia i energii, sceny te mają w sobie moc.

I humor. "Jak długo będziesz tu czekał?; Aż odzyskam głos. Wtedy pokrzyczę sobie jeszcze trochę". Typ humoru pasujący i do postaci i do sytuacji. Świetna robota. Świetny odcinek, zakończony powrotem Michaela. 7/10.

środa, 16 maja 2012

Lost, sezon 2 | Odcinek 9-13

2x09: "What Kate Did". Czemu Kate wylądowała w samolocie z kajdankami? Tego dowiemy się w tym odcinku. Ale czemu wałęsała się przez cały odcinek płacząc i krzycząc... Tego się chyba nigdy nie dowiedzieliśmy. Nagle dopadły ją duchy przeszłości, zobaczyła konia który jej pomógł w poprzednim życiu (a przynajmniej pomyślała, że to ten sam koń), potem duch który opętał Sawyera... Ale żeby uciec, krzyczeć i całować Jacka, a na końcu zwierzać się na ślepo? Minus!

Eko zachowuje się coraz dziwniej, milczy nienaturalnie a twórcy to podkreślają. Opowieść o książce znikąd się pojawia i jest totalnie bezcelowa. Mógł po prostu powiedzieć, że znalazł taśmy. Ale nie, trzeba było przygotować widza na to, że Eko to fanatyk który zbuduje Kościół-Tipi. Hm.

W ogóle to ciężko oglądało się ten odcinek. Początek jest świetny, przejście z planu ogólnego (plaży) na namioty, z jednego wychodzi Jin (pierwszy raz widzimy jego mięśnie), za nim Sun. Patrzy na to Hugo, robi znak "Hugo Approved", uśmiechają się do siebie, widz też się uśmiecha... Zaraz potem spoglądamy razem z Sun na drugi koniec plaży, gdzie Sayid kopie grób. Uśmiech znika, zastępują go kompletnie przeciwne emocje. Będzie pogrzeb.

Sam pogrzeb również jest świetny, mowa Sayida nie jest ani długa ani szczegółowa, nie jest przesadzona. Jest idealna, naturalna i pełna emocji. Zachowanie tłumu również, któremu przywodzi Jack w naprawdę dobrym stylu. Występ fałszywego ojca Kate, wybuch domu, aktorstwo Josha - świetne. Na sam koniec dokonujemy odkrycia brakujących klatek, które zawodzą, bo nic nie mówią, a także okazuje się, że komputer jednak służy do czegoś jeszcze. Mało. 7/10



2x10: "Psalm 23". Z perspektywy czasu, kiedy wie się jak wątki się zakończą, odcinek sprawia gorsze wrażenie. Jednak za pierwszym razem oferuje sporo napięcia - Eko okazuje się znać tajemnice Wyspy? A jednak nie, choć z odkryciem tego czekamy aż do końca. Konfrontacja Eko i Potwora? Zjeść zęby można. Kryjówka Charliego? Gdzie to zaprowadzi? Chcę się dowiedzieć, moja więź emocjonalna z bohaterem jest mocna! Oczywiście - co oznaczają komunikaty z komputera? Czy to aby na pewno Walt? A jak nie... to kto? Napięcia za pierwszym razem było mnóstwo !!

Trochę przeszkadza Jack mówiący o załatwieniu spraw tutaj, potem pójdziemy po twojego syna. Niby jakich spraw? Ale brzmi nieźle...

Co trzeba odnotować, Wyspa dała coś Eko. Uzmysławiamy sobie też, że Charlie również coś otrzymał. Drugą szansę, test? Mistycyzm Wyspy działa w tym odcinku, nawet w wątku Michaela. Wcale nie powiedziano, że to nie Wyspa się z nim komunikuje. Tak jak nie komunikowała się z Kate w poprzednim odcinku za pomocą konia i Sawyera (jak podejrzewaliśmy).

W tym odcinku zaczyna się też relacja Hugo i Libby, choć to zaledwie uśmiechy. 8/10.



2x11: "The Hunting Party". W przeszłości Jack na fali sukcesu podejmuje się dokonania kolejnego cudu, w teraźniejszości rusza za Michaelem który ucieka do lasu by znaleźć syna. Na końcu dochodzi do świetnej konfrontacji z Innymi (!), w między czasie różne relacje między Zagubionymi wywołane ucieczką Michaela (Jack z Kate, Jack z Sawayerem, Locke z Jackiem, Jin z Sun). Ciśnienie podnosi też ostatnia kwestia Shepharda: "Ile czasu zajmie ci wytrenowanie armii?" 8/10.



2x12: "Fire + Water". Czyli twórcy LOST próbują tworzyć psychodelę. I im wychodzi. Schizy Charliego z Matką Boską, dzieckiem w pianinie, dniem świątecznym który zaczyna się gdy jest dzieckiem a kończy gdy jest już dorosły... Niesamowite. Skąd się wzięły? Wtedy pewnie każdy pomyślał, że to zagranie Wyspy. Jego działania w teraźniejszości nie należą do najprzyjemniejszych w oglądaniu, bo chłopak traci zmysły. Retrospekcja też nie jest przyjemna, bo obserwowanie jak człowiek stara się dbać o rodzinę zapominając o sobie, a na koniec zostaje sam... No, to też nie jest przyjemne. Ciężki odcinek. 8/10.



2x13: "The Long Con". Odcinek niby totalnie zbędny*, a jaki pomysłowy. Intryga Sawyera w teraźniejszości oraz w retrospekcji naprawdę zaskakuje. Plus całość wiarygodna pod względem ich charakterów. 7/10...
*chociaż dziewczyna z retrospekcji wróci w sezonie 5, a fakt, że Ford zajmie broń będzie miał znaczenie w przyszłości.

wtorek, 15 maja 2012

Lost, sezon 2 | Odcinki 5-8

2x05: "...And Found". Drugi zapychacz taśmy z rzędu, Sun zgubiła obrączkę i łazi po Wyspie płacząc z tego powodu, po drugiej stronie Wyspy zobaczymy tylko dużo elementów wzbudzających żywe zainteresowanie (ponownie): Michael się wyrwie od czapy gdzieś, by z tego samego powodu wrócić, ale w tym czasie Jin z Eko pobiegają po dżungli by widz poczuł, że Oni faktycznie mogą być wszędzie. I chodzą bardzo cicho. I tak upłynęło sporo taśmy filmowej...

Drugie pół taśmy poszło by pokazać przeszłość Jina i Sun, której efekt jest taki, że polubiliśmy tę dwójkę. Przygotowanie widza do jednego z najważniejszych wątków drugoplanowych? Najwyraźniej.

Odcinek, który wszyscy oglądali z zainteresowaniem, oczekując wiele ale wszystko co otrzymali to tylko przeniesienie tych emocji na kolejny odcinek, kolejny tydzień. Niemniej, wszystko wykonano na wysokim poziomie. 8/10.





2x06: "Abandoned". Zapowiada się na kolejny, trzeci z rzędu zapychacz - rozwijane jest kilkanaście relacji: Claire i Charlie, Charlie i Locke, Locke i Claire, Shannon z Sayidem, powróci wątek narkotyków i opieki nad dzieckiem oraz gra, którą Locke odkrył dla Walta w pierwszym sezonie.

Cały trik polega na tym, że to będzie jeden z najważniejszych odcinków w serialu i jedna z najlepszych śmierci w jego historii: Shannon dostająca kulkę zwodzona w głąb lasu przez "Walta". Mnóstwo zbliżeń na twarze, mnóstwo emocji i zawieszenie sytuacji na ostrzu noża: co zrobią potem?
W ogóle sama śmierć Shannon nas wzburzy, dzięki temu, że na ostatnie minuty jej życia twórcy bardzo nas do niej zbliżyli: pokazali, że chciała być niezależna, chciała być odpowiedzialna, była opuszczona... W takich momentach nie zabija się postaci. Ale twórcy LOST to zrobili. Ja już nie mam pytań i 9/10 daję już teraz.

A jest jeszcze MONUMENTALNA scena wznoszenia Forda na noszach na wzgórze. Nosze z lian, piramida z ludzi, 100% realizmu i wysiłku ludzkich mięśni bijących z ekranu. Wspaniała robota. Wspaniały odcinek. 9/10.




2x07: "The Other 48 Days". Odcinek niezbędny, przeciwieństwo poprzednich. Tutaj materiału było aż za dużo na jeden odcinek a za mało na dwa. Nieco dłuższy od standardowych 42 minut i wyraźnie słabszy. Nie przenosimy się w nim na Wyspę, nie czujemy tego klimatu. Brak wyraźnych postaci i zajmującej historii, bo już w poprzednim odcinku dowiedzieliśmy się, kim był spy. Odcinek był potrzebny, by pokazać jak przeżyli Tamci, skąd wziął się dół w którym potem zamknięto Jina i Michaela, kim był Goodwin. Kilka emocjonujących scen jest, choćby sam początek przechodzący od leniwego ujęcia na plażę po dramatyczną scenę rozbicia się i ratowania niedobitków.

Niemniej, wiem że to dobry odcinek, patrząc na to jak wykonano pracę nad takim materiałem. Ale nie ukrywam, to pierwszy moment w serialu kiedy pomyślałem: "Można to było zrobić lepiej".

Nie można też zapomnieć o końcówce, która w kilka sekund przenosi nas na szczyt emocji, do poprzedniego odcinka. Dramatyczne zwroty kamery, rozmazany obraz, dziwne dźwięki... I nagle znowu przeżywamy śmierć Shannon. Nic z tamtej sceny z nas nie uciekło, to nadal w nas było. A twórcy to wyciągnęli na wierzch, tym razem bardziej skupiając się nie na Sayidzie i tym, co zrobi po podniesieniu się. Teraz bardziej interesuje nas Ana-Lucia i to, jak będzie dalej z tym żyć... 8/10.
Plus zakończenie które sprawia, że natychmiast chcę obejrzeć kolejny odcinek.

A w ogóle to wiecie, że to pierwszy odcinek bez retrospekcji? Albo cały będący retrospekcją. Zależy, jak na to spojrzeć. Fajnie, nie? :)




2x08: "Collision". Jeden z tych odcinków, które kończą się cichym napisem "LOST" i utworem "Gathering". Ludzie do siebie wracają: Jin do Sun, Bernard do Rose, Jack obejmuje Michaela, Kate szepcze do Sawyera, Charlie obejmuje Jina a Sayid niesie Shannon... On też jest martwy, podobnie jak Ana-Lucia, której rana na psychice okazuje się być głębsza.

Odcinek, który dokłada kolejną cegiełkę do jednego z najważniejszego motywu serialu: oni są zagubieni. Martwi. Ale są razem. Tutaj.

Dużo prostego życia rozbitków na Wyspie, popisu aktorstwa (Ana-Lucia, Sayid!), parada świetnych postaci i dużo emocji. Odcinek otwierający trzeci segment sezonu. 8/10.

poniedziałek, 14 maja 2012

Lost, sezon 2 | Odcinki 1-4

2x01: "Man of Science, Man of Faith". Genialny opening, to po pierwsze. Nikt nie spodziewał się niczego, co oferowały te 2 minuty z hakiem. Tajemniczy dźwięk, który niedługo miał być kultowy wśród fanów. Niepokazywanie twarzy postaci, ale w taki sposób, że nikt nie zauważył nawet, że jej nie pokazano! Dopiero za kilka minut ileś-tam milionów na całym świecie miało zacząć się zastanawiać, kim jest ten człowiek.. I co tutaj robi. Teraz jeszcze nikt się nawet nie zastanawia, czemu "tutaj" jest! Widz jest "otępiony" muzyką i widokiem codziennego rytuału który przerywa wybuch. Taśma zostaje zerwana, muzyka wnosi się na wyżyny idealności a kamera wykonuje kolejny długi i skomplikowany najazd którego finałem jest ujrzenie Johna i Jacka oraz TSUNAMI pytań, których istnienia do tej pory widz nie był świadomy. Arcydzieło w każdym punkcie. A to dopiero 2 minuty!

Zaraz potem, przeciąganie. W ogóle pierwsze 3 odcinki tego sezonu to genialne wydłużanie, jednak o tym później - zauważcie, że na początku przy włazie było czworo ludzi, potem się podzielili na pary by POGADAĆ. Jack z Hugo, Kate z Johnem - ich dialogi byłyby niemożliwe, gdyby szli razem, dlatego ich podzielono, dano im czas. Ciekawe dialogi, jednak się rozdzielili! W dżungli, w nocy! Nikt tego nie zauważył za pierwszym razem. Za drugim pewnie też nie. W ogóle fakt, że wrócili do obozu, jest tu znamienny. Wyciągnięto odcinek, opóźniono punkt zapalny, zachowując wysoki poziom - przeciągnięcie było realistyczne i wręcz naturalne, choć pobudki twórców ku temu były czysto matematyczne.:)

Kolejne genialne rzeczy - przypomnienie tego, co było. Właz to ideał również patrząc na to od tej strony: kim jesteście? Jak długo tam jesteście? Czy ktoś w ogóle zauważył, że te pytania służą czemuś innemu niż fabuła? Nie !!
Do tego genialna retrospekcja, pełna emocji, oraz końcówka z "You". Do tego pełno napięcia przeniesionego na następny odcinek (Kate w wentylacji!), nowy rewelacyjny bohater (Szkocki akcent na wagę złota, dosłownie), nowe interesujące miejsce którego historia naprawdę będzie męczyć wszystkich przez wiele odcinków... 9/10.


2x02: "Adrift". Czyli arcydzieło przeciągania w taki sposób, by widz nadal trzymany był w napięciu, a materiał wykorzystać do ostatniego liźnięcia. Zaczyna się od Jamesa i Michaela dryfujących na morzu - z tym się nic nie da robić. A jednak, dialogi między nimi podbudowane retrospekcją Michaela są po prostu rewelacyjne. Nic nie wnoszą do fabuły, wiemy tyle ile wcześniej - ojcu zależy na synu, obwinia w szoku o stratę Jamesa, wraz ze świtem przychodzi pogodzenie się z tym. Wyjmowanie kuli z rany, walka z rekinem (którego nawet nie widać!) oraz zwyczajna kłótnia między rozbitkami to niesamowicie wciągający wątek. Twórcy włożyli w te nieistotne sceny tyle uczucia i talentu, że twarz sama upada do pokłonu.

Że kierowała nimi tylko chęć zapełnienia tych 42 minut? Kto to w ogóle zauważył?! Relacje między zagubionymi są jednym z najważniejszych aspektów serialu, za które ludzie go pokochali!

A tuż obok, przy włazie COFAMY się do poprzedniego odcinka i w napięciu oglądamy sceny, które wiemy jak się skończą, choć nie wiemy jeszcze jak do nich doszło. Wewnątrz włazu była jedna osoba, weszły trzy - i każda z nich to oddzielny "wątek" wyciągający całą historię o kilkanaście minut. Wszystkie napisane z mnóstwem serca, po prostu. Są rewelacyjne, realistyczne i wciągające. Drobna intryga Johna ze związaniem Kate, rozmowy między Desmondem i Johnem, te wątpliwości przy wklepywaniu cyfr do komputera... Mistrzostwo świata, twórcy mieli mało materiału a w jakiś sposób nadal jeszcze mają go sporo na kolejny odcinek! Nadal nie wiemy, czym jest ta kryjówka, co oznacza kwarantanna na włazie, co powiedział jeden bałwanek do drugiego, nie wiemy czemu kluczyk na szyi Jacka zachował się tak jak się zachował, ani czemu służy wklepywanie liczb do komputera!
(o innych wątkach nie wspominając, tajemnic jest trzy razy więcej)
Czy ktoś w ogóle zauważył, że odcinek kończy się dokładnie w tym samym momencie co poprzedni? Pewnie tak, ale czy ktoś ma to za wadę? Wątpię.

Plus zakończenie - wcześniej Jack powiedział, że wszyscy doczekamy wschodu słońca razem, i wszystko będzie dobrze. Okazuje się, że wschód słońca nie jest tym, czego wszyscy wyczekiwali. Przyniósł tylko kolejne kłopoty.

Oczywiście, trzeba odnotować jeden z najlepszych momentów w serialu: nurt przywiódł Jamesa z powrotem na wyspę. Widząc to, powiedział: "We're home". Oj, nawet nie wiedział, jak dużo w tych słowach prawdy... Czy ktokolwiek wtedy wiedział? Nie wiem. Ale z dzisiejszej perspektywy, te słowa brzmią... bardzo... dla mnie. 9/10.




2x03: "Orientation". Sam pomysł na dzikiego murzyna w zdartej koszuli i z kijem zasługuje na medal. Po prostu nie ma opcji, by widz nie był przekonany do tego, kim ten murzyn się okaże. Że się mylił? Tym lepiej!

Komputer i liczby oraz walka charakterów o to, czy wciskać klawisz czy nie. Uwierzyć? Sprawdzić? W końcu gra toczy się o wszystko. Jeśli się pomylimy, nie będzie odwrotu. Taśma z instrukcją w której brakuje kilku sekund, Desmond uciekający jak najdalej przyznający się tym samym, że wierzy w to wszystko. Jack idący na ugodę. Sayid przychodzący i biorący się do roboty bez zadawania pytań.

Plus mnóstwo zagrań pod fanów, którzy teraz będą analizować pochodzenie liczb i rozważać różne opcje. Potem odkryją, że suma liczb to 108, czyli tyle ile wynosi przerwa między wpisywaniem ich do komputera.

W retrospekcji przypominamy sobie pierwszy większy dramat Locke'a związany z jego ojcem, ale także poznajemy jego ukochaną oraz ciąg dalszy jego konfliktu z ojcem (a później również między pragnieniem miłości od dziewczyny i od ojca). Wspaniale to kontrastuje z nadzieją, jaką dostał od Wyspy.

Po jej drugiej stronie, wyjaśnia się kwestia Innych - w końcu dowiadujemy się, kim oni są. Są jeszcze inni Inni na tej Wyspie.:) 9/10.




2x04: "Everybody Hates Hugo". Pierwszy zapychacz taśmy, w którym poznajemy pierwsze chwile po tym, jak Hugo wygrał 156 milionów i jak to stało się dla niego nieprzyjemne. W ten sposób negatywnie podszedł do roboty, którą dał mu Jack: organizowaniem żywności znalezionej w bunkrze. Szczerze, to trochę fałszywe to się wydało. Za dużo zachodu o coś, co w łatwy sposób można było rozwiązać (i tak to zrobiono). Dużo scen przytulania się na koniec, uśmiechów... Wyspa jest lepszym miejscem także dla Hugo. Trochę też z historii Rose i jej męża, trochę odkrywania bunkra na nowo (tajemniczy dźwięk okazujący się... prysznicem). I to właściwie tyle? Ale wciąż poziom jest dobry, wciąż przebywamy na Wyspie, przenosimy się tam... I to jest wciąż dobre. 8/10

niedziela, 13 maja 2012

BLADE

Action & Vampire, 1998


Fajne kino.:)

Opening to po prostu mistrzostwo świata - dziewczyna prowadzi chłopaka na imprezę, wprowadza go w tłum, odłącza się od niego, on traci orientację, rozgląda się nerwowo, coraz bardziej traci pewność siebie, ludzie zaczynają mu się przyglądać jeden za drugim, techno wokół robi bum-bum-bum, światła migają jak szalone (choć to nie razi w oczy widza), a potem nadchodzi apokalipsa... To trzeba zobaczyć.:)

Świetny jest też główny bohater - ma przeszłość, ma misję, ma płaszcz powiewający na wietrze, katanę z systemem anty-użytkowym :D i najważniejsze: jest murzynem! Atakuje wampira w szpitalu, zauważa to policjant więc strzela mu w klatę całą serią. Nic mu nie robi, bo chłop ma pancerz, a on tylko rzuca tekstem: "Mother fucker! Are you out of your damn mind?" :D Poza tym chodzi cicho, jest twardy i nie rozczula się nad sobą. Idealny bohater dla takiego filmu, no.:)

Film ma też świetną postać kobiecą, która nie jest w żadnym razie "damą w opałach" (choć od tego się zaczyna), bo gdy zaczyna się orientować w sytuacji to pierwsze co chce zrobić to znaleźć lekarstwo dla Blade'a (!) a gdy przyjdzie jej walczyć o życie nie będzie się rozczulać. No i chodzi w spodniach sięgających za pępek, łezka się w oku kręci za latami 90.:)

Walki świetne, ich inscenizacja również. Film ma minusy w pewnych rozwiązaniach fabularnych (na czym stanęła kwestia antidotum? Nie można było go wytworzyć, potem można było... ale jak do tego doszli?), pomocnik głównego złego jest jaki jest (głupi) i to też trochę przeszkadza. Nie mniej jest sporo fajnego filmu ze świetną muzyką, montażem oraz klimatem. Kupuję ten film ze wszystkim co oferuje, łącznie z pozami Blade'a (zawsze gdy pojawia się za pierwszym razem, to patrzy się w podłogę, czekając aż kamera pokaże go w całości)

Jak będziecie chcieli sobie zrobić wieczór filmowy przed telewizorem, z popcornem, pepsi i resztą przekąsek sięgających pod sufit (Garfield style) i szukacie jakiegoś mocnego filmu na tę okazję, bierzcie Blade'a!


7/10.
Pierwsza scena: http://www.youtube.com/watch?v=gHBhKbF2xMA

poniedziałek, 7 maja 2012

KTO SIEJE WIATR

Legal Drama, 1960


Bardzo mądry film.

Był sobie chłop, który żył w Stanie, w którym zabroniono nauczania teorii ewolucji. Ale wymyślił sobie, że będzie jej nauczył w szkole. I został zaaresztowany. Co ciekawe, historia ta wydarzyła się naprawdę. W rozprawie sądowej wzięli udział najwięksi przeciwnicy i zwolennicy tego prawa: Henry Drummond (przeciwnik, wielki Spencer Tracy) i M. H. Brady (zwolennik i swoiste Guru chrześcijan z filmu, sławne w całym kraju).
Henry oczywiście nie będzie mile widziany w tym okolicach. "Jesteśmy prostymi ludźmi, którym nie podoba się, gdy ktoś chce nam mówić co mamy myśleć" (oczywiście najpierw ktoś ich tego poglądu nauczył, czyli de facto powiedział co mają myśleć, ale to się nie liczy bo nie*).

Generalnie to film niszczy. Nie jest to "Atlas zbuntowany", ale jak bardzo jest mu bliski! Po obu stronach są ludzie, których są naprawdę mądrzy i mówią bardzo dobrze, obie strony są otwarte na dialog i pozwalają sobie nawzajem dokończyć zdanie, z szacunkiem traktują samych siebie. To bardzo ważne, gdy podejmuje się taki temat, a nawet nie wiecie jak bardzo spełniono ten warunek.

Również samo opowiadanie o tym jest bardzo dobrze wykonane. Z mojej perspektywy trudno mi opowiadać o wrażeniu, które na was wywrze ten film. Ja przeczytałem już "Atlas..." wiem na ten temat dużo więcej i w szerszym kontekście, a film tam nie zachodzi. Nie mogę wam obiecać, że po seansie przestanie was interesować kwestia istnienia boga. Mogę wam obiecać, że jeśli jesteście religijni to reżyser potraktował was z szacunkiem i raczej nie liczcie na to, że po seansie będziecie oburzeni.

Co prawdopodobnie nastąpi to większość z was wycofa się do bezpiecznego rejonu "Ale chrześcijaństwo polega na szanowaniu rodziców i byciu miłym człowiekiem", z tego miejsca film was nie wytrąci raczej.

Film po prostu mówi to, co trzeba było powiedzieć. Średniowieczne praktyki i śpiewanie o wieszaniu, "Bóg do mnie mówi", "moje zdanie jest lepsze i to powód by sądzić drugiego człowieka" - poważnie? Naprawdę żyjemy w XX wieku (patrz rok produkcji filmu)? A to tylko niektóre.

Film ma formę kameralną, opiera się na rewelacyjnym scenariuszu, dialogach, dramaturgii, aktorstwie (Gene Kelly na drugim planie w swojej najpoważniejszej i najlepszej roli). Pełno w nim surowego sarkazmu który słyszymy z ust postaci, którym po prostu brak słów na daną sytuację.
Jeszcze ostatnia uwaga dotycząca pracy kamery. Wiadomo, to '60, kamery były wtedy ciężkie, wolne, nie dawały zbyt ostrego obrazu... I takim sprzętem posłużono się w tym filmie, ale z efektem który można porównać do dzisiejszej pracy ze steadicamem (!). To po prostu niewiarygodne.

Oczywiście, film operuje na wielu innych poziomach. Naprawdę nie jestem w stanie przewidzieć, gdzie was zaprowadzi i jaką bombę zdetonuje w waszych głowach. Ja już to przeżyłem bardziej kilka lat temu, ale jestem świadom klasy tego filmu i o ilu rzeczach opowiada, i jak ważny był ten proces przedstawiony w nim.

Ważny film. I mądry.


9+/10.
http://rateyourmusic.com/film/inherit_the_wind/

http://www.youtube.com/watch?v=l5Kdc0LLSW8
*to mój dodatek do filmu, w filmie tych słów nie uświadczycie. To tak w ramach dowodu, jak daleko film zachodzi we wnioskach.

sobota, 5 maja 2012

CUDOWNE LATA (sezon I)

Family & Comedy, 1988


Kultowy serial o 12-latku mieszkającym na przedmieściu. Zasłużenie kultowy.

Jasne, serial ma wady - wygląda, jakby rozdzielczość 240p była dla niego nieosiągalna, cała inscenizacja jest momentami sztuczna, a młodzi aktorzy potrafią przesadzić w aktorstwie lub w udawaniu walki między sobą (dialogi między nimi też nie brzmią jakby pisane były dla bohaterów żyjących 20 lat wcześniej), ale serial to rekompensuje. Mimo iż na pierwszy rzut oka wydaje się nieco fałszywy i sztuczny, to wewnątrz niego znajduje się wiele szczerości i serca. Twórcy starają się i to widać, udaje im się opowiedzieć o takich rzeczach, że początkowe wrażenia... O nich się po prostu zapomina. Na koniec odcinka zawsze pozostaje wrażenie autentyczności, i to jest super! Jak narrator opowiada o przedmieściu i ludziach tam mieszkających, o swoim ojcu jak go postrzegał za młodu, jak interesowała go jego praca. O pierwszym telefonie do dziewczyny, która się do ciebie uśmiechneła w szkole. O tym, że dorastanie to proces który bardziej dotyczy ciebie niż innych.
Plus rewelacyjne wykorzystanie czasów w których się rozgrywa akcja. Hipisi, wojna w Wietnamie (jej echa), lot na Księżyc...

Trzeba wspomnieć o muzyce, od czasu "Scrubs" nie widziałem by w serialu było tyle dobrej muzyki. Nie dlatego, że pasuje do obrazu, ale świetnie się jej słucha. A na dodatek pasuje klimatem do opowieści. W samym openingu słyszymy cover Beatlesów w wykonaniu Joe Cockera, potem będzie "I'm A Believer" The Monkees, a w oficjalnym soundtracu widnieje jeszcze m.in. Carole King.

Oddzielną kwestią jest humor - jeśli twórcom wyjdzie, to jest dobrze. Ale wychodzi tylko czasami, a i nie za często się starają. Jednak jeśli spróbują, to niemal wszystko wychodzi im na poziomie "Warte zapamiętanie":

Kevin: Jedyna sprawa w której się zgadzali, to to, że najlepszą formułą komunikacji jest wrzask ile sił w płucach. A najlepiej słuchając... również krzycząc.

Nauczyciel WF-u: Pewnie myślicie, że jesteście na lekcji WF-u?
Kevin: Jeśli to nie jest lekcja WF-u, to jestem w większych kłopotach niż sądziłem.

Nauczycielka: Skąd biorą się wartości?
Winny: Ze szkoły?
Kevin: Od rodziców?
Jakiśchłopiec: Od Beatlesów?

Kevin: Zadzwonię do niej. Nie, to zbyt trudne. Może po prostu na nią wpadnę? Tak... przypadkiem. To zdecydowanie łatwiejsze. Dlatego przez następne 3 dni śledziłem skrupulatnie każdy jej ruch, planując idealne "wpadnięcie" na nią.

Kevin: Mamo, gardło mnie boli.
Mama: Mówisz... Pokaż je... Faktycznie, jest trochę czerwone...
Kevin (OFF): Oczywiście gardło zawsze jest trochę czerwone. Jednak matka raczej mi do niego niezaglądała, jeśli się nie skarżyłem.


Pierwszy sezon ma tylko 6 odcinków po 21 minut, więc raczej nic nie stracicie jeśli spróbujecie sami. A warto!


7/10.

środa, 2 maja 2012

ZGADNIJ KTO PRZYJDZIE NA OBIAD

Drama & New Hollywood, 1967


Na minuty przed seansem (film widziałem w tv) przeczytałem opis fabuły. I nagle głowa pełna obaw, znowu jakiś badziew :( A nawet jeśli nie, to był może i potrzebny, ale lata temu... Czarny chce się ożenić z białą, już sobie wyobrażam tę paradę idiotów w filmie...

Uf, na szczęście to jednak dobry film. Mądry także, warto zauważyć.

Przede wszystkim, problemem nie jest tu niechęć do czarnych, tylko "Co ludzie powiedzą". Czasy w których film się rozgrywa są już po rewolucji, rodzice dziewczyny która wychodzi za mąż wychowywali ją tak, by widziała, iż biali nie są lepsi ani gorsi od ludzi mających inny kolor. Czyli właściwie uzyskano uniwersalność, bo ten problem przetrwał do dzisiaj i całość wygląda jakby była nakręcona wczoraj.

Presji społecznej boją się zarówno czarni rodzice pana młodego jak i biali rodzice panny młodej. Są w szoku, gdy się dowiadują o całej sprawie.

Z filmu wprawdzie nie wynika, skąd w ogóle taki problem się wziął (dziecko właściwie wychowywane na pewno by zapytało, czemu miałoby sądzić, że czarni są gorsi od białych), nie ma tu analizy problemu. Są tylko prości ludzie, którzy nie zmienią nic w swoich czasach, ale w swoim własnym prywatnym życiu mają przygody i sukcesy cały czas.

Całość wykonano na wysokim poziomie - merytorycznie, nie opóźnia się dyskusji, gdy czarny przychodzi do białych to wie, że ci będą w szoku i jest na to przygotowany (zaczyna dialog z nimi). Jedyna osoba, która chociaż przez sekundę będzie rasistą to zaraz dostanie satysfakcjonującego kopa w d..., więc nie ma tu powodów, by się denerwować. Całość rozgrywa się w większości w jednym domu.

Doceniam stworzone postaci, które współgrają i uzupełniają się, są żywi. Doceniam też dialogi między nimi, zrozumie to każdy kto kiedyś pisał scenę w której jest kilka osób i między nimi musi zajść dialog, ale jeśli w pomieszczenie oprócz A i B jest też C i D to z dialogu nici - trzeba się pozbyć C i D. Ten manewr jest prowadzony przez cały film, mąż rozmawia z żoną, przychodzi ojciec, córka wychodzi porozmawiać z matką, w tym czasie przychodzi służąca prosząca na stronę pana, i tak dalej. Brzmi mechanicznie? W tym filmie tak nie jest, całość wypada bardzo naturalnie.

Jest w tym filmie sporo emocji i szczerości. Niczego ważnego nie mówi ani nie podchodzi do problemu w jakiś szczególny sposób. To porządny film, ale nic więcej.

Jest jednak jedna scena, która może wpłynąć na wasze życie. Zmienić je. Jak John rozmawia z ojcem i głośno mówi: "Nie jestem ci nic winien!". Tak, ma rację! Spotykam się z tym po raz pierwszy w historii, czy to w filmie lub książkach, ale takie zdecydowane podejście do tego tematu jest naprawdę dobre... Człowiek decyduje się na dziecko, to jego wybór, więc to jego obowiązek - zadbać o dziecko które sprowadził na ten świat. To konsekwencja jego decyzji, tu nie ma się nad czym zastanawiać. To jego obowiązek, tak jak obowiązkiem Johna będzie zadbać o swojego syna. I tak dalej. Taaaaak... Do tej pory w ogóle nie myślałem na ten temat. A tu proszę - bum. Niby wątek poboczny, niby cała scena rozegrała się obok filmu, a jaki skutek wielki.


7/10.

John vs ojciec: http://www.youtube.com/watch?v=mbv41abhC3c
Matka vs rasista: http://www.youtube.com/watch?v=h7__WVG7vM8