wtorek, 26 czerwca 2012

SPOKOJNY CZŁOWIEK

Romance, 1952


Ford kręci telenowelę.

John Wayne gra gościa, który z USA przenosi się do miasteczka w Irlandii, w którym się urodził. Dobry powód, ale dosyć niewspółmierny do okoliczności - rodzinne miasteczko pełne jest redneków z którymi nie idzie się dogadać nawet w kwestii "Którędy do wioski" bo ci zaczną gadać coś o rybach.:)

Oczywiście wszyscy są radości i swojscy, o ile chodzisz do kościoła, pijesz whisky z rana i nie masz nic przeciwko plotkom oraz przestarzałym tradycjom. Takie tam drobiazgi.

Na tym ostatnim właściwie opiera się film. Wayne w drodze do domu widzi jakąś kobietę. Nazwę ją "Disneyowską księżniczką", bo mniej więcej tak szybko jak one popada w miłość w tym filmie. To nie podlega dyskusji, kochają się. Problemem będzie brat księżniczki nie zgadzający się na ożenek. A bez tego nie będzie swatania, czekania miesiąc ze wspólnym wyjściem, czekania dwóch miesięcy z wydaniem przyjęcia i trzech z oświadczynami... Bo kochają się od pierwszego wejrzenie. Dosłownie. Potem będzie coś o posagu (co to za czasy, gdy kobieta coś wnosiła do małżeństwa!) czyli XIX wiek pełną gębą.

Wayne jeszcze sobie w tym wszystkim radzi, ale reszta odrzuca. Papierowym światem i postaciami, brakiem emocji, sztucznością, statycznością, przesadną teatralnością i dialogami od których słuchania aż chce się zawołać "Ludzie tak nie rozmawiają!"... Szkoda, że film ma tak niewiele z rzeczywistością. O ile byłby to ciekawszy film, gdy te emocje między bohaterami potraktować normalnie. A zamiast tego cofnięto się do ubiegłego wieku by postawić jakieś sztuczne przeszkody na drodze do nieistniejącej miłości. Fajnie.

Przyznaję, jest tu nieco uroku, sielska okolica jest miła dla oka, końcowa bójka jest nieco zabawna (tak jakby wziąć bójkę z Asterixa ale wyciąć z niej wszystkie charakterystyczne postaci). Generalnie film jednak nudzi i męczy. Niektórych pewnie też zdenerwuje.


5/10.
http://rateyourmusic.com/film/the_quiet_man/

niedziela, 24 czerwca 2012

ZAGUBIONY HORYZONT

Drama, 1937


Grupa ludzi ucieka samolotem z Chin. W czasie lotu orientują się, że lecą w innym kierunku niż powinni. A lądują gdzieś w górach, w Utopii, do której zostali sprowadzeni. Jeden z nich dlatego, by zostać przywódcą.

Podsumujmy... rozbity samolot na nieznanym lądzie, tajemnicza społeczność wybierającą jednego z rozbitków na przywódcę, gadki o przeznaczeniu... Jako fan "LOST" jestem kupiony. Jako fan "Atlasu zbuntowanego" również, bo społeczność ta niby odcina się od świata zewnętrznego bo jest zły a zamyka się między górami by ocalić człowieczeństwo i wszystko co najlepsze z nim związane. Czyli na pozór połączono dwa najlepsze arcydzieła (i to jeszcze zanim te arcydzieła powstały), a wyszedł straszny shit. Musieli się bardzo postarać, prawda?

Przede wszystkim, zdaje się, że guru tej społeczności robi to wszystko w imię chrześcijańskiej moralności. Chrześcijanie nie mają moralności (grzech pierwotny, jeden z najbardziej niemoralnych wynalazków w historii), więc o czym my tu gadamy. Po drugie, tu nie ma nic ani na pierwszym planie ani w tle. Wszystko jest słabe.

Już sam początek ze sprowadzeniem ludzi jest pełen dziur i właściwie nie wiem, jak to działało. Czyli strasznie tajna organizacja porwała ludzi nie pytając ich o zdanie licząc na szczęście, że ci ich nie wydadzą, nie okradną albo coś? Po drugie: porwała! A nawet dopuściła się zabicia pilota. Wszystko po to, by sprowadzić jednego człowieka. Bo ten napisał jakieś książki w których wyraził chęć poszukiwania. Więc go tu sprowadzili. A te kilka dodatkowych osób to tak by jakiś konflikt w 3 akcie był. Po piąte - czemu najpierw go nie zapytali o zdanie? Skoro to takie tajne to mogli się wybrać do niego i go zaprosić. Tylko jego, skoro tylko jego chcieli. Porwać samolot w niesprzyjających okolicznościach mogą, ale zadzwonić kulturalnie do drzwi już nie? Co za oświecona społeczność! Po szóste, po co mieli go sprowadzać? Nie miał żadnej specjalnej umiejętności ani zadania do wykonania, a ta społeczność nie była zebrana pod żadną konkretną ideą. Oni tam po prostu żyli jak w normalnym mieście. Po siódme - nie powinni sprowadzać tego samolotu na samym początku. W Chinach było źle, ludzie chcieli uciekać a oni... mając sporo miejsca w samolocie zabrali tylko kogoś, kto zaznaczył, że jest Brytyjczykiem. Od kiedy rasizm jest humanitarny?

Chaotycznie? A nawet nie doszedłem do spoilerów. Po prostu aż tyle rzeczy jest w tym filmie źle, że to się na siebie nakłada. Tajemnicza społeczność żyjąca jak normalna społeczność bez żadnej filozofii lub planu na rekrutację lub przyszłość, a poza tym nawet nie jest tajemnicza.

Przede wszystkim, wszystko tu jest sztuczne, scenariusz nie pozwala pożyć postaciom. Gdy na początku nie wiedzą, gdzie lecą, ktoś tam tylko zapyta, gdzie lecą. "Nie wiem" i koniec. Ujęcia. Że mogli się zachować jak ludzie i przygotować się na nieznane? Lepiej zrobić z nich marionetki które przecież nie mają nic przeciwko siedzeniu 2 dni w samolocie milcząc i nie jedząc i tak dalej.
Swoją drogą, jak oni lecieli tak długo? Przez Bałtyk lecieli czy jak?

SPOILERY (czyli rzeczy które są nie tak, mniej więcej po 30 minucie): George który najpierw w ogóle nie uczestniczy w akcji a potem krzyczy (nawet nie głośno mówi, wyłącznie krzyczy) że chce stamtąd uciec. Bo chce. Nie wiadomo czemu, po prostu chce. Wiecie, konflikt. Cały film jest płaski i pozbawiony emocji ("Hm, porwali nas? Okey. W sumie fajnie tu" i koniec), więc trzeba było sprowadzić przez tajemniczą i oświeconą społeczność kogoś, kto nie chce tam być. Ale ma tam zostać, bo... nie wiem. Po prostu. Ale co najgorsze, przekonuje resztę by uciekli z nim. Czemu? Bo scenariusz pisały małpy.:) I przekonuje tylko swojego brata, wmawiając mu, że ta długowieczność doliny to ściema. I co z tego? Nawet jeśli, to czy ta długowieczność cię tam trzymała? A może czegoś ci tam brakowało? Byłeś nieszczęśliwy? Nie? To może... Nie mogłeś stamtąd uciec? Mogłeś. A potem nie mogłeś tam wrócić? Zapytać się ich, czy mógłby do nich wrócić potem, czy to dla nich w porządku? A dla pewności zapytać o współrzędne tego miejsca? Nie, nie zapytałeś się? Po prostu zwiałeś. I to z grupą cweli strzelających do ciebie dla zabawy wywołujących tym samym lawinę (kto by pomyślał, lud mieszkający w górach jest na tyle nieostrożny by wywołać lawinę! Przezabawne!) oraz z najgorszą aktorką do czasów Tommy'ego Wiseau, która na dodatek gra potwornie irytującą postać - najpierw chce uciec za wszelką cenę, byle tylko tu nie zostać (dlaczego?), a potem płacze, że nie da rady (bo... szli już 14 minut?), by na koniec umrzeć ze starości w wieku 50 lat (dlaczego to zrobiła?). KONIEC SPOILERÓW.

A po tym wszystkim jeszcze wchodzicie a forum i czytacie, że to mądry film z przesłaniem, i pozbawiony taniego sentymentalizmu czy czegoś tam jeszcze. Prawdopodobnie tego co wyżej napisałem nie da się czytać* przez chaos. Ale chcę to już mieć za sobą. Straszny film.

A najlepsze, że przez ileś lat szukali zagubionych minut z tego filmu. Po co?


3/10.
http://rateyourmusic.com/film/lost_horizon/


*wróciłem do tego tekstu po roku i jednak da się to czytać. Tylko czasem trzeba się skupić.

piątek, 22 czerwca 2012

HAROLD I MAUDE

Black Comedy & New Hollywood, 1971


Im poważniej to traktować tym gorzej...

Ale po kolei - pierwsze wrażenie zrobiło na mnie nazwisko Cata Stevensa w napisach. Wiem kto to, lubię go i cieszyłem się z tego, że usłyszę jego piosenki w tym filmie... Choć ze słuchu rozpoznałem tylko "Where Do The Children Play?".

Drugie wrażenie - sam opening. Kamera skupiająca się na stopach, nie pokazująca wyraźnie twarzy mężczyzny, jakieś dziwne czynności które ten wykonuje... I nagle muzyka się kończy tak jak i ujęcie. W jaki sposób? Genialny.
Ale to od razu zostaje przebite reakcją na to matki głównego bohatera. Ten film jest przezabawny w inteligentny i czarny sposób. Ale jest druga strona medalu - postaci są złe albo jak wolicie: niesympatyczne.

Zaczyna się od tytułowej Maude, która (nie spoilerując) jest blisko 80-letnią złodziejką i anarchistką. I hipisem. I do tego momentu to jest w porządku, ale ta postać w każdej scenie przekonuje innych do swojej filozofii. I to wręcz jest straszne, jakby choć jeden widz został przez nią przekonany... Oj, byłoby nieciekawie. Bo to co ta postać mówi wyrasta z biegiem czasu w ideologię całego filmu. To wręcz grozi postawą "JP na 100%".

Więc jeśli traktować film jako dzieło sztuki, gdzie najważniejsze jest przesłanie - jest źle. Bo z czasem również matka zaczęła działać mi na nerwy, a i syn ze swoim wytłumaczeniem czemu jest taki a nie inny szczerze mnie zdenerwował. Jeśli już tworzy się tło psychologiczne postaci, niech będzie ono dobre... albo niech w ogóle go nie będzie. I tyle.

Ale jeśli traktować film jako zbiór scenek z kabaretu, film jest wręcz nieprzyzwoicie atrakcyjny! Niemal każda scena jest wielowymiarowa, ma jakieś tło, puentę albo zaskakujący moment (zwykle jest to zakończenie). Matka swata syna, ten siada w fotelu, dystyngowany nastrój i w ogóle wszystko pod krawatem, bohater kiwa głową uprzejmie, słuchając tego co dziewczyna mówi... I nagle wyciąga tasak i odpie*dala sobie rękę! xD W innej scenie w podobnej sytuacji człowiek w tle siada i podpala się w stylu tego mnicha z albumu "Rage Against...". Harold rozmawia z Maude po pogrzebie, ona wsiada do samochodu i odjeżdża, i nagle wybiega ksiądz z okrzykiem "Hej, to moje auto!". W ogóle styl jazdy Maude, niczym tej zakonnicy z serii o Żandarmie, jest zabawny. Potyczka z tą protestantką, która wpada do dziury... ogień.

I tak jest co chwila, niesamowicie zabawny film. Dodatkowo, w oryginalny i konsekwentny, spójny sposób. Doceniam to wszystko, zdjęcia i muzykę również, ale przykro mi - Maude gada jak poparzona, nie ma dla niej żadnej przeciwwagi i na tej jej paplaninie opiera się całe tło emocjonalne tej historii. Kiedy film jest komedią, jest rewelacyjny. Ale kiedy stara się być czymś innym... wtedy już mi nie podchodzi.


1-7/10.

http://rateyourmusic.com/film/harold_and_maude/

wtorek, 19 czerwca 2012

Z ZIMNĄ KRWIĄ

Crime & New Hollywood, 1967


Muszę przeczytać książkę.

Zaczynając od d... strony, film jest arcydziełem montażu. To, jak się poskleja ten film, było planowane prawdopodobnie równolegle ze scenariuszem, bo energia większości scen zawiera się właśnie w montażu. Opening, w którym jeden z morderców gdzieś dzwoni - w następnym ujęciu widzimy już kobietę odbierającą telefon, ale nie od tego mordercy. Następnie jest zaskakująco wciągający miks kilku różnych kwestii wypowiedzianych do telefonu przez różnych ludzi w tym samym czasie. Potem jest między innymi scena w hotelu ustępująca sami zobaczycie czemu, a także proces w którym oskarżyciel nawija przez 5 minut a po wszystkim widzimy... pustą salę.

Jest budowanie napięcia do sceny w której przyszli mordercy przyjadą do rodziny i ją wyrżną. Wszyscy wiemy, że do tego dojdzie, widzimy rodzinę prowadzącą swoje życie w miasteczku i przygotowujących się do snu równolegle z przyjeżdżającymi złodziejami. Wiemy, że ich potem skażą na śmierć. Ale... Nie widzimy tego. Film nagle się urywa by przejść ponad sceną zbrodni do dnia następnego - genialne!

Jest to opowieść o wszystkim po trochu - psychice zbrodniarzy, karze śmierci, zbrodni samej w sobie. "Jesteśmy żywym dowodem na to, że zbrodnia popłaca" - mówi jeden z nich (zabili 4 osoby dla 40 dolarów, myśląc że zdobędą więcej). Gdy już siedzą w więzieniu, słyszymy "Zabawne jest to, że tylko jedna osoba stąd jest przeciwko karze śmierci".

Sama końcówka, te ostatnie 20 minut, to dla mnie najlepsza część. Przesłuchiwanie trochę nierealistyczne i pośpieszone jak dla mnie, wcześniejsze jeżdżenie po kraju i śledztwo stojące w miejscu - nie było zbyt ekscytujące. Jednak ta ostatnia część - tutaj już udało się temat wykorzystać najpełniej, ze sceną egzekucji i napisem "In Cold Blood" pojawiającym się znikąd.

"Zielona mila"... Jest na drugim miejscu. O.


7/10.
http://rateyourmusic.com/film/in_cold_blood/
Monolog z końcówki. Wyłączcie dźwięk jak się boicie spoilerów i zobaczcie, jak to wygląda...
http://www.youtube.com/watch?v=IVDxfDNq2VU

sobota, 16 czerwca 2012

KIKUJIRO

Road Movie & Adventure, 1999


"Chodź poszukamy twojej mamy jeszcze raz. Będzie fajnie!"

Kitano gra typowego polaczka, brakuje mu tylko klapek ze skarpetkami, bo chamem z mnóstwem przekleństw na ustach już jest. Zostaje oddelegowany przez jakąś kobietę, by zabrać jakiegoś dzieciaka do jego matki. Co na to babcia która opiekuje się chłopcem? "Och, w porządku". Jest to też kino drogi, czyli 80% tego co zobaczycie mogliście zobaczyć w innej kolejności albo i w ogóle, bo wpływu na cokolwiek to nie miało. Nad wszystkim unosi się taka typowa sztuczność kina Kitano z patrzeniem się w kamerę, stanie nienaturalnie w miejscu na początku ujęć lub po prostu słabym aktorstwie (dzieci).

I wiecie co? Jakimś cudem jest to cholernie sympatyczny film. Jest tu genialny motyw muzyczny, który sam w sobie jest niesamowitym magnesem przyciągającym do ekranu i trzymającym przy nim przez te kilka minut. Jest tu masa humoru i scen które z nieznanym mi powodów nie są kultowe i nie ma ich na YouTube by wam je zaprezentować. Obstawianie numerów, nauka pływania i żonglerki w wykonaniu Kitano, różne mieszanki jak na przykład ta z obsługą hotelową mówiącą co chwila "Nie wolno tu stać" lub "Nie wolno łowić". Śmiałem się też jak Kitano wpadł obok przystanku szukając jedzenia... Często się śmiałem.

I naprawdę żałuję, że nie mogłem polubić tego filmu bardziej. Gdyby był jakiś ciąg przyczynowo-skutkowy, czyli gdyby to nie było kino drogi, bawiłbym się o wiele lepiej. Jeśli lubicie taki typ filmów, spokojnie dodajcie ze 2 oczka do mojej oceny ~~


7/10.
http://rateyourmusic.com/film/菊次郎の夏/

Joe Hisaishi - Summer (czyli motyw z filmu): http://www.youtube.com/watch?v=Q3Dfl3ed1bA

wtorek, 12 czerwca 2012

Lost, sezon 3 | Podsumowanie sezonu

Bardzo ciężka sprawa. Pierwsza połowa to najgorsze co przytrafiło się temu serialowi kiedykolwiek, bo twórcy sprawili, że nie chciało się tego oglądać dalej. Przestało mnie obchodzić, jakie będą losy bohaterów i Wyspy. Z kolei ostatnie 5 odcinków sprowadza do parteru zarówno pierwszy jak i drugi sezon, jest aż tak dobrze.

To dopiero sztuka, sprawić by dany sezon był jednocześnie najlepszy i najgorszy. Ciężka sprawa.

Fabularnie? Babka spadła z nieba dając Jackowi łoki-toki, więc Jack sprowadza pomoc i wszyscy zostają uratowani. Tyle w ciągu sezonu się wydarzyło, jednak to nie jest najistotniejsze. Ważne są relacje między tymi ludźmi i ich własne historie. Locke'a, Forda i Kate (i Jacka), Bena i Juliet, Jina i Sun, Charliego i Claire, Desmonda i Penny, Alex i Karla. To oni budują tę historię, tu wszystko jest istotne i bezbłędnie ze sobą współgra.

Ten sezon zapoczątkował w LOST dwie rzeczy: po pierwsze, od tego momentu jasne jest jedno - co jest dobre, jest naprawdę BARDZO dobre. A co jest złe, jest BARDZO złe. Nie ma i nie będzie jakiegoś pomiędzy.
Drugą sprawą jest wyniesienia mitologii serialu na wyższy poziom. To tu pojawia się Jacob, ochrona Wyspy, przeznaczenie, magia, "Nie powinniśmy opuścić Wyspy". Cała historia rozbitków od tej pory jest bardziej epicka, rozbudowana, podniosła. Jednocześnie już tutaj można wyczuć fałsz w wielu sprawach, bycia przywódcą choćby.

Soundtrack do sezonu trzeciego jest chyba najdłuższym w historii serialu, znajduje się na dwóch płytach z czego ta druga zawiera utwory wymyślone wyłącznie na potrzeby trzech ostatnich epizodów! Tak więc, daję ranking 5 najlepszych utworów, w nawiasie odcinku w których możnaje usłyszeć:

1. Ocean's Apart (3x09)
2. Shambala (3x10)
3. The Good Shepherd (3x22-23)
4. Charlie’s Fate (3x21)
5. Sweet Expose (3x14)


Miałem taki zrobić już przy okazji poprzedniego sezonu, ale co tam.
Najlepsze momenty, Top 10:


1. Zakończenie (3x23)
2. Druga część historii Locke'a na Wyspie (3x13-3x23)
3. Finał wątku Nikki i Paolo (3x14)
4. Poznanie przyczyn kalectwa i straszny wózek Locke'a (3x13)
5. Próby uruchomienia silnika i jazda samochodem (3x10)
6. Sawyer czekający na śmierć (3x06)
7. Śmierć Sawyera (3x19)
8. Sawyer zostający przywódcą (3x15)
9. Jack skaczący z mostu (3x22)
10.Pokazanie miasta Innych, Opening sezonu (3x01)

niedziela, 10 czerwca 2012

Lost, sezon 3 | Odcinki 19-23

3x19: "Brig". "Bryg - typ ożaglowania statku, posiadający dwa maszty, oba z ożaglowaniem rejowym. Maszty brygu, kolejno licząc od dziobu to fokmaszt oraz grotmaszt" - za wikipedią. Bryg jest miejscem akcji najważniejszych scen w odcinku: konfrontacji ojca Johna i Jamesa Forda.

Locke przychodzi w środku nocy do obozu i zabiera ze sobą Sawyera, mówiąc mu, że porwał Bena i chce, by ten go zabił. Prowadzi Forda do "Czarnej Skały", zamyka w pokoju ze związanym mężczyzną... Ale to nie będzie Ben. To będzie tajemniczny starczy mężczyzna, który okaże się ojcem Locke'a... Mordercą rodziców Forda... A ponad to będzie przekonany, że trafił do piekła.

Okey, po pierwsze nie jestem zachwycony sceną samego zabójstwa Coopera. Mogło być lepiej, przygotowywałem się na coś większego... Głupio się czuję pisząc te słowa, ale to bardzo dobra scena - i tyle. Zwariowałem...

Jednak wszystko po drodze: rozmowy Johna i Jamesa w drodze do Bryga, zastawianie pułapki na niego, rozmowy skutego starca z Fordem... Tu wszystko jest na idealnym poziomie. Aktorstwo, scenariusz, scenografia czy oświetlenie. Narracja balansująca między kilkoma wątkami jest doskonała.

Flashback, w którym Ben stara się ośmieszyć Johna by ten nie zajął jego miejsca lidera, stawia go pod presją i zmusza go, by zabił ojca. Niby wtedy się uwolni. Ja w to nie wierzę, jego ojciec jeśli już, to siedzi u niego w głowie. Morderstwo tego nie uleczy. Ale Ben okazuje się być bardzo przekonywującym. W końcu chodzi... I jakby odbiera Johnowi to, co mu wcześniej dał... "Myślałem, że jestem wyjątkowy; Każdy może się pomylić" - zastanówcie się nad tymi słowami, ile jest w nich siły!

Jack ma plan? Naomi ma plan? Juliet ma plan? O co chodzi z tym odnalezionym samolotem? Czy faktycznie nie żyją? Skąd dziewczyna Desmonda wiedziała, gdzie go szukać?

Z ciekawostek dodam, że to już 3 (albo 4, zależy jak liczyć) odcinek, w którym retrospekcja ma miejsce po katastrofie Oceanic 815. Pierwszy raz w tym sezonie nie mogę się doczekać kolejnego odcinka !! 9/10.



3x20: "Man Behind The Curtain". O ile początek z Johnem nie wierzącym Benowi póki ten nie udowodni swojej racji jest sztuczny (nie wierzy mu, ale "zabił" swojego ojca gdy ten mu kazał? Błagam...) to reszta odcinka jest już genialna. Podróż Bena i Johna do domku Jacoba, rozmowy między nimi przygotowujące widza do tego spotkania są lepsze niż te z "Milczenia owiec".

Same sceny w domu otoczonym przez popiół... Na ich wyjaśnienie będzie się czekać długo. "Help me", Locke widzący kogoś na krześle jedynie przez pół sekundy, wybuch... Tandetne. Jak cholera. Ale zadziałało.

Retrospekcja Bena jest jedną z najlepszych - nie kochany przez ojca, który obwinia go za zamordowanie matki (urodził się za wcześnie, przez co kobieta umarła przy porodzie). Sprowadzony na Wyspę przez Dharmę, gdzie nie zaznał szczęścia, a ponad to tylko jedna osoba pamiętała o jego urodzinach. Dodając do tego wizje matki w dżungli... Musiał stamtąd uciec, do Agresorów, w nadziei na lepsze życie. By być jednym z nich, wybił całą Dharmę, w tym swojego ojca... i Annę. Pewnie nie zaakceptowałaby tego, co zamierzał zrobić, przestałaby go kochać, więc wolał ją też poświęcić (póki jeszcze go kochała). A może do tamtego czasu Anna zaszła z nim w ciążę i zginęła? Kto wie, ale spekulacja fajna...

Na końcu Ben zabija Locke'a, który spada do dołu, w którym leżą wszyscy byli już uczestnicy Dharma. 9/10




3x21: "Greatest Hits". Apogeum napięcia i smutku, aż mnie w brzuchu skręcało od patrzenia na Charliego, gdy ten pożegnął się z Hugo na plaży, albo gdy dopłynęli do stacji Zwierciadło i opowiadał o swoich Greatest Hits, albo gdy żegnał się z Arronem (malutkie rączki niemowlaka i duży nochal Charliego). Płakać chciałem, przy dźwiękach "Charlie’s Fate".

Przygotowania Jacka do przyjścia tamtych, które ostatecznie stają na tym, że trzeba wszystko robić jednocześnie - Charlie ciśnie guzik, Jack prowadzi do nadajnika, Sayid zostaje z Bernardem i Jinem by wystrzelać Innych. Ilość napięcia w tym odcinku przekracza normy.

Piękne flashbacki nie będące fabułą, ale zbiorem tytułowych Hitów o których Charlie najbardziej chce pamiętać, jak pierwszy moment w którym usłyszał siebie w radiu. My wiemy, że Charlie umrze, bo ten dostaje retrospekcję. Twórcy wiedzą, że my wiemy. I nie starają się nas czarować, że wcale nie, grają w otwarte karty dzięki czemu efekt jest idealny. Wiemy, do czego dojdzie, ale jednocześnie wiemy też, że wcale nie będziemy do tego przygotowani i będzie nam smutno zupełnie jakby ten fakt był totalną niespodzianką. LOST jest znane z tego, że dotrzymuje obietnic które składa - chcecie wielki finał? Będziecie go mieć...

Choć na koniec Charlie... jeszcze nie umiera. 9/10




3x22: "Through the Looking Glass: Part 1". Nie mam uwag, pierwsza połowa jest idealna. Dzieje się tyle, że na koniec pytamy się "już?". Tak, już.

Charlie jest bity przez dwie kobiety na pokładzie Zwierciadła która okazuje się wcale nie być zalaną, a na dodatek właśnie zamieszkaną. Ben okłamał swoich, blokując kontakt z Wyspą oraz oszukując pozostałych, że to nie on to zrobił. A na koniec udaje mu się przekonać swoich ludzi, by się pozabijali. A potem rusza sam przez dżunglę biorąc ze sobą Alex planując karę dla niej bo ta go zdradziła (chciała zapobiec mordom które ten zaplanował). A czemu tak musi być? Czemu nie mogą odlecieć? Nie mogą. Czyżby chodziło o Jacoba?...

Strzelanina na plaży? Ideał. Wybór Bena, by zastrzelić Jina, dramaturgia ze strzałami, efektowne wybuchy, a wcześniej: ujęcia długich kolejek ludzi idących przez plaże i lasy którym towarzyszy "The Good Shepherd" Michaela Giaccchino. Btw, ten utwór z tego co się zorientowałem nie ma "matki", ale motyw główny tego utworu jest zawarty z co najmniej kilku w tym sezonie, był odgrywany innymi instrumentami itd. Pojawia się też w soundtracku sezonu piątego w końcówce utworu "Sawyer Jones and the Temple of Boom". Ja preferuję właśnie "The Good Shepherd", choć nie jestem pewien która wersja jest w danej scenie.

"Miały być trzy wybuchy... Co im się stało?" - idealnie. Kasia chce wracać, a Sawyer w naszym imieniu się z tego śmieje... By w końcu dojść do wniosku, że wróci. Hugo jest odrzucany przez kolejne osoby, Juliet kłamie by pomóc Jamesowi, a ten z kolei okaże konsekwencje tego, że popełnił morderstwo. Kto by się spodziewał...

Flashback... To dopiero jego połowa, więc powiem tylko: historia jakby znana i nic nowego nie oglądamy, ale jednocześnie (przede wszystkim dzięki aktorstwu Foxa) całość dotrzymuje poziomem reszcie odcinka i oglądałem to z ciekawością, od pierwszego ujęcia na szklankę w samolocie, poprzez wspinaczkę na moście, kończąc na rozmowie z ciężarną ex-żoną.

Locke... żyje jeszcze? Krwawi. Nie może ruszyć nogami. Płacze, chce się zastrzelić (aktorstwo tego pana wręcz przeraża swoją doskonałością - pojawia się na ostatnie sekundy by totalnie zakryć resztę odcinka). Ale Walt każe mu wstać. Bo ma coś do zrobienia... Ta radość na jego twarzy! Wyspa do niego wróciła! Niesamowita scena. 10/10.




3x23: "Through the Looking Glass: Part 2". Z jednej strony mamy beznadziejną śmierć Charliego, a z drugiej mamy tyle zalet, że po odcinku zapominam, by ktoś tu umarł.

Tak, śmierć Charliego jest żałosna, bezcelowa, głupia. Początek tej litani żółci ma pozcątek w 3x08, kiedy dowiadujemy się, że Charlie umrze BO TAK. Jakiś pan Wszechświat tego chce. Dlaczego? Kim on jest? Niewiadomo. Zamiast tego mamy serię żałosnych niemal-śmierci ("popłynąłeś ją uratować, ale zginąłeś" - wtf? Ty popłynąłeś i nic ci się nie stało. LOL.) O ile jeszcze piorun jest do przełknięcia, to reszta to zwyczajne wciskanie kitu.

I to jeszcze bym zniósł, bo doprowadziło to do pięknego odcinka 3x21, w którym Charlie godzi się ze swoim życiem i w ogóle płakać się chciało, że taka postać umrze... Napięcie otaczające cały finał tego wątku było wręcz niedozniesienia, a tu proszę. Okazuje się, że chłop wcale umrzeć nie musiał, ale zabił się i tak.

Dobra, kupuję to, że wierzył w Desmonda, i wierzył, że tak musiało być. Że musi zginąć by Claire została uratowana. W jakiś sposób te dwa fakty miały być połączone, ale kto by się tym przejmował - Des jest para-jasnowidzem bo mu bunkier implodował w twarz, kto by się w takiej sytuacji zajmował jakimiś pierdołami? :D
Nie kupuję jednak za nic jego wiary, że musiał umrzeć z własnej woli (jedna z teorii fanów). To już kompletna głupota, bo... wcześniej nie zginął, racja? I nic się nie stało? Czemu akurat teraz miał zginąć? Aha, twórcy tak zaplanowali...

Ale jednak - chłop się zabił bez potrzeby. Okno się otwiera, woda wlewa, więc ten zamiast wyjść z pokoju i zatrzasnąć drzwi za sobą, zatrzaskuje się w nim, bo jest zbyt... przeznaczony, nie wiem. Równie dobrze mógł wypłynąć na powierzchnię i strzelić sobie w twarz. To by nie było fajne, prawda? A skutek byłby ten sam.
Najbardziej mnie w tym wkurza, że sam wymyśliłem lepszą śmierć. Bez przygotowywania się, po prostu pierwsza myśl która przyszła mi do głowy była lepsza od tego. Przy założeniu, że Charlie musi umrzeć, musi powiedzieć Desowi "Not Penny boat", musi się z tym pogodzić. Wystarczyło spowodować zalanie stacji w momencie zdjęcia blokady, albo żeby któraś z dwóch strażniczek to zrobiła (bo np. zobaczyła, że Mihaił chce coś zrobić, więc zalewa stację by tym razem na pewno umarł). Charlie w chwili usunięcia blokady rozmawia z Penny i ucieka ze stacji, płynie na powierzchnię ale nie starcza mu sił więc wpatrując się w łódkę nad nim, z której Des go woła ("płyn szybciej", coś w tym stylu) i zaprzestaje wysiłków. Rozumie, że zaraz zginie, więc pisze sobie na dłoni "Not Penny Boat" i... po prostu zamiera. Zamyka oczy, przeżegna się, cokolwiek chcecie. Des wskakuje i wyciąga go, ale jest już za późno. Zamiast bezcelowego samobójstwa mamy walkę o życie którą przegrał z tym całym przeznaczeniem. I wszyscy są happy. To znaczy smutni. Jak jasna cholera. Charlie umarł.:(

Dobra. O tym wszystkim się zapomina po seansie reszty. Hurley ratuje trójkę swoich na plaży, wbijając się w tamtych samochodem. Sawyer odwraca uwagę, Sayid zabija jednego ze związanymi rękoma. Na końcu James zabija Toma gdy ten już się poddał, za zabranie chłopaka z tratwy. Pamiętał, a po "3x20" pękła w nim bariera. Tak, czujemy to. Z kolei w innym miejscu Wyspy jest Ben mówiący Jackowi, że zamiast ratunku sprowadzi apokalipsę na wszystkich mieszkających tutaj. Wywrócenie sytuacji o 180 stopni i zero oparcia, w co uwierzyć. Ben jest przekonujący, i nagle też patrzymy na niego jako człowieka który nie zawsze chce robić to co robi, ale w imię ochrony Wyspy i swoich ludzi wciąż to robi. Jack chce uciec, ale dlaczego? Sprawa niby oczywista, o to chodziło od początku pierwszego sezonu, a teraz po blisko 100 dniach w końcu nadarzyła się pierwsza realna okazja dla wszystkich, by stąd uciec. Jednak... Dlaczego Jack tak bardzo chce stąd uciec? Odpowiedzią na to pytanie jest szczęście na jego twarzy, gdy rozmawia ze statkiem i oznajmia wszystkim, że ratunek za chwilę przybędzie. Chwila ta autentycznie wspaniała: Ben krzyczy o początku końca, Danielle zdziela go w ryj, Locke zabija Naomi by ta się nie skontaktowała z łodzią jednak nie starcza mu sił by zabić też Jacka. Odchodzi pokonany, a kamera nerwowo okrąża Jacka gdy ten komunikuje się przez telefon przy dźwięku "Gathering" Michaela Giacchino... Napięcia i doskonałości jest tu aż za dużo.

Oni zostaną uratowani! Wrócą do domu! Gdy pierwszy raz to ogladałem byłem zdziwiony własną reakcją na ten fakt, jak bardzo mnie to uradowało... Ale to wszystko zostanie obrócne o 720 stopni. Co najmniej. Reatrospekcja Jacka była bardzo ciekawa, dobrze zagrana, napisana, pokazana. W jej drugiej części widzimy trumnę, kto w niej jest? Ani rodzina, ani przyjaciel zmarłego. To... dosyć dziwne ograniczenie. Oczywiście, trumna nie zostanie otwarta, jedynie zobaczymy wycinek gazety który Internauci zdołali odczytać jako "Jeremy Bentham". Zostajemy też przekonani, że to przeszłość, poprzez spotkanie ex-żony w "Part 1" i odwołań do Christiana Shepharda w "Part 2". Ale wszyscy już wiemy, że to nie była przeszłość, a my patrzymy przez szklaną szybę na dom, tak jak Ben obiecał to Jackowi w 3x02.

Najpierw Jack mówi Kate, że ją kocha. Tak po prostu. Sądziliśmy też, że statek ich uratuje z Wyspy i będą szczęśliwi. Potem był Ben mówiący o czymś zupełnie innym. Na końcu widzimy, że wrócili do domu... Jednak nie są szczęśliwi. Wrócili, ale jakim kosztem? Ta trumna, te leki, alkohol, pragnienie rozbicia się oraz smutna relacja między Kate i Jackiem... Powinni być ze sobą, co się stało? Przyszłość okazuje się być najgorszą z możliwych, powinni tam zostać. Co jednak tak naprawdę oznaczają te zdania, kto będzie się martwić o Kate? Jak w ogóle stamtąd uciekli?

Właściwie, to w tym zakończeniu są dwie ważne rzeczy. Pierwsza, jest pozbawione fajerwerków, i jednocześnie działa z siłą bomby atomowej. Kate i Jack nie mówią głośno, nie ma też tego jednoznacznego momentu w którym wszyscy zdają sobie sprawę, że to przyszłość a nie przeszłość. Zobaczyłem Kate, myślę: "Czyli spotkali się przed katastrofą? Ciekawe!". I tak dalej. Nie ma tego jednego zdania które krzyczy "TO FUTUROSPEKCJA". Tu w ogóle nie ma krzyków. Ta wiedza po prostu rośnie w oglądającym... w jakiś sposób. Każdy zdaje sobie z tego sprawę w swoim tempie, jednak gdy Jack głośno woła (nie krzyczy, to różnica!): "We have to go back!" wszyscy też już mają pewność. Smutek i beznadziejna sytuacja bohaterów wręcz mnie zabija, nie ważne ile razy bym to oglądał.

Drugą sprawą jest właśnie to zdanie: "We have to go back!". Od pierwszego usłyszenia tego aż do powtórki minęło sporo czasu. Gdy już jednak to obejrzałem ponownie, byłem zdziwiony, że on właśnie nie krzyczy. Gdy myślałem o tej scenie, w mojej głowie brzmiało to tak głośno, że możnaby go usłyszeć wszędzie we wszechświecie. Ale on nawet nie krzyczy. Niesamowite jest, że... nadal słyszę w głowie te słowa tak samo. Nieważne ile razy się upewnię, jak to naprawdę wyglądało.

Kto pamięta o Charliem? No właśnie. 10/10

sobota, 9 czerwca 2012

Lost, sezon 3 | Odcinki 13-18

3x13: "The Man From Tallahassee". Intryga Bena? Jest! Niesamowity flashback? Jest! Zaskakujący zwrot akcji? Nawet trzy! Mnóstwo emocji? Tak! Jakaś głupota by się czepiać? Też jest...

Zaczynając od tyłu - Locke wysadził łódź, by ojciec go nie znalazł na tej wyspie... A niby jak miałby to zrobić? Nie łapię...

Błąd to oczywiście całkiem spory, ale jak zakryty! Z każdej strony coś się dzieje a ja oglądam wiedząc, że z tego można było zrobić więcej niż 1 odcinek. Sama retrospekcja Johna w której w końcu dowiadujemy się, czemu stał się inwalidą... Cholera, to już wielkie wydarzenie! Ale całe przygotowanie do tego, jak po raz kolejny pokazuje, że kocha ślepo ojca a kontakt z nim nadal go boli, i mimo to nie chce go zdradzić. A jednak leci w dół z 8 piętra, kręgosłup mu pęka... Ale jakimś cudem przeżywa... I ląduje na wózku - zobaczcie jak kręcono tę scenę, jaki straszny był ten wózek, jak wielki dramat z tego wyszedł! Wiedzieliśmy, że do tego dojdzie, wiedzieliśmy, jak to będzie wyglądać i co będzie potem. Ale i tak coś mi się w żołądku przewróciło. Wam zapewne też. Również w momencie, gdy został zaatakowany przez Coopera. Smutek i tragedia...

Alex dowiaduje się o swojej matce, mamy ujęcie na Danielle. Kate dowiaduje się, że Jack niedługo wyjedzie... Podejrzewa go o romans z Juliet... Ale po wszystkim mamy szept Jacka: "Wrócę po ciebie". Pięknie.

Mamy rozmowę Bena z Johnem o Wyspie, wypełnioną manewrami tego pierwszego i pewną... "świętością" (?) tego drugiego. "Bo ty jesteś na wózku... A ja nie"; "W jakiś sposób jest powiązany z Wyspą i to czyni cię wyjątkowym". Plus przypowieść o pudełku... Z którego wyszedł ojciec Johna. Niesamowite.

Trzeba też wspomnieć o drugim w serialu zastsowaniu sztuczki montażowej ze zbliżeniem na coś. W drugim sezonie było ujęcie na ręce Chariego gdy grał na pianinie a po oddaleniu okazało się, że jest na plaży. Teraz jest ujęcie mniej efektywne, choć nadal bardzo efektowne: zbliżenie na otwierające się drzwi. Gdy zbliżają się do kamery następuje przejście i nagle patrzymy na drzwi z drugiej strony! Świetne wrażenie.:) Choć samo przejście od Johna na jego ojca można było wykonać lepiej. Niemniej, odcinek na medal. 9/10.




3x14: "Exposé". Jak sprawić, by zainteresować widza jakimiś przybłędami? Pokazać ich retrospekcję, oczywiście! A potem ich zabić. Nie, lepiej - najpierw zabić, a potem pokazać retrospekcję. Nie, mam jeszcze lepszy pomysł: zabić, pokazać flashback, a potem by zmartwychwstali! I od razu ich zabić! So cool !!

Czy tak wyglądał plan przygotowania odcinka? Nie wiem.:) Ale odcinek jest rewelacyjny, aż kipi od przyłożenia się do masy drobiazgów i ogromu włożonej pracy - bo odcinek jest iście epicki. Wracamy do momentu katastrofy i przeskakujemy po tym okresie aż do dnia obecnego w taki sposób żebyśmy ulegli magii "Hej, oni tam wcześniej byli!". I jak zmyślnie to zrobiono! Twórcy odnosili się co chwila do momentów które na pewno pamiętamy: wpadnięcie gościa do silnika, okazuje się że Locke najpierw krzyczał na Nikki zamiast na tego faceta. Opadające skrzydło samolotu? Też tam była. I w ogóle w centrum całej katastrofy - nie widać, że po prostu przechadzała się na green screenie, po prostu można uwierzyć, że twórcy na potrzeby tego jednego odcinka znowu wykonali scenę katastrofy!

A potem jest m.in. scena w której Nikki jest jedną z osób słuchającą Jacka w jego pierwszym przemówieniu. Następnie Kate mówi, że znalazła walizkę w wodzie - pamiętacie ten odcinek? Tam właśnie Paolo będzie nurkować by odnaleźć ich walizkę.

Poza tematem - jak w poprzednich odcinkach budowano fundamenty pod ten odcinek. Zdawało się, że niby tylko po to by widzowie poznali tych ludzi. A okazuje się, że w międzyczasie budowali kolejną linię fabularną, tylko pod ten odcinek!

Cholera, ile miejsca zajęło mi pisanie samego tła tego odcinka... O co w nim chodzi: w retrospekcji okazuje się, że Nikki miała gościnny występ w serialu "Expose" (którego wielkim fanem jest Hurley) w którym zginęła (swoją drogą, zaskoczenie widza, doceniam). Potem okazuje się, że dostała scenę jedynie dlatego, że miała romans z reżyserem ("Nie, to tylko występ gościnny, wiadomo czym to się kończy" - co za ironia, panie Abrams! :)). A romans był tylko przykrywką, by zamordować starszego bogacza i ukraść mu diamenty warte 8 milionów a potem uciec samolotem Oceanic 815... Na szczęście walizka z biżuterią zniknęła w lesie po katastrofie, dzięki czemu Paolo mógł ją odnaleźć i ukryć w swoich majtkach - tylko po to by sprawdzić, czy Nikki jest z nim dla niego czy dla pieniędzy. Biedny chłopak z głupim akcentem... Skończyło się jak się skończyło. Obaj zostali sparaliżowani na amen, a zagubieni pochowali ich żywcem myśląc, że sami się pozabijali z powodu diamentów. Fascynujący zbieg okoliczności...

Jeszcze trochę musiałbym napisać o tym odcinku, bo jest co! Humor ("bez obrazy, ale twoje supermoce... ssą"), Charlie mówiący Sun że to on ją "porwał", scenę pogrzebu, powrót do serialu Boona, Shannon, Arzta... Co trzeba pochwalić to teraźniejszość i śledztwo - tutaj twórcy spisali się na medal, wyjaśniając widzom chyba wszystkie aspekty sprawy. No, poza jednym - skoro znaleźli bunkry lub innych to czemu o tym nie gadali z innymi? Niemniej, wybaczam to... Odcinek z mnóstwem napięcia, bardzo oryginalny, z masą pomysłów i wykonany niemal do ostatniego detalu. 9/10.




3x15: "Left Behind". Locke odchodzi z Innymi, którzy opuszczają swoje miasteczko - Kate i reszta zostają uśpieni gazem w tym czasie. Na plaży Hugo wkręca Sawyera by ten okazał się lepszym przywódcą.

W zasadzie wątek powrotu do prawdziwego świata powraca na chwilę w każdym z ostatnich odcinków począwszy od drugiego odcinka w którym Ben obiecuje Jackowi powrót do domu, tutaj jednak pierwszy raz podchodzimy do niego od drugiej strony: Locke stawia sprawę jasno, nie chce wracać do domu. I tyle.

Sawyer chcący zostać w obozie zaczynający dbać o swój wizerunek? Ciekawy pomysł, chyba powstał po namowach Hallowya który chciał by jego postać była milsza. I wybrnięto z tego w dobry sposób, jego postać zachowała swoje plusy (w tym humor) zyskując też wtedy, jeśli spojrzymy na niego jako przywódcę.

Kate w retrospekcji... Przyznaję, nie byłem ciekaw tego aspektu sprawy. Jednak faktycznie, warto byłoby zapytać mamę, czemu postawiła złego męża ponad dobrą córkę. Wybrnięto z tego w zaskakujący sposób, porównując tą relację z relacją między Fordem i Cassidy. "Był złym człowiekiem; Więc donieś na niego; Wybaczyłabyś matce, że na ciebie doniosła? Nie, i nie zrobię tego". Tak, w tym odcinku pojawia się Cassidy! I wątek jej córki, jeszcze nienarodzonej. Ciekawe...

Kate i Juliet? Zostawili je obie w lesie i teraz rozwijają się między nimi konflikty - "przez ciebie Jack i ja wciąż tu jesteśmy", "złamałaś mu serce", "nie musiał mi tego mówić"; "Wiem o nim więcej niż ty". Plus monster który dla napięcia władował się do odcinka, i wyszło mu to na dobre.

Ostatecznie Sawyer myśli o sobie jako przywódcy, Juliet będzie teraz jedną z naszych, a Jack i Sayid budzą się w 2 dni później niż Kasia od tego samego gazu. Hm. Ale sam występ Jacka udany - swoją drogą, dopiero w 16 odcinku wróci do obozu, i to czuć!

Na koniec dodam 2 cytaty, do których pierwszy raz w serialu nie mam nic i w pełni je popieram:

#1:
John: Kate.
Kate: John. Co ty tutaj robisz? Złapali cię?
John: Tak, ale tylko tymczasowo. Przyszedłem się pożegnać.
Kate: Pożegnać?
John: Odchodzę z nimi.
Kate: Co się dzieje, do cholery? Zrobili ci pranie mózgu? Dokąd zabrali Jacka?
John: Nigdzie go nie zabrali. Będzie musiał tu zostać razem z tobą.
Kate: Nie możesz im ufać. Jeśli obiecali ci bilet do domu, kłamali.
John: Ja nie chcę wracać do domu. Wstawiłem się za ciebie. Powiedziałem im, że dobra z ciebie dziewczyna, mądra, godna zaufania, uczciwa, a potem oni powiedzieli mi, kim jesteś i co zrobiłaś. Niestety przebaczenie nie ma u nich wysokich notowań. Powodzenia.
Kate: Dokąd idziesz, John?
John: Wychodzę.

#2:
Sawyer: Sukinsyn. Nikt nie planował żadnego głosowania.
Hurley: Ale chyba miło było być... miłym?
Sawyer: Podstępem zmusiłeś mnie do bycia przyzwoitym? To najbardziej kiczowate oszustwo w historii.
Hurley: To nie było oszustwo. Skoro masz być naszym przywódcą, to musisz nad sobą popracować.
Sawyer: Przywódcą? O czym ty gadasz?
Hurley: Nie ma ani Jacka, ani Locke'a, ani Kate i Sayida. Zostałeś tylko ty. Kiedy zginęli Paulo i Nikki, polegaliśmy na tobie. Potem próbowałeś ukraść diamenty, ale i tak chcieliśmy na tobie polegać. Rozejrzyj się. Sprawiłeś, że wszyscy są szczęśliwi. Chociaż przez jeden dzień mogą jeść dzika, śmiać się i zapomnieć, że mają przechlapane na całej linii. A wszystko to zawdzięczają tobie.
Sawyer: A jeśli ja nie chcę być przywódcą?
Hurley: Jack też chyba nie chciał. Wpadłeś w kanał, koleś.

Udane dialogi (chyba pierwszy raz w historii serialu są aż tak ważne i rozbudowane dialogi między 2 kobietami? I to bez żadnej odskoczni w postaci przechadzających obok innych ludzi), świetne wykorzystanie postaci, udany makijaż uwalonych w błocie kobiet... LOST w całej okazałości. 8/10




3x16: "One of Us". Juliet okazuje się mieszkać na Wyspie od kilku lat, a ją samą dręczy problem następujący: kobiety, które zaszły w ciążę, umierają. Jeśli ktoś uwierzył, że Juliet naprawdę została sama, to w finale zostaje sprowadzony na ziemię: to tylko kolejna układanka Bena by porwać kolejne ciężarne kobiety z obozu. Powód co najmniej słaby.

W retrospekcji poznajemy dziwną historię Juliet, która miała być tam 6 miesięcy, ale Ben powiedział jej o chorobie jej siostry i zaproponował, że jeśli Juliet zostanie na Wyspie to jej siostra zostanie wyleczona. Zgadza się a dowodu domaga się... po kilku latach. Zarzuca kłamstwo Benowi, ale jednak ten pokazuje, że nigdy nie kłamie. Poznajemy źródło pierwszej sceny w sezonie, dowiadujemy się czemu Juliet wtedy tak wyglądała. Widzimy też Michaiła, który sprawdza "tamtych" tuż po katastrofie 815.

Dobrze zrealizowana, z mnóstwem wiarygodnych reakcji na Juliet, na fakt jej przybycia, na fakt że Jack z nią ten-tegos. Jest też nieco humoru (np. "Miałam dzień wolny"). 7/10.




3x17: "Catch-22". Desmond rusza na wycieczkę, wierząc że to Penny go odnalazła. Ale na koniec okazuje się, że to jednak nie ona...

I właściwie tyle się dzieje przez cały odcinek. Reszta to zapychacze: muszą wszyscy, bo tak, bo miałem wizję, bo razem, bo się zmieni, szybciej. Plus smutna Kasia zagląda do namiotu Sawyera by go zgwałcić, bo Jack woli gadać z Juliet.

W retrospekcji poznajemy źródło "Bracie". Trochę słaby punkt zaczepienia, Des okazuje się być zakonnikiem. Ale przełożony uznaje, że wie lepiej o jego przeznaczeniu więc go zwalnia. Co przypadkiem sprawia, że spotyka Penny... Co prowadzi do ładnego zakończenia, gdzie widzimy teraźniejszość i Desmonda wspinającego się na drzewo, ale słyszymy właśnie ten pierwszy dialog z Penny. Trochę zbyt sztucznie się śmieje, ale efekt finalny jest... efektowny. Można się wkręcić. 6/10...



3x18: "D.O.C.". Tytuł to skrót od terminu oznaczającego dzień poczęcia dziecka. Jak wiadomo, Sun jest w ciąży... Jednak z kim? To rewelacyjny dylemat, w którym i bohaterowie i widzowie muszą wybrać. Czy chcą, by dziecko okazało się pochodzić z nieprawego łoża? Czy może do zapłodnienia doszło już na Wyspie, a ojcem jest Jin? To ważne o tyle, że żadna matka która zaszła w ciąże w tym miejscu... Nigdy jej nie doniosła. Wszystkie umierały przed trzecim trymestrem. Sun przegrała tak czy siak. Ale gdy dowiaduje się, że dziecko jednak jest Jina... Cieszy się. Zostały jej 2 miesiące życia.

Trzeba się trochę wczuć w ten Koreański system mentalny. I w tym pomaga retrospekcja (tak, ma ona związek z teraźniejszością!). Pewna kobieta szantażuje w niej Sun, że jeśli nie dostanie 100 tysięcy dolarów to wyjawi, że matką jej męża jest prostytutka. Sun podróżuje, poznaje ojca Jina, dowiaduje się, że ten dokonał wspaniałego czynu, zachowując dziecko nawet nie wiedząc czy jest jego. A mimo to rozumie, że bycie rybakiem jest hańbą dla jego syna, i zgadza się na to. Na końcu dowiadujemy się, że szantażystką jest matka Jina. Jak ona się o tym dowiedziała, nie wiemy, ale wiemy, czemu jednak nie jest jego matką. Ciekawe...

Naomi spada z nieba i ląduje na gałęzi. Co zrobić, ratować ją? Ale do najbliższego lekarza jest 8 km. Tak... W tym wątku zawiodła narracja, nie poczułem tu napięcia. Ale za to JednoOki się pojawił... Wait, what?! "Już raz w tym tygodniu umarłem", wtf.

Ale za to końcówka... Znaleziono 815? Wszyscy nieżyją? Jasna cholera, już nie pamiętam ile to jedno zdanie wywołuje myśli za pierwszym razem. Mogło oznaczać wszystko. Alternatywna rzeczywistość? Niebo, czyściej? Telewizja zmyśliła? Ale dlaczego?... 8/10.

piątek, 8 czerwca 2012

Lost, sezon 3 | Odcinki 9-12

3x09: "Stranger In A Strange Land". Grifter i inni internauci nazywają to najgorszym odcinkiem sezonu/serialu. Przyznaję, jest słaby. Flashback to... hmm... zapomniałem już, że Jack ma tatuaż. Myślałem, że wyjaśniono jego znaczenie w I sezonie. Nie, czekali z tym do tego odcinka.

Więc... Mamy Shepharda na wakacjach romansującego ze skośnooką. Która ma dar, którego on nie zrozumie. Więc ją śledzi, by go poznać. Okazuje się, że... darem jest dostrzeganie ludzi jakimi są naprawdę. Jakim jest Jack? "Wspaniałym, a przez to zdenerwowanym i samotnym". Żenujące, panowie twórcy. Stephen King pisał wam ten flashback czy jak?
Ale to nie koniec. Bo zrobienie tatuażu wywoła burzę. Bójkę tutejszych spuszczających wpieprz Jackowi, zakończony rozkazem "Wyp... gdzie pieprz rośnie". Biorąc jeszcze pod uwagę przedramatyzowane zachowania Jacka (nie tylko w flashbacku, ale też w teraźniejszości - każde zdanie krzyczy, podchodząc do rozmówcy jak najbliżej... Wtf?) po prostu nie mogę mieć wątpliwości - ten odcinek pisał Stephen King.:)

Teraźniejszość... Kasia chce wrócić po Jacka i fajnie, ale Sawyer jest fajniejszy i ją stopuje. Konkretnie rozgrywa sprawę z nią, z Karlem, z miejscem obozowiska... Plusik, ale wolałbym powrót normalnej Kate. Ta nowa ma nieustanny okres.

Juliet mająca zginąć, bo takie są zasady... A okoliczności zbrodni się nie liczą? Dla wygody je pominięto... Co ratuje odcinek to Giacchino ze swoim "Oceans Apart", które wydobywa z końcówki zaskakująco dużo magii i uczucia. Alex i Karl patrzący razem na gwiazdy, Kate z Jamesem z pochodniami w dżungli, Jack i Juliet na łodzi...

Co ciekawe to dowiadujemy się, co stało się z Cindy. Taaak, ja też jej nie pamiętam. Ale za to w końcu dowiedziałem się, czym był ten przerażający misio z 2 sezonu, którego Eko i Jin zobaczyli ukryci w krzakach. 3/10.




3x10: "Tricia Tanaka is Dead". Czy w ogóle jest możiwe nie polubić tego odcinka? Najwyraźniej tak, ale dotyczy to niewielu. Ich zawód rozumiem, samemu będąc miłośnikiem tego odcinka - wali mnie, że samochód po 30 latach wciąż jest sprawny mimo nienaprawialnego silnika (wystarczy tylko popchnąć). Jak ktoś się przyczepi to zawsze można wytłumaczyć magią Wyspy jak w przypadku Locke'a. :)

Dobra, a o co tu chodzi? Hurley znajduje samochód i chce go odpalić, ale nikt mu nie chce pomóc - z wyjątkiem Jina, który nie ma pojęcia co się dzieje, Sawyera który daje się przekonać niskoprocentową zawartością pojazdu, oraz Charliego, który tak jak Hurley potrzebuje jakiegoś sukcesu.

Relacje między postaciami zyskują. Relacje bohaterów z widzami - rosną również. Fabuła trochę tam rusza do przodu: Sawyer dowiaduje się, co się stało z bunkrem i czemu rozkradziono jego rzeczy, a Kate rusza do Jacka z Locke'im i Sayidem. W flashbacku poznajemy ojca Hugo i tego, że opuścił go dawno temu by wrócić gdy ten wygrał miliony. A także dowiadujemy się, że sympatyczny przyjaciel i dziewczyna Hugo odeszli od niego... razem. U BASTARDS.:(

Do diabła z tym, najważniejszą są kultowe teksty i humor! "Buttom's Up", 3 teksty które chce usłyszeć każda kobieta, "To piwo leży tu od czasu Rocky'ego III... Może nawet Rocky'ego II", zbieg w dół za jadącym samochodem i radość tych kilku postaci... Banan na twarzy gwarantowane. A wszystko to zakończone pięknym "Shambala" Michała Giacchino... 7/10.




3x11: "Enter 77". Odcinek zakończony wklepaniem do komputera liczby "77", co ciekawe to również ilość dni pobytu na Wyspie zagubionych z lotu 815.:)

Flashback - Sayid w cywilu pracuje jako kucharz, zostaje rozpoznany przez jedną ze swoich byłych ofiar. Najpierw zaprzecza, a na koniec przyznaje się do winy dzięki czemu zostaje mu to wybaczone. Taaak... Można to było zrobić lepiej.

Na plaży Sawyer gra ze wszystkimi w ping ponga o to, by oddali mu rzeczy które wcześniej mu zabrali. Wygrywa Hugo, bo kiedyś trenował. Jeeej... Niezbyt ciekawe.
Ale za to mamy jedną dobrą rzecz - "Po drugie - kim ty do diabła jesteś?" w stronę tej nowej. No właśnie... Ta dwójka jest bardziej z tych Innych niż Ethan lub Goodwin! :)

Trójka zagubionych w drodze po Jacka znajduje kolejną bazę Dharmy - Płomień. Znajdują w niej tajemniczego jednookiego, który najpierw podaje się za ostatniego żywego członka Dharmy i opatruje Sayida którego wcześniej postrzelił, a potem spuszcza bęcki Kate a potem sam dostaje wpieprz od Irakijczyka z jedną ręką. Hm. Locke w tym czasie grał w szachy z komputerem. Hm. Który służył do kierowaniu stacją, ale najpierw trzeba było wygrać w szachy. Hm. No i ta dziwna czarnoskóra kobieta pragnąca zginąć byle tylko... nie wiem, nie być zakładnikiem? Hm.

Ale przynajmniej dowiadujemy się, skąd wziął się koń Kate z II sezonu. I przypominamy sobie o istnieniu Nadii. 6/10.




3x12: "Par Avion". Clair okazuje się być córką Krzysia Pasterza i siostrą Jacka. To w sumie zaskakujące. A na dodatek jest winna uśpieniu swojej matki. Całkiem dobrze.

Locke kłóci się z Sayidem, co wypada całkiem naturalnie ale też sama postać Locke'a zaczyna się sypać. Świadome wysadzanie stacji, ryzykowanie życiem zakładnika... Coś tu nie gra. Ale za to mamy super scenę pokonywania tajemniczego ogrodzenia - pełen realizm, ze ścinaniem drzewa, podpieraniem go kłodami i wspinaczką Kate na jednym (pociętym) ujęciu.:) To lubię w LOST!

Na plaży Charlie znowu umiera, tym razem próbując się dobrać do ptaka. Jaki to ma związek z łapaniem ich w klatkę na plaży (bo przecież gdyby je złapano wtedy to potem Charlie by nie musiał zapieprzać po kamieniach)? Nie wiem... Ale chciano dobrze... taa... Ale dobra, wrócili do wątku ucieczki z Wyspy. Może tym razem przybędzie po nich ratunek. 6/10.

czwartek, 7 czerwca 2012

Lost, sezon 3 | Odcinki 5-8

3x05: "The Cost of Living". Tytuł odnosi się do Eko i jego motta życiowego: "nie żałuję niczego, robiłem tylko to, co umożliwiało mi przeżycie". I trzyma się tego do końca, trzeba mu oddać słuszność. A że twórcy bawią się panią Dymek i robią z niego boga? Za pierwszym razem było fajne, ale później już się kupy nie trzymało. [spoiler: do końca nie wiadomo, czemu Dymek zabił Eko, ani czemu kazał mu przekazać Locke'owi, że oni będą następni - swoją drogą to kolejny odcinek, w którym Monster pojawia się bezszelestnie]

Oprócz tego, mamy pierwszą słabą śmierć postaci w historii serialu - tak mało nas obchodzącą, że twórcy musieli nam pomóc w rozczuleniu się i pokazali w chwili śmierci Eko jego wspomnienia z dzieciństwa, jak idzie obejmując brata. Urocze.

Pierwsze poważne wejście do akcji dwójki nowych... Mają imiona może?

Jack... pochówek po hawajsku? Litości. Plan Bena w tym, że lekarz miał chcieć go uratować? Szczyt głupoty. Wystarczyło go poprosić, dać w zamian łódź i wszyscy byliby fajni. Przyjść do ich obozu, zapytać czy mają lekarza. Zamiast czekać 60 dni i ryzykować, że guz się rozwinie i.. no wiecie... ZABIJE BENA?! Jesteśmy tymi dobrymi, cieszę się. Nie wiem, jak potem udało się z Bena zrobić taką kapitalną postać (komentarz z YouTube: "Ben Linus to jedyny człowiek, który może zabić Chucka Norrisa"). Ale na obecną chwilę widz gardzi Innymi, gardzi nową dwójką Zagubionych, gardzi śmiercią Eko i przeciętną retrospekcją w której łatwo przewidzieć, co się stanie... Cóż, ale za to mamy świetną scenę z "Zabić drozda" która niszczy mózg - dosłownie! Potwierdzi to każdy kto ją oglądając próbował się skoncentrować na obu tych liniach, i obie analizował na bieżąco w tym samym czasie... I to było fajne! Ale tylko to. Reszta zabijała w negatywnym sensie, albo była przeciętna. 3/10.




3x06: "I Do". Twórcy stabilizują poziom który do tej pory był zniżkowy. Tzn. odcinek jest słaby, ale to wciąż "LOST". To ci bohaterowie, to ta Wyspa, to spadkobierca emocji z poprzednich - lepszych - odcinków. W tym serialu nawet słaby odcinek jest lepszy od dobrego odcinka w innym serialu.;)

Zobaczmy... Przede wszystkim, to pierwszy odcinek 3 sezonu w którym mamy naraz wszystkie trzy wątki (Locke, Jack, Kate - wszyscy pojawiają się na samym początku) i nadal czuć tę synchronizację całości, co łatwe nie jest, więc trzeba im oddać. John chowa Eko, opowiada Sayidowi o "monster" i swojej teori, że Eko nie zginął bez powodu. To chyba nadzieja twórców, mam rację? Ale mamy kij z wiadomością zza grobu - idź na północ z tego miejsca w którym mnie pochowałeś. Word?

Retrospekcje Kasi - wyszła za policjanta, i go kocha, ale musi zostawić by kontynuować uciekanie. Wiecie, trzeba było się JAKOŚ odnieść do teraźniejszości i zmuszania Jamesa by uciekał razem z nią. Ale twórcy "Zagubionych" przyzwyczaili nas, że słowa "jakoś" nie ma w ich słowniku. Kiepsko i głupio.

Romans i seks w klatce - nawet dobrze. "Chciałem, byś miała nadzieję, że wciąż mamy szansę" - proste i skuteczne. Ale to co najlepsze to egzekucja Forda w deszczu. Te mokre włosy, ten wzrok, ta duma bijąca od niego nawet wtedy gdy klęczy przed frustratem z bronią... "Zamknij oczy". On mógł wtedy umrzeć. To byłoby dziwne, bo chcieli go zabić za nic, ale z Shannon przeszło, więc czemu nie? Bo to zbyt dobra postać. I wciąż szuka mordercy swojej rodziny. Dobra decyzja, a jednocześnie dobrze przekonano widza, że to faktycznie może być koniec. Plusik...

Jack nie dający wiary, że oni naprawdę ich puszczą. Taka trochę zasłona dymna, dużo krzyku by zagłuszyć racjonalizm: oni mogli przyjść i po cywilizowanemu zapytać się, czy Jack by go nie zoperował, a w zamian pomogą im w ucieczce z Wyspy. Tego się nie da naprawić. Minus, ale coś-niecoś wiarygodnego z tego wyszło. Prawie, bo na koniec Jack prosi, by Ben dał mu słowo. Ahaaa...
Ale zmyłka podczas operacji dobra. Z trzeciej strony: "MOŻESZ!; NIE MOGĘ!; MOŻESZ!; NIE MOGĘ!; LOST". W ogóle to w tym odcinku przesadzono z melodramatyzmem i takimi tanimi sztuczkami. "Lost" to nie bazar ze świecidełkami, to złoto najwyższej próby, dajcie spokój...

Co trzeba odnotować to pierwsza wzmianka o Jacobie! Lista Jacoba, na której nie było Shepharda? Ciekawe... Nie, teraz nie. Tylko dla tych którzy oglądali całość. 3/10.




3x07: "Not In Portland". Odcinek na który pierwotnie czekano aż 3 miesiące (w trakcie nadawania sezonu).

Nie mówię, że to na pewno dobry odcinek. Wracamy w nim do Juliet i faktu, że za pierwszym razem gdy ją poznajemy wydaje się być nieprzemyślaną postacią. Jednak za drugim razem gdy to oglądałem... Jest już lepiej. Ale... niekoniecznie w tym odcinku. Jej wpływ na akcję był naprawdę spory i nie wszystko układa się dla mnie w spójną całość. Z jednej strony "On tego nie zrobi, zabijcie ich" z drugiej "Zabij Bena, proszę" z trzeciej "Ben obiecał mi coś, więc im pomogę". Z czwartej poznajemy ją w retrospekcji i dowiadujemy się, że zapłodniła siostrę, rozwiodła się oraz została zwerbowana na Wyspę przez Alperta (czyżbyśmy pierwszy raz poznali tę postać i jej nazwisko?) oraz Ethana (chłop umarł 40 odcinków temu i nadal go oglądamy, magia LOST :). Jest też scena śmierci w skutek autobusu na ulicy. Aż szukałem w tej scenie pewnej wiadomej postaci, ale jej nie dostrzegłem - co nie znaczy, że jej tam nie było.;-)

To w tym odcinku widzimy Pokój 23, który za pierwszym razem jakoś mi umknął - poważnie! Po obejrzeniu całościu i wgłębieniu się w ciekawostki dowiedziałem się o istnieniu tego... miejsca... Dowiadujemy się, że Alex to córka Bena, a Carl to jej chłopak - na ten związek Ben nie pozwala. Dlaczego? To później, teraz chłopak odurzony magią Pokoju 23 ucieka na rękach Sawyera i Kate.

Kate... Co oni robią z tą postacią? Znowu melodrama. Tym razem płacz jako akompaniament historii z pierwszego odcinka. Dlaczego ona płakała? Za to Ben wciąż jest świetną postacią, uleczony przez Jacka który teraz czeka na to, co z nim zrobią. Taa.. Bardziej mnie interesuje, co zastaną uciekinierzy na plaży. 5/10.




3x08: "Flashes Before Your Eyes". Historia niby w klimacie LOST, ale... właściwie nic mi się w tym odcinku nie podoba. Poważnie. Sam pomysł na to, że wybuch bunkra i to dziwne zjawisko związane z magnetyzmem wywarły wpływ na Desmonda... Okey, to jeszcze kupuję. Sprawił, że cofnął się w przeszłość znając przyszłość do momentu wybuchu bunkra. To też kupuję... Ale cała reszta? Popełnienie błędy z Penny na siłę. Zabicie postaci Charliego na siłę nawet bardziej. Tłumaczenie przeznaczeniem i wszechświatem który wszystko koryguje? GÓWNO PRAWDA! Widać jak na dłoni co twórcy mają zamiar zrobić, ale nie umieją tego zrobić na poziomie.

Podsumujmy... Wprowadzono podróże w czasie. By zabić jedną postać. Bo tak. 4/10.

środa, 6 czerwca 2012

Lost, sezon 3 | Odcinki 1-4

3x01: "A Tale of Two Cities". Zaskakująco dobry odcinek! Za pierwszym razem jak go oglądałem, minuty po zakończeniu poprzedniego sezonu, moja reakcja była krótka: dno. 1/10 i zdegustowany poszedłem lulu (w końcu była ta 2 czy 4 w nocy).

Teraz po powtórce odcinek jawi mi się jako... dobry! Nie jest wybitny, ale bez bólu go oglądałem, i jest to nadal "LOST", a nie jakaś słabizna!

Na początek, trochę żałuję openingu. Jest rewelacyjny, ale... wyobraźcie sobie, że nie byłoby go, przeniesiono by go na inny odcinek - co wtedy? Myślelibyśmy, że Jacka, Sawyera i Kate przeniesiono z Wyspy! Znajdują się gdzie indziej, a potem bylibyśmy w szoku, że jednak są na Wyspie. Wyobraźcie sobie tylko.:) Oczywiście, wiązałoby się to jeszcze z innymi zmianami, bo Ford i Kate są na powierzchni, ale... już teraz widać dzięki Juliet, że sceny z nimi i sceny z Jackiem dzieją się w innym czasie. To by pobudziło wyobraźnię, współgrało z dywagacjami Jacka gdzie jest. Na końcu pyta, czy jest w jednej ze stacji Dharma, i słyszy potwierdzenie, więc dywagacje ustają, nawet jakbyśmy bardzo chcieli.

Sam opening jest rewelacyjny, ale też dzięki temu, że spoglądam na niego z szerszej perspektywy (powróci on w serialu 3 razy, za każdym razem dopowiadając kolejne sekundy które zmieniają jego wydźwięk!). Poza tym jest cudowne ukrycie Ethana, przez większość czasu myślimy, że to wszystko ma miejsce gdzieś indziej, kolejna retrospekcja ale nowej postaci - Juliet. Ale nie, to Wyspa! A na koniec przychodzi Henry Gale... I nadal nie wiemy, jak ma na imię (dowiadujemy się dopiero na koniec odcinka, ale tylko imię). Plus to szerokie ujęcie na koniec... Ideał. Może nie aż tak genialny jak opening sezonu 2, ale jednak rewelacja.

Sama Juliet - za pierwszym razem byłem przekonany, że gra tak, jakby nie wiedziała, kogo ma grać. I byłem w tym punkcie święcie przekonany, że mam rację, i to przez większą część sezonu. Ale teraz widzę, że to już wtedy była zaplanowana postać którą widz dopiero pozna. Jak gra z Jackiem przez tą szybę, jak go oswaja, uspokaja... Manipuluje. I do końca nie wiemy, czy to osoba dobra czy zła, jaki jest cel porwania trójki Zagubionych...

Plus miniwystęp Emersona w openingu, w spotkaniu z Kate ("Chcę ci dać wspomnienie, bo następne 2 tygodnie będą dla ciebie ciężkie") i przy próbie ucieczki Jacka ("Zabiję ją!; ..Okey"). Świetny! Plus minirelacja Sawyera z Kate (podzielenie się z nią krakersem) oraz zagadka dla niedźwiedzi. Wprowadzenie widza w wątek Alex i Karla, realistyczne zachowanie Jacka w zamknięciu... Naprawdę dużo oferuje ten odcinek, aż muszę zacząć się streszczać.

Kwestia pierwszego ujęcia zaraz po openingu - nie mogę tu o nim pisać niestety, ale to kolejna świetna rzecz, której widz się nie spodziewa. Wraz z finałem sezonu zrozumiecie, czym było to ujęcie. Ale widać dzięki temu, i to nie tylko dzięki temu jednemu ujęciu, że twórcy naprawdę przygotowali sobie grunt pod ten sezon: te klatki, ściągnięcie Jacka do dołu, to miasteczko, postać Juliet... I to budowanie tajemnicy: skąd Others wiedzą o nich tyle? Po co im oni?




3x02: "The Glass Ballerina". Stłuczona szklana balerina staje się początkiem długiej serii kłamstw, które powiedziała w życiu Sun, wiedząc że konsekwencje i tak kogoś dotkną. W retrospekcji poznajemy jej związek z nauczycielem angielskiego z którym w końcu miała romans i miała uciec do Ameryki. Niestety (?), dowiedział się o tym jej ojciec, więc zlecił zabójstwo Jinowi, nie mówiąc mu niczego.

Ogólnie wątek wyraźnie dociśnięty do całej historii (widać jak na dłoni, że twórcy pisząc pierwszą retrospekcję tej pary nie planowali takiej sytuacji), ale jednocześnie nawet w niej pasuje. Ponad to, kontrastuje do wydarzeń współczesnych, więc jest elo.

Dzisiaj Sun z Jinem i Sayidem czekają, aż Jack do nich przyjdzie (kontynuowanie wątku z sezonu 2). Nie przychodzi, więc planują rozbić ognisko gdzie indziej. Znajdują pomost, z którego zabrani zostali James, Jack i Kate w finale sezonu drugiego, a na nim mnóstwo śladów świadczących, że Jack już do nich nie wróci. Sayid planuje zastawić pułapkę, by zwabić w nią Innych.

Narracyjnie jest więc całkiem dobrze, wykorzystano możliwość tego, że nie wszyscy rozumieją angielski.;-) Historię tę i tak trzeba było opowiedzieć, bo taki był naturalny porządek zdarzeń. Zachowano wiarygodność historii.

James i Kate... Z jednej strony heroiczna postawa tego pierwszego, by w chwili potrzeby pocałować ją, a potem w pojedynkę rozwalić wszystkich - to było naprawdę coś. Ale z drugiej strony, pojawienie się pozerów których imię Wpieprzę-Ci-Bo-Mogę nie działa pozytywnie dla tej historii. Twórcy ewidentnie nie wiedzieli, co zrobić z tą dwójką, więc kazali im kopać kamienie (potem się wykręcą niby przygotowaniem pod lotnisko, ale jakoś tego nie kupuję)
Ale po wszystkim przypada scena rozmów w klatce:

- Smakujesz jak truskawki!
- A ty... jak rybne krakersy...

I te uśmiechy.:) Urocze, doprawdy. Przy okazji, w finale zdajemy sobie sprawę, że 1 i 2 odcinek dzieją się najwyraźniej w tym samym czasie. Wracamy do Jacka, któremu Ben Linus (tak, w końcu poznajemy jego nazwisko!) oferuje pewne zadanie, w zamian za które... wróci do domu (pojawia się bardzo ważne dla tego sezonu zdanie: "That's home, Jack, right there, on the other side of that glass"). Ogólnie to jeszcze kilka rzeczy niby tu się dzieje, jak kontynuacja wątku Karla i Alex. 6/10, za końcówkę z Jackiem.




3x03: "Further Instructions". Drugi odcinek, któremu pierwotnie dałem 1/10. Locke łyka jakąś maść, siada w tipi i ma odjazd - to było po prostu głupie. I w zasadzie nadal takie jest, ale z drugiej strony... Locke na powrót wierzy w Wyspę, zamilkł i chce ją przebłagać, więc przypomina sobie jak kiedyś - gdy dziewczyna go rzuciła - pracował na farmie, i tam była taka świątynia dumania... I chciał spróbować. Seems legit. Ale flashback i tak nic nie wnosi.

Generalnie - ja bym ten odcinek wsadził jako pierwszy w tym sezonie. Bezpośrednia kontynuacja wątku wybuchu, podtrzymanie tajemnicy gdzie są Jack i reszta... Plus pierwsze ujęcie, będące kopią pierwszego ujęcia w serialu, tylko że z Lockiem.

W tym odcinku twórcy zaczynają iść w kolejne dziwne tereny, tym razem dają znać, że Desmond po wybuchu bunkra zyskał... jasnowidztwo? Ciężko to kupić. A wątek naprawiania relacji Locke'a z Charliem można było wykonać dużo lepiej. Zamiast tego, mamy początek Locke'a w roli przywódcy rozbitków z 815. [spoiler - czemu teraz dymek pojawia się bez hałasu, a później nie?] 5/10.



3x04: "Every Man for Himself". Niby dzieje się dużo, ale jednak czuć, że to chamskie ciągnięcie. Kobieta zastrzelona przez Sun jeszcze żyje, ale tylko tak długo by Jack mógł stwierdzić czas zgonu. W retrospekcji widzimy, że James był w więzieniu i pracował dla dyrektora, ale... ktoś jeszcze pamięta, że ten chłop szuka mordercy swojej rodziny? I nie obchodzi mnie, że wyszło całkiem naturalnie (była dziewczyna złożyła donos na niego).

Konflikt z Kate podbudowany słabymi dialogami (nie oszukujmy się, Sawyer mógł załatwić sprawę tak, by Kate nie dostała okresu, wszyscy to wiemy) trący tandetą, to samo numer z rozrusznikiem (choć uczciwie - można się było na to nabrać). Można go było wykorzystać bardziej, niczym guzik z drugiego sezonu - ale włożono go i wyjęto jeszcze w tym samym odcinku, nikt o nim nie będzie pamiętać za tydzień.

Do tego skończona głupota w postaci drugiej wyspy. Ben "Spędziłem na tej Wyspie całe życie" Linus widać się nie skapnął o tym. Ludzie, byłoby ją widać z drugiej Wyspy! Nawet niespecjalnie szukając! Oni siedzieli na plaży i gapili się co wieczór przez 60 dni w morze! Jakby coś tam było, to by zauważyli! Tego tam nie mogło być!

Na plus smaczki w postaci "Myszy i ludzi" czytanych w więzieniu, fryzury Forda, ciekawej pułapki którą chciał zastawić... I tyle. O, i plecy Kate.:D (no dobra, drugie wejście pary z 3 sezonu, zbliżenie się do Juliet, miłość między Kate i Sawyerem wykrzyczana w deszczu, ucieczka Kate z klatki na jednym ładnym ujęciu, oraz dowiadujemy się o dziecku Sawyera) 4/10.

poniedziałek, 4 czerwca 2012

PAPIEROWY KSIĘŻYC

Road Movie & New Hollywood, 1973


Filmu nie ma na żadnej liście, nikomu jakoś przesadnie się ten film nie podoba... Ale rym wie lepiej i mi go rekomenduje. Co mogę powiedzieć? In your face.:)

Nie mówię, że film jest jakoś przesadnie dobry, bo sam oglądając go parę razy odliczałem minuty do końca, ale jednocześnie daje tę specyficzną przyjemność z obcowania z dobrym kinem.

Gdybym miał porównać do innego kina, najbliżej mu chyba do "Badlands". Z uwagi na ilość pustki w tym filmie, bo jest jej od zaj*bania. Plenery, pola, kilku aktorów, długie sceny dialogowe i senne miasteczka do których prowadzi pusta droga. Na dodatek w wersji czarno-białej. Byłem wpatrzony jak w przysłowiowy obrazek, klimat i zdjęcia w filmie na mocny plus.

Fabuła? Matka umiera, jej córka (Addie) zostaje sama na świecie, nie licząc ciotki mieszkającej kilka miasteczek dalej. Do "odprowadzenia" jej tam zostaje zobowiązany "przyjaciel" matki (Moses), którego kilka razy w filmie oskarży się o bycie tatą dziewczynki. Moses zajmuje się oszukiwaniem ludzi na małe sumy, wyłudzi nawet 200 dolarów w imieniu młodej. I natychmiast je wyda. Mała zrobi awanturę, że pieniądze należą do niej, więc... Będzie musiał je odrobić (szantaż policją, a jak). I zamiast szybkiego odstawienia w pociąg i nadania telegramu zacznie się kino drogi.

Jak każde takie kino wypchane jest zapychaczami po uszy, większość scen można by wyciąć. Film na tym traci, ale zyskuje bohaterami, relacjami między nimi, końcówką i wspomnianym klimatem. Będzie przyjaźń, wspieranie się, trudne momenty oraz kilka udanych. Efekt finalny jest sympatyczny i wiarygodny, miły dla oka.

Co ciekawe, Moses i Addie to w rzeczywistości tata i córka (Ryan i Tatum O'Neal, która dostała najważniejszego Oscara za drugi plan w dziejach właśnie za ten film). Jeśli się o tym wie to oglądanie tej dwójki na ekranie dodaje całości smaczku.:)

Fajny, nostalgiczny film. Warto obejrzeć.


7/10