sobota, 18 sierpnia 2012

BUNT

Jidaigeki, 1967


Kilka chaotycznych myśli po powtórce.

Historia jest w porządku, ale źle rozłożona - opis filmu wystarcza, by przeskoczyć o godzinę do przodu, a nawet i więcej. Zwykły wstęp trwa ponad połowę filmu. Zresztą zależy jak patrzeć, bo rozwinięcia albo tu nie ma, albo jest bardzo krótkie. Po wstępie od razu jest właściwie zakończenie, czyli walka.

Przeszkadzała mi strasznie umowność scen zbiorowych, gdzie wszyscy wiedzieli co inni chcą zrobić i spokojnie czekali. Ktoś tam ładuje się na podwórko, wali przemowę, coś tam robi, a druga strona: "hm, staniemy tu i poczekamy te 5 minut i 16 sekund, aż przyjdzie czas na naszą część tej sceny". I tak na zmianę.

Pierwszy raz przeszkadzało mi aktorstwo polegające na przyjęciu pozy i zatrzymaniu się w niej, aż ktoś tam skończy przemowę czy coś. A może inaczej - zawsze mi to trochę przeszkadzało, ale zwykle film obok tego miał jakieś zalety więc przymykałem na to oko.

W ogóle nie poczułem konfliktu bohater kontra system, w którym jedna strona miała powody by być nieposłusznym władcy, ale... nic z nimi nie robiono. To nie jest film o jakiś wartościach, nikt tu nie ma racji lub nie, chodzi tylko o to by się napie*dalać. Miffune równie dobrze mógł powiedzieć "Niechce mi się" i efekt byłby z grubsza taki sam, z wyjątkiem jednej sceny. Zamiast tego jest ta skomplikowana, bogata historia nie mająca żadnego skutku poza tym nieposłuszeństwem, a można było do niego doprowadzić na wiele innych sposobów. W ogóle czemu przez tyle czasu sprawiali wrażenie, jakby było inne wyjście z sytuacji oprócz bijatyki, skoro ja po przeczytaniu opisu wiedziałem, że nic innego nie będzie. I w drugą stronę, czemu było tylko jedne wyjście? Czemu nie było żadnej reakcji otoczenia na historię o złym władcy (na przykład)? Zamiast tego jest:
- Sprzeciwiasz się?
- Tak, nasz pan to zły człowiek, lol.
- Sprzeciwiasz się?
- Właśnie to powiedziałem.
- Wiem, usłyszałem za pierwszym razem, ale w scenariuszu jest, że jeszcze z 40 razy musimy tę scenę odegrać.
- A potem będziemy się bić?
- No.
- Cholera.

Nie uwierzyłem w ten świat, który w ogóle nie żyje, bardziej wygląda jakby bohaterowie zamierali w bezruchu na to, aż coś się wydarzy. Przeszkadzało mi wiele detali, od kopania dołu za pomocą wiosła po fakt, że przejechanie ostrzem po ciele jest zabójcze bezwzględnie dla wszystkich, ale bycie postrzelonym już nie.

Historia jest niezła, klimat jest w porządku, zdjęcia też, montaż trochę za szybki, ale filmu nie polubiłem. Dziwne.


5/10
http://rateyourmusic.com/film/上意討ち_拝領妻始末/

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

OSTATNI SEANS FILMOWY

Drama & New Hollywood, 1971


Ej, to nie jest o kinie.:(

Formalnie wygląda jak późniejszy "Papierowy księżyc" tego reżysera (czarno-biały obraz, puste miasteczka i drogi na uboczu wielkiego świata), a jest gorsze pod każdym względem. Przede wszystkim, w "Ostatnim..." jest zbyt wielu bohaterów i nie wiadomo na kim się skupić w efekcie czego każdy jest zaskakująco płaski. W "Księżycu" było dwóch i było dobrze, widać było drogę jaką przebyli, z czym zaczynali i jak skończyli, rozwój relacji między nimi też był wyraźny. W "Seansie" jest z tym naprawdę biednie, a rozwój relacji między bohaterami ledwo istnieje. Tak to jest, jak się czyta, że film jest o dorastaniu, a na koniec nie wiem z czego wyrośli.

Jednak ten największy zawód związany z filmem jest taki jak w tytule - ostatni seans kinowy nie jest tu istotny. Mogli pójść gdziekolwiek, efekt byłby taki sam. A nawet jeśli to musiałoby być kino, mogli w nim puszczać cokolwiek, nawet porno. Po seansie wyszli, posłuchali jakiejś babki "Zamykamy, ludzie wolą telewizję". Ojej. Dziś zamykają telewizję, bo ludzie wolą Internet. Trochę trudno mi się w to zaangażować.


6/10

http://rateyourmusic.com/film/the_last_picture_show/

Lost, sezon 4 | Podsumowanie

Twórcom udało się bardzo dużo, ale z drugiej nie udało się też sporo rzeczy. Najgorszą jest... stracenie z oczu głównych bohaterów. Nagle zagubieni nie mają zbyt dużego wpływu na akcję. Chodzą po dżungli za innymi - jedni za Locke'iem, który z kolei chodzi za Benem. Drugi chodzą za Jackiem, który łazi za Danielem i statkiem, czyli de facto za Charlesem Widmorem. Paradoksalnie z perpektywy czasu najbliższe "LOST" wydają się te najsłabsze odcinki w których przebywamy z zagubionymi, czyli: operacja wyrostka i wyjście do stacji by unieszkodliwić dym. Żaden z tych odcinków nie miał wpływu na fabułę, nie niósł też większych emocji. Ich jedyną zaletą było to, że bohaterowie nie siedzieli na tyłku i nie czekali, aż inni popchną akcję do przodu za nich.

Na początku czekaliśmy na ruch czwórki z frachtowca. Potem na ruch Bena. Potem już tylko na ruch statku. Dramat zagubionych którzy chcą opuścić Wyspę był gdzieś z boku tego wszystkiego. I na dobrą sprawę nie wiadomo, o co chodziło. Statek chciał Bena a potem miał zabić wszystkich na Wyspie. Miło... Jakoś nie zbyt dobrze scalono to z historią TYTUŁOWYCH zagubionych.

Ale z drugiej strony... Na brak akcji i emocji jednak nie narzekałem. Trochę rzeczy mi przeszkadzało, ale jednak seans był przyjemny i satysfakcjonujący w sporym stopniu.

Tym bardziej, że geniusz twórców znalazł ujście w innym aspekcie - pokazaniu akcji z teraźniejszości i przyszłości jednocześnie tak, by się uzupełniały, by powstawały kolejne zagadki, by tworzyły się kolejne warstwy tajemniczości i napięcia. I najważniejsze - ta historia składa się w jedno. To było tak trudne do wykonania, że nawet nie umiem tego wytłumaczyć. Najłatwiej byłoby, gdybyście sami spróbowali napisać historię w której na początku zdradzacie jakie będzie zakończenie by potem poprowadzić całość tak, by widz chciał to oglądać dalej. Już samo to byłoby niemożliwe. A "LOST" poszedł całe lata świetlne dalej, stawiając sobie zadanie niemożliwe. A jednak mu się udało.
Kwestia wygląda tak - są aspiracje, by tworzyć sztukę. A wyżej są tylko ambicje, by tworzyć "LOST".

Cóż, "LOST" od początku ustanawiało poziom oraz definiowało na nowo wiele zagadnień. A narzekanie, że nie we wszystkich aspektach naraz - to już byłoby chamstwo.

Co jeszcze - wiele postaci straciło pewnie w oczach widzów. Jack, Locke czy Claire. Zyskały inne, jak Sawyer, Juliet, Ben czy Michael. Mamy wiele niesamowitych scen, jak retrospekcja Michaela, wybuch frachtowca, przeniesienie Wyspy, rozmowa z Christianem w domku Jacoba tudzież pożegnanie Alex. Oczywiście, zakończenie również jest niesamowite. A "There's No Place Like Home" jeszcze doczeka się właściwej ekspozycji, i to nie jednej. 10/10.

niedziela, 12 sierpnia 2012

CZŁOWIEK ZWANY CISZĄ

Spaghetti Western & Revisionist Western, 1968


Zaskakująco konkretna intryga.

Jest tu kilka źródeł konfliktów: grupa przestępców ukrywających się do czasu amnestii, różni mieszkańcy miasteczka, różni łowcy nagród, szeryf... Konkretów nie chcę zdradzać, ale dzieje się sporo na kilku poziomach.

Dobra, film jest zaskakujący nie tylko dlatego. Zamiast pustyni jest śnieg (powaga...), z początku nie wiadomo kto jest antagonistą i protagonistą (film po prostu się toczy bez tego) no i jest to słynne podwójne zakończenie (za to drugie licząc napisy następujące po ostatniej scenie). Ale widać też, że to bardziej kino klasy B - postaci są schematyczne, krew jest sztuczna, strzelaniny trącą tandetą a praca kamery... jest amatorska. Te wszystkie zbliżenia i utraty ostrości, szczególnie mnie to męczyło na początku przy tych gonitwach po lesie gdy ch... widziałem.

Ale to i tak niezły film, rewolucjonizujący gatunek, blablabla.


6/10.

http://rateyourmusic.com/film/il_grande_silenzio/

NOC I MIASTO

Film Noir & Film gris, 1950


Mocny i precyzyjny film noir.

Harry Fabian był prawdopodobnie inspiracją do bohatera "Słodkiego zapachu sukcesu" - obaj chcieli oszukać wszystkich naraz, nawiązywać kontakty poprzez dowiadywanie się różnych detali i zmuszanie innych do rzeczy w taki sposób, by ci myśleli że chcieli tego z własnej woli. Tylko w tym flimie nikt przed świtem nie będzie wygrany... Nawet w chwili gdy bohater będzie mieć wszystko, gdy uwierzy, że wygrał. Każdy kto oszukał zostanie oszukany, karma wróci niesłychanie szybko do każdego w tym filmie, czasami w ułamku sekundy niszcząc wszystko. Ale nikt tego nie zauważy, w szczególności sam bohater, pędzący by spalić każdy możliwy most w nadziei na wygraną.

W tym filmie mało kto śpi w nocy, mało kto jest tylko statystą, mało kto ma nadzieję na sukces. Wygrywają jedynie ci bez tej nadziei, żyjący z dnia na dzień.

Rewelacyjny tempo, zakończenie a nawet główny bohater zyskał w moich oczach swoją ostatnią decyzją. Szkoda tylko, że podczas walki nie było muzyki, trochę to osłabiło efekt. Jest nawet polski akcent (Polak grający Greka z Rosyjskim akcentem ~~)


7/10. Tak, lepsze od "Riffifi".
http://rateyourmusic.com/film/night_and_the_city/

Lost, sezon 4 | odcinki 9-13 (14)

4x09: "The Shape of Things to Come". Śmierć Alex podkreślona monologiem Bena który rani ją do żywego a miał ją uratować. Niestety, wyszło jak wyszło. Czyli w ogóle. Bez emocji na wierzchu. Zimne zabójstwo, zimna strata. Chyba od tego odcinka Ben stał się najlepszą postacią (aktorsko) obok Locke'a.

Mamy jego futurospekcję, w której najpierw znajduje się na środku pustyni (dlaczego? I to na dodatek w kurtce zimowej?), by potem dowiedzieć się, w jakim czasie się znajduje oraz, że Sayid ożenił się z Nadią! Ale ona zgineła, a teraz będzie jej pogrzeb. Ben postanawia pomóc znaleźć Sayidowi zabójcę jego żony by w ten sposób go zwerbować do swojej... armii? A na koniec odwiedza Widmore'a by powiedzieć mu, że zabije Penny. W rewanżu za Alex.

W tym odcinku dowiadujemy się czemu Sayid będze pracować dla Bena oraz poznajemy relację Ben - Widmore. Mają przeszłość...

Teraźniejszość? Ben wzywający dymek. Wtf? 8/10.




4x10: "Something Nice Back Home". Relatywnie nieciekawy odcinek, przedstawiający losy Jacka i Kate po opuszczeniu Wyspy. Zostają razem, potem małżeństwem... Niestety Jack zaczyna wariować. Najpierw Hugo budzi w nim dziwne uczucia, przekazując mu wieść od Charliego: "Nie powinieneś go wychowywać". Potem widzi własnego ojca i zaczyna brać lek dla wariatów. Na samym końcu chyba ma żal do Kate za jej niewystarczającą wdzięczność za to, że ją uratował. Chyba, trochę niejasny i niedopracowany ten wątek.

Wiemy, że Jack dowiaduje się, iż jest wujkiem Arrona. Że Sawyer został (żyje?) na Wyspie, i poprosił o coś Kate zanim ta uciekła z Wyspy. I miał wybór, by to zrobić. Oraz, że ktoś odwiedzi Jacka w przyszłości...

Teraźniejszość to Clair idąca w cholerę do dżungli w środku zostawiając dziecko na pożarcie dymkowi oraz wyrostek Jacka. Niezłe rozbudowanie relacji Juliet - Kate - Jack. "Wiem, że jesteś przytomny". 7/10.




4x11: "Cabin Fever". Przeszłość Locke'a - matka w wieku 16 lat potrącona przez samochód musiała rodzić przedwcześnie. Ale John to wojownik, podgladany przez... Alperta? Czemu?
Matka nie była w stanie go przytulić, babcia nawet nie rozważała innych opcji poza adopcją. Młody John i jego życie - bycie tym wyśmiewanym przez pozostałych, lubiącym sport wbrew swojemu przeznaczeniu - nauce. Wtedy pierwszy raz powiedział "Nie mów mi, czego nie mogę zrobić".

W teraźniejszości Keamy wrócił ze starcia z dymkiem, wymuszając na kapitanie łamanie reguł w celu powrotu na Wyspę i porwania Linusa a następnie... spalenia Wyspy. Kapitan nie na to się pisał.
W tle Desmond z Sayidem planują transportowanie ludzi na frachtowiec za pomocą pontonu. Michael czeka skuty na decyzję innych, co z nim zrobią. Nie wypiera się niczego.

Locke z Hugo i Linusem szukają chatki Jacoba. Swoją drogą - dobrze, że gdy Ben prowadził Johna w III sezonie to ona się nie przeniosła, miło zich strony. W każdym razie - Wyspa im podpowiada, gdzie chatka leży, w postaci snu w którym John spotyka Horacego. Czyli domek Jacoba został wybudowany przez jednego z Dharmy w celu bycia domkiem wypoczynkowym. Locke wraca do dołu z trupami Dharmy, odnajduje ciało Horacego a przy nim mapę do chatki. W samej chatce spotyka Christiana i Clair która... nadal niewiadomo czemu zostawiła syna, ale przynajmniej wiadomo gdzie jest. W teleportującym sie domku wypoczynkowym. Dobra, liczy się jedno: Christian wyjaśnia Johnowi, jak ten może uratować Wyspę przed najeźdzcami. Przenosząc ją.

Swoją drogą, Widmore wiedział, że Ben pójdzie do Orchidey by przesunąć Wyspę. Ale... czemu sam Ben tego nie wiedział? Z innych drobiazgów które nie podobają mi się. Zabicie doktora oraz sposób w jaki Ben mówi: "Los to kapryśna dziwka". Sam nie wiem czemu.
Generalnie - znowu dużo chodzenia, mało się dzieje... 7/10.




4x12: "There's No Place Like Home: Part 1". Znowu mamy się nabrać na sztuczkę z heroicznym Jackiem który mimo krwawiącej rany rusza na ratunek komuś tam. Problem w tym, że tym razem to wcale nie jest już dramatyczne. Tak jak reszta historii z wycinaniem wyrostka.

Uwielbiam fakt kompletnej bezużytności nowych postaci na Wyspie jak Miles lub Dan (który znowu pokazuje, że potrafi przedramatyzować każdą kwestię, choć nadal go lubię). Wytnijcie ich ze scenw których są - zauważycie róznicę. Ale ledwo. Na szczęście i tak mają ich niewiele, więc to zbytnio nie razi.

Inna sprawa - w tym odcinku świat usłyszał fenomen pod tytułem "There's No Place Like Home"... I w ogóle go to nie obeszło. Bo gdy słyszymy ten utwór za pierwszym razem, w ogóle go nie słyszymy. Zamiast niego jest niewycięty niewiedzieć czemu ryk samolotu. Za drugim razem słyszymy wariant tego utworu, z wyciętym wstępem i zakończeniem, na dodatek przyspieszony by pasował do zakończenia.

W przyszłości jest ważne wydarzenie - Jack dowiaduje się, że Claire to jego siostra. Czyli jest wujkiem Arrona i tak dalej. Dosyć gruba sprawa, na którą zabrakło uwagi twórców. Cały ciężar emocjonalny i nie tylko zrzucony został na barki Foxa który w kilka sekund miał okazać, jak ta wiadomość wpłynie na jego życie i sumienie spowodując finalnie dycyzję by wrócić na Wyspę. Nie mówię, że przegrał wtedy, ale... też niezachwycił swoim aktorstwem. Widać zbyt dużo od niego oczekiwano w tamtej scenie.

W teraźniejszości też jest taka scena, Jin i Sun dowiadują się o Michaelu - i znowu, jedna scena ograniczona do jakiś 5 zdań. Wraca morderca i zdrajca, pracujący pośrednio dla Bena, chcący odkupić winę zdarzeń na Wyspie... I nic. Ta scena po prostu mija.

Co dobrego? Właściwie cały wątek przyszłości. Powrót samolotem, oddalenie z ujęcia na niego pokazujące, że kamera jest w samolocie. Rozmowy Oceanic 6, konferencja, Nadia, witanie się z rodziną w slow-mo, impreza u Hugo, pogrzeb ojca Jacka (choć miałem wrażenie, że sporo kwestii zostało nagrane jeszcze raz potem w studiu ). Również wciąż niewiemy, co stało się z Wyspą i wszystkimi na niej, wielki plus za to.

Największym plusem odcinka jest zakończenie, podsumowujące wstęp do finału sezonu. Rozmach przy prowadzeniu kilkunastu wątków naraz zawsze będzie mnie zachwycać, co poradzić. Do tego zbliża się moment, kiedy teraźniejszość połączy się z futurospekcjami. Na ten moment czekaliśmy, twórcy trzymali buzię na kłodkę do ostatniego momentu. To naprawdę czuć. 5/10




4x13: "There's No Place Like Home: Parts 2 & 3". Prawie półtorej godziny finału, w którym wreszcie na pierwszy plan wychodzą tytułowi zagubieni.

Napięcie jest wręcz nieskończone - przesunięcie Wyspy, bomba na frachowcu, braki w paliwie, Sawyer skaczący z helikoptera, pośpiech... Dzieje się tu tak dużo, że można odpaść. Ben zostaje wysłany w przyszłość po przesunięciu Wyspy i pewnie już nigdy nie wróci na nią - jednak wcześniej mści się na Keamym, ten jednak był podpięty do bomby czasowej na frachtowcu, w razie zatrzymania serca wszyscy na nim zginą. Ben na to nie zważa, ładując bez przerwy do windy różne metalowe elementy by wysadzić stację Dharmy w powietrze, a wszystko po to by dostać się do tajemniczej energii będącej prawdopodobnie Sercem Wyspy.

Frachtowiec wybucha, a co tam się dzieje... Michael ginie od bomby, spotykając wcześniej Christiana który go uspokaja na sekundę przed śmiercią. Giną też wszyscy inni na statku, łącznie z Jinem. Widzi to Sun, która moment wcześniej przyleciała helikopterem z Jackiem, Kate, Arronem, Frankiem, Hugo i Sayidem. Zabierają ze sobą jedynie Desmonda który pogania ich by uciekli bo tu jest bomba. Biorą tyle paliwa by wrócić na Wyspę, ale nawet i wtedy ledwo im się uda uciec... Niestety - Wyspa znika na ich oczach.

Co się z nią dzieje? To tylko jedno z wielu pytań tego odcinka. Co tak naprawdę stało się po opuszczeniu Wyspy przez Oceanic 6? To mnie najbardziej martwi, bo z tego powodu zapewne tam wrócą. Wiemy, jak wygląda ich życie w przyszłości. Ale co... z resztą?

Poznajemy też zawartość trumny i prawdziwą osobowość Jeremy'ego Berthama. Wspaniały finał sezonu, 9/10.

sobota, 11 sierpnia 2012

SID I NANCY

Biopic & Music, 1986


"Lindo, z sufitu wisi jakiś facet!"

Biografia basisty grającego okazjonalnie (słowo kluczowe) w zespole Sex Pistols. Nie wiedziałem, że o nim jest ten film, tak samo jak nie wiedziałem kto gra Sida (obstawiałem Mickey'ego Rourke i Gary'ego Oldmana, a kto go gra ostatecznie sami się przekonajcie ~~).

Bardzo naturalny film, trudno go sobie wyobrazić jako film w ogóle, trudno mi było patrzeć na sceny i wyobrażać sobie ich duble. Wszystko sprawiało wrażenie nagranego za pierwszym podejściem, a przez to prawdziwego. Dzięki temu cały obraz buzuje od emocji i punku. Nancy dzwoni do matki po czym jest tak wkur...zona, że rozwala szybę w budce. Sid z Johnem wbijają na chatę kogoś tam i pierwsze co robią to malują jakieś głupoty sprayem po ścianach. Podczas koncertu ktoś tam łapie wokalistę, Sid sprzedaje mu kopa na ryj, wściekły tłum go porywa a on krzyczy z angielskim akcentem.

Dziwne, że Cox po wszystkim nie zrobił kariery, skoro jego film jest szczerym, kultowym (w pewnych kręgach na pewno) i w gruncie rzeczy artystycznym dziełem. Trochę siada w połowie gdy Sid zamieszkuje w NY, a końcówki nie łapię za bardzo. Ulubiona scena? Jak tańczył z dzieciakami pod koniec.:)


7/10.

Lost, sezon 4 | odcinki 5-8

4x05: "The Constant". Desmond w czasie lotu na frachtowiec zostaje trzepnięty. Kolejne konsekwencje implozji bunkra, tym razem połączone z opuszczeniem Wyspy. W jakiś sposób sprawia, że świadomością cofa się do przeszłości. Ale wraca też do teraźniejszości jednak nie wiedząc, czym ta teraźniejszość jest. A oprócz tego jego mózg nie wytrzyma wielu takich skoków w tę i spowrotem, więc... musi się spieszyć, bo inaczej umrze. Uratuje go znalezienie sobie jakiejś stałej w obu tych płaszczyznach, wtedy też przypomni sobie kim jest i tak dalej... Eee... Ciężko to opisać.

Jak to w ogóle miało działać? Sporo niejasności w związku ze stałą i czasem przebywania w 1998, a poza tym skutki wywołania też się kupy nie trzymają... Ale przynajmniej jest napięcie, budzi ciekawość, a finał z rozmową pokazaną naprzemiennie jest świetny. Głupi, ale emocji jest mnóstwo. Poważnie, nie mieli innych linii dialogowych poza "zadzwonię za 8 lat, bo tak"? Bez jaj. Ten serial ma tyle rewelacyjnych kwestii i dialogów, a tu taki kloc.

A poza tym za dużo się w odcinku nie dzieje. Sayid jest Sayidem, Dan jest Danem, ale w '90 ma długie włosy... I elo. 6/10




4x06: "The Other Woman". Dan z Charllote idą do stacji Burza, gdzie Inni prowadzili eksperymenty chemiczne, po drodze nokautując Kate czym wkurzą Jacka od którego odłączy sie Juliet by w pojedynkę powstrzymać dwójkę nowych. Czemu? Nie wiem. Może jest wyznawczynią hasła "W pojedynczej osobie siła"?

Ale sam finał okazuje się dobry, znowu powracają wątpliwości kto jest dobry a kto zły. Najpierw dowiadujemy się, że Ben wie, kto wynajął frachtowiec - Kuba Widmore, który chce odnaleźć Wyspę by ją wykorzystać... A może to tylko ściema? Z drugiej strony Dan neutralizuje gaz w stacji, by Ben nie mógł ponownie z niego skorzystać i zabić wszystkich na Wyspie. Finalnie jednak Benowi znowu się udało, ma własny domek... i plan. Jak zawsze.

Ciekawa jest retrospekcja Juliet - najpierw wkręcają widza, że Juliet jest jedną z Oceanic 6. Jednak okazuje się, że to nie FF tylko retrospekcja w której poznajemy Bena z drugiej strony, święcie przekonanego, że Juliet należy do niego. I bój się każdy, kto myśli inaczej. Jakby powiedział Turk ze "Scrubs": Ben is crazy. Po raz trzeci i ostatni widzimy katastrofę Oceanic 815 z punktu widzenia miasteczka Innych.

A w Burzy można zobaczyć wyraźnie dublerkę Juliet.:) 8/10.




4x07: "Ji Yeon". Wymieszanie retrospekcji z futurospekcją dało ciekawy efekt. Poznajemy w tym odcinku ostatnią z Oceanic 6: Sun. Jest w Korei, rodzi dziecko - córeczkę, przy porodzie wzywając Jina... Ale Jin leży na cmentarzu. Odwiedzają go tam razem z Hurleyem ubranym w garnitur (czyli to jeszcze przed zobaczeniem Charliego i zamknięciem się w psychiatryku?).

Znakomicie kontrastuje to z teraźniejszością, w której Sun musi wybrać: czy zostać z Jackiem i liczyć, że zostaną uratowani? A może jednak Juliet kłamała z tymi nieszczęśliwymi porodami i wrócić do Locke'a, by chronić dziecko? Na to nakłada się Jin mówiący "Nigdy cię nie opuszcze" a potem dowiadujący się o zdradzie Sun (robota Juliet).

Zaraz potem mamy świetną scenę z Bernardem i Jinem prowadzących męską rozmowę na łodce. :D Świetnie całość wypada.
A na koniec dowiadujemy się, że szpiegiem Bena na łódce jest Michael... Albo ktoś podobny do niego? Albo może z wyczyszczoną pamięcią (?) - poważnie, takie myśli naszły mnie po pierwszym obejrzeniu. Świetnie zagrali, trzeba przyznać. Swoją drogą, można go było zobaczyć trochę wcześniej, w scenie gdy Desmond rzuca się za tonącą kobietą - ma na sobie kaptur, ale widać że to ta sama postać. Jeśli to ona, wróciła do serialu po... 28 odcinkach. Jak do tego doszło?! 8/10.




4x08: "Meet Kevin Johnson". Pierwsza retrospekcja będąca istotna dla historii danego odcinka! :)

Dostałem potwierdzenie: to Michael. Ten Michael. Po opuszczeniu odcinka zwierzył się swojemu synowi z tego, co zrobił w 2x18, ten w odpowiedzi go znienawidził. Oczywiście. Jakbym nie lubił Michaela to jego dramat jak najbardziej zrozumiałem - bez syna, bez przeszłości, chcący popełnić samobójstwo... Ale usłyszał od Toma "Wyspa ci na to nie pozwoli". Tamci go śledzili by teraz zlecić mu misję i dać szansę na uratowanie przyjaciół których zdradził - Charles Wimdore sfingował wrak lotu Oceanic 815 by przywłaszczyć Wyspę dla siebie, a Michael pod przybranym nazwiskiem wybierze się w podróż by wysadzić jego statek.

Jest tam wiele świetnych scen - samobójstwo w rozpędzonym samochodzie, pisanie listu pożegnalnego rozpoczęte od ujęcia na cieknący kran. Jest zakończenie z Sayidem zdradzającego Michaela. Jest Alex tracąca chłopaka i matkę (!!!) w desperacji poddającą się niewidzialnemu sprawcy z okrzykiem "Jestem córką Bena".

Jest ponowna zmyłka - kto tak właściwie kogo tu oszukuje. Wiemy już,ze to Widmore sfingował samolot - ale w jakim celu? By uratować tych, którzy są na Wyspie? Czy też by ich wybić w drodze po Linusa, a następnie zachować Wyspę dla siebie? Co będzie dalej z Michaelem i Alex? 8/10.

piątek, 10 sierpnia 2012

UJRZAŁEM DIABŁA

Crime & Thriller, 2010


Jak pokonać psychopatę?

Początek przypominam mi ekranizację jakiejś symfonii, np. Mozarta (co zabawne, sam Mozart pojawił się jakąś godzinę później). Muzyka była stonowana, obraz cichy, spokojny. Padał śnieg, noc, chłop śpiewał coś przez telefon do dziewczyny która utkneła w zepsutym samochodzie i czekała na pomoc drogową. Nawet sam akt ataku na dziewczynę był tylko drobnym gwałtownym skokiem napięcia, sam zgon przebiegł cicho. Nie było też krzyku o pomoc, jedynie wyszeptane "Jestem w ciąży".

Muzyka skoczyła na poważnie gdy odkryli ciało, a jej rodzina i chłopak żegnali ją w krematorium. Potężny moment emocjonalny, dużo płaczu. A potem film zamienił się w slasher. Poetycki, ale jednocześnie krawawy i brutalny. Ciekawe przejście.

Mam problem z głównym bohaterem, bo ten po pogrzebie postanowi samotnie poszukać mordercy i z tą zapłakaną, delikatną twarzą zrobi istną rzeź. W takim momencie nie wystarczy po prostu powiedzieć "oszalał po stracie", szczególnie kiedy bohater okazuje się być... przepakowany? Broń biała, walka wręcz, skradanie, parkour... Jest coś, czego on nie umie? Jasne, jest Azjatą, ale są chyba jakieś granice? Szczególnie, że nawet o część z nich bym nie podejrzewał bohatera którego spotkałem na początku.

Ale to jedyny zarzut, może obok zbyt szybkiego odkrycia kto jest mordercą. Film jest dynamiczny, pomysłowy, klimatyczny, ma udane zakończenie a sceny walki nieraz sprawią, że odwrócicie wzrok. Plus rewelacyjne efekty specjalne.


7/10.
http://rateyourmusic.com/film/악마를_보았다/

Lost, sezon 4 | odcinki 1-4

4x01: "The Beginning of the End". Co jest złe w tym odcinku, to brak wyraźnego początku nowego sezonu. To wygląda jak zbyt bezpośrednia kontynuacja sezonu trzeciego, w którym w zasadzie przypomina się tylko wydarzenia poprzedniego odcinka. Nie ma tu zbudowania bazy na podstawie przypomnienia wydarzeń z całego sezonu - jest tylko powiadomienie o śmierci Charliego i jego wiadomości. Coś co pojawiło by się i tak właśnie w następnym odcinku po poprzednim. Nie trzeba było rozdzielać tego sezonami.

Jasne, czwórka ma te flashforwordy i to go wyróżnia... Jednak brakuje tutaj właśnie tej wyrazistości, mocnego akcentu. Za taki może służyć wp*zd Hugo w stertę owoców na tle plaży i jego okrzyki "JESTEM Z OCENIAC SIX!"... Ale to wcale nie jest aż tak mocne jak być mogło. Drugi sezon miał otworzenie przed widzami włazu, trzeci otwiera przed nim Innych, czwarty pokazuje przyszłość. Na pozór wydaje się tym najciekawszym, ale właśnie dzięki narracji to pierwsze (tzn. otwarcie drugiego sezonu) dawało największego kopa. Jest dobrze, ale mogło być lepiej, i to uznaję za "złe.

Bo reszta odcinka to orgazm. Jasne, brakowało czasu i prawdopodobnie jest tu za dużo łez, a idea Naomi która uciekła po śmierci jest głupia... No dobra, nie wszystko jest orgazmem. Te 40-kilka minut było sporym ograniczeniem, widać braki w historii które starano się jakoś zamaskować. Ale mimo to brakuje mi sceny w której Des opisuje, jak Charlie zginął, a potem Hugo bez tej wiedzy opowiada Claire jak Charlie umarł, następnie wykorzystując to zjawisko... Wszystko bardzo zręcznie i w ogóle, ale jednak brakuje wersji Direct Cut.

Naomi musiała jeszcze trochę pożyć by uspokoić swoich na statku, ale grubo przesadzono z tym. Drugi ślad dla zmyłki, Predator z drzewa? Oj, bo cofnę swoją dychę dla tego odcinka.

Bo dychę na koniec chciałem dać, owszem. Każde zdanie z tej właściwej części odcinka jest niesamowite. Flashforward Hugo rozgrywa się między teraźniejszością i zakończeniem trzeciego sezonu. Wtedy Jack pragnął wrócić na Wyspę i przekonywał do tego Kate, jednak teraz widzimy w nim normalnego człowieka który wrócił do zawodu ale na Wyspę nie wraca. I to Hugo go przekonuje, by wrócić, ten jednak stawia sprawę jasno a my zyskujemy pewność, że to się nie zmieni. Jednak wiemy, że się zmieniło... Jak?

Do tego sam początek FF - Hugo widzi ducha Charliego. To kolejny z tych dziwnych rzeczy w LOST, które w tym wykonaniu jak najbardziej akceptuję. Za pierwszym razem Hugo ucieka, policja go goni i trafia na posterunek gdzie znowu go widzi, więc wysyła się sam do szpitala psychiatrycznego - tam widzi go po raz trzeci, rozmawia z nim. Ten stara się go przekonać, by wrócił na Wyspę. Niesamowite.

Scena na posterunku, w którym policjant pyta Hugo czy znał Anę-Lucię. Nie? Jak to nie? Łączy się to z końcówką, w której Hugo wymijająco zapewnia Jacka, że nie wyjawi prawdy. Czyżby wszyscy zgineli? Czyżby tamci z łodzi ich zabili? Czyżby Locke miał rację? Czemu więc Hugo i Jack i Kate żyją? Nie powinni jej opuszczać, powinni wrócić... Oni wciąż żyją?

Plus ten Matthew Abaddon, człowiek-duch-mesjarz-terminator-CholeraWieCoJeszcze. Mistyfizm który otacza tę postać jest nie do przebicia nawet dla Locke'a. Tyle jest tu wspaniałych i fascynujących rzeczy, że to wręcz wydaje się nie do ogarnięcia !! 9/10.



4x02: "Confirmed Dead". Pierwszy (lub drugi, zależy od interpretacji 2x08) odcinek mają retrospekcję grupy zamiast pojedynczej postaci. Poznajemy grupę 5 ludzi którzy przybyli na Wyspę: Daniela Faradaya, fizyka który strasznie się rozpłakał gdy w wiadomościach zobaczyć wrak Oceanic 815. Milesa, który zajmuje się kontaktami z duchami (naprawdę). Charlotte, archeologa która odnalazła na pustyni szkielet niedźwiedzia polarnego z obrożą na której widniało logo Dharmy. Franka Lapidusa, który miał pilotować Oceanic 815 jednak zamienił się z innym pilotem a teraz widzi jego zwłoki w telewizji... I ma absolutną pewność, że to nie są jego zwłoki. Na koniec widzimy Naomi i Abaddona który wynajmuje ją, by zabrała wspomnianą czwórkę ludzi na Wyspę, zaznaczając przy tym, że nikt nie przeżył z Oceanic 815. Na pewno.

Ta czwórka rozbiła się po całej Wyspie i trochę zajmie ich odnalezienia, przy okazji nastąpi konfrontacja dwóch obozów Zagubionych: jedni chcą uciec z Wyspy (Jack, Juliet, Sayid), drudzy chcą zostać (Locke, Ben, Claire).

Mamy wiele świetnych scen, w tym rewelacyjną sekwencję Charllote zawieszonej nad rzeką. Nowych bardzo fajnych bohaterów. Kilka świetnych ujęć panoramicznych na szczytach Wyspy, kilkanaście rewelacyjnych tekstów (po prostu dam link do nich: http://pl.lostpedia.wikia.com/wiki/Cytaty_z_sezonu_czwartego... ). Ben przy pierwszej okazji zastrzeli Charllote, jednak okaże się, że ta była na to przygotowana, a uratowanie rozbitków nie było ich podstawowym celem. Po pierwsze, mają znaleźć Bena Linusa.

Ma odpowiedzi! Więc... czym jest czarny dym? Nie wie. Ale wie wszystko o nowo przybyłych. 8/10.




4x03: "The Economist". Ludzie narzekają, że na Wyspie mają coś za czyste włosy a tu proszę jaka różnica między uczesanym Sayidem grającym w golfa na Seszelach a biegającego z kręconymi włosami po dżungli. Było to widać też po makijażu Kate w 3x23, który robi sporą różnicę. Więc taki plus poza tematem, że pomimo ugłaskania realizmu na potrzeby przyjemnego patrzenia na rozbitków, to po wydostaniu się z Wyspy czuć, że teraz żyją w lepszych, cywilizowanych warunkach. Dobry kontrast.

Najłatwiej mi zacząć od FF, czyli Sayida pracującego jako zabójca na zlecenie Bena. Po pierwsze - Bena?! Po drugie: Czyli Ben wchodzi w skład Oceanic Six? Trzecie: Pracuje dla Bena. W tym samym odcinku (w teraźniejszości) powiedział, że najpierw sprzeda duszę diabłu nim dla niego zacznie pracować. Co się stało pomiędzy tymi dwiema płaszczyznami czasowymi? Teraz chcę się dowiedzieć tego jeszcze bardziej.

W teraźniejszości jest kilka błędów, jak Sayid pytający czy helikopter poleci (o czym sam się upewnił w poprzednim odcinku) lub wątpliwy plan Locke'a by wykorzystać Hugo - skąd miał pewność gdzie pójdzie Sayid (mógł pójść do Bena na przykład) lub że usłyszą Hurleya? Niemniej, jest dobrze - poznajemy skrytkę Bena (łapka w górę kto uwielbiam sekretne pokoje? :D) oraz słuchamy rozmowy między Kate i Jamesem ("Jak długo będziemy mogli bawić się w domek?; Przekonajmy się"). Daniel robi eksperyment którym wykazuje, że... Wyspa przenosi się w czasie? 8/10.




4x04: "Eggtown". Dziwny tytuł...

Trochę niezręczna teraźniejszość w której Kate postanawia zostać z Locke'iem tylko po to by dowiedzieć się, czy ci ze statku wiedzą kim ona jest. A skoro wiedzą, to nara do Jacka... Czyli chce być uratowana i pójść do więzienia? Nie łapię...

W przyszłości jednak zostaje uratowana i jest proces w jej sprawie. Dzięki wycofaniu się jej matki z zeznań Kate wygrywa, dostaje tylko 10 lat w zawiasach za morderstwo i uciekanie przed policją cholera wie ile. Hmm... Ale za to mamy historię Jacka o tym, że 22 września 2004 roku z katastrofy uratowało się tylko 8 osób. To byłby ciekawy motyw, ale Kate rozwiewa wątpliwości: to kłamstwo... choć przekonywujące.

Kolejnym z Oceanic Six zostaje Arron... A co z Claire? I czemu Kate mówi do młodego synu? Mimo że na Wyspie nie chciała mieć dziecka i w ogóle się do tego nienadawała?
Poza tym Locke jest zagubiony i nie wie co robić dalej. Miles szantażuje Bena o kwotę 3,2 miliona dzięki której okłamie swojego pracodawcę, iż Ben nie żyje.

A Sayid z Desmondem wylecieli wczoraj, ale do dziś jeszcze nie dolecieli na statek... Generalnie, co chciano w tym odcinku osiągnąć to wyszło idealnie: dzięki tym wszystkim porównaniom "dzisiaj" i "jutro" widz nie może się doczekać wyjaśnienia co się wydarzyło i jak doszło do zdarzeń z przyszłości. Jednak teraźniejszość jest już nieporadna sklejka różnych scen. Niemniej, odcinek bardzo dobry. 8/10.

środa, 8 sierpnia 2012

OAZA

Drama, 2002


Nie tylko oni nie są przystosowani do nas, ale też my do nich

Ten film wymagał jaj, naprawdę. Nie był łatwy w oglądaniu, uprzedzam. Sam oglądałem go na raty, i choć drugą połowę obejrzałem za pierwszym podejściem to nie była to wcale pewna decyzja. Jest to film z tych, których oglądanie potrafi zaboleć, a nawet... zawstydzić. Hm.

Zacznijmy od tego, o czym to było: chłop zaczyna nawiązywać kontakt z dziewczyną. On niedawno wyszedł z więzienia i jest trochę jakby skrzyżowaniem typowego Wietnamczyka ze stadionu z dresem z bloku. Ręce w kieszeni, cały czas pochylony, wciąż wyciera nos i ma problem ze skonstruowaniem zdania. Typ głupka który wpakuje się w problemy najdalej za godzinę. A ona... ma porażenie mózgu (za opisem filmwebu, nie pamiętam czy w filmie wyjaśniono co jej jest).

Tutaj zaczynają się schody - chora osoba i w pełni potraktowanie tematu na serio. Ten temat mógł przerosnąć wielu, ale nikt nie spietrał ani nie poszedł na skróty. Każdy w tym film podołał, nawet licząc ze statystami. Bo Gong-ju jest pierwszą tego typu postacią w kinematografii, dzięki której byłem wręcz pewien, że poznałem kogoś niepełnosprawnego. Kogoś, kto ma naprawdę problem z czymś normalnym, jak choćby wyprostowanie palców. Samo przebywanie obok takiej postaci rodzi problemy, a co dopiero kręcenie z nią filmu. Trzeba było mieć jaja, by to pociągnąć do końca.

Druga sprawa, czyli intencje zakochanych. Gdy Jong-du pierwszy raz nawiedzi Gong-ju to dojdzie prawie że do gwałtu. On przerażony ucieknie, a ona po wszystkim do niego zadzwoni. Wszystko to było dla mnie oczywiste, czemu on jej zaniósł kwiaty, czemu w ogóle chciał nawiązać z nią znajomość, czemu ona zadzwoniła. Tu nie ma lamerstwa ("Och, to miłość, kto ją zrozumie") ani dziecinady ("miłość to takie różowe i miłe, ooo"). Gówno, ten film jest zbyt dojrzały na takie zagranie i wie, dlaczego jego bohaterowie robią to co robią.

Co by dalej napisać... Scenariusz jest bardzo precyzyjny i pomysłowy, jest nawet pewien twist fabularny, narracja jest bardzo filmowa, a z czasem pojawia się coraz więcej podobieństw między bohaterami takich nie do końca oczywistych. Obie zostały wykorzystane dla przykładu, obie były traktowane niemal tak samo podczas ważnego momentu filmu, obie żyły w swoim świecie. Na koniec bohater robi coś dziwnego w środku nocy, policja przyjeżdża i się go pyta "Co robisz?". A on odpowiada, co robi. Tylko tyle. Bo to w jego świecie była pełna odpowiedź, podczas gdy w naszym świecie odpowiedzią byłoby wyjaśnienie tego co robił.

Efekty specjalne. Tak, są użyte w tym filmie, i to w sposób któremu nawet ich najwięksi przeciwnicy przyklasną. Są aż tak dobre. Szczególnie te uzyskane bez użycia komputerów. Więcej nie zdradzę, magia!

Ogólnie to film zabiera w inny świat którego pewnie z 99% ludzi nigdy nie odwiedziła i jest z tego zadowolona. Ten film to zmienia w dosyć brutalny sposób, nie dając wyboru tylko zmuszając do refleksji zawartej w tytule tego tematu- i to tylko jej początek. Ten film daje przyjemność, ale tylko taką jaką daje obcowanie z dobrym kinem.


8/10
http://www.youtube.com/watch?v=49OFrzLHl74
http://rateyourmusic.com/film/오아시스/