poniedziałek, 31 grudnia 2012

MAKE WAY FOR TOMORROW

Drama & Romance, 1937


Kolejny film o staruszkach. Bez efekciarstwa i "mocnych" uderzeń w postaci chorób i śmierci. Nie potrzebował tego. Ale na początek - miał być z gatunku "Christmas", a tego nie ma. Czasem w tle widziałem jakiś śnieg, ale poza tym to nie jest ten gatunek. Wracając do filmu - babcia z dziadkiem tracą dom, więc każde z nich musi zamieszkać z innym potomkiem. Oddaleni o 300 mil sprawiają kłopot swoim pociechom.

I to w zasadzie tyle. Niepokojące jest, jak bardzo to wszystko aktualne. Prawie 80 lat minęło, a bohaterowie zachowują się jak dzisiaj. Ci którzy obejrzeli ten film podczas premiery, dziś już nie żyją, a ich dzieci zamienili się sami w takich dziadków... Radio się zmieniło, telefony się zmieniły, nie ma już czarnej służby, ale to tylko otoczka dla reszty, która najwyraźniej jest taka sama. Dziwne uczucie.
Nie będę za dużo mówił, bo na pewno znacie to z własnego życia. Jak odbierają telefon i mówią tak głośno, że wszyscy wokół zamierają w niezręcznej ciszy - i tak dalej. Jest atmosfera niezręczności, wszyscy starają się mówić półgębkiem i kombinują, jak by tu coś zrobić jednocześnie nie urazić papy i mamy. Jest gorzko, bo prawdziwie. Na trzecią część filmu ten realizm zmienia się w cukierkowość, gdy starsi spędzają razem czas i wszyscy których spotkają są dla nich bardzo mili. Mogłem kupić jeszcze tego sprzedawcę aut i barmana, ale dalej już tak nie można. Są granice, i je przekroczono.

Co ciekawe, na ostatnie kilka minut znów powrócono do realizmu, uzyskując najsilniejszy efekt. Niczego nie zdradzę, choć jak już wspomniałem: nie ma śmierci ani innych wielkich rzeczy. Użyto małych słów w małej scenie. Ale całość mnie bardzo poruszyła. Wtedy właśnie pomyślałem, że to jednak naprawdę dobry film. Piękne, skromne zakończenie. Kto wie, czy nie na zawsze.

Przeszkadzała mi trochę dykcja aktora grającego dziadka. Parę razy próbowałem zignorować napisy i wsłuchać się w to co mówił... I nie bardzo się dało, naprawdę. Oglądałem z angielskimi, polskich nie ma.


7/10.
http://rateyourmusic.com/film/make_way_for_tomorrow/

sobota, 29 grudnia 2012

STOP MAKING SENSE

Concert, 1984


Jest to zapis precyzyjnie zaplanowanego i wspaniale wykonanego koncertu Talking Heads. Zaczynamy od butów dziwnego gościa wychodzącego na parkiet z odtwarzaczem kaset. Wychodzi na środek i bit zaczyna lecieć. Spoglądamy w góre - ma gitarę, po chwili zaczyna grać "Psychokiller". On, akustyk i ten bit, nic więcej, scena wielka i pusta. Ujęcie zza pleców, widzimy w końcu publiczność. Takie moje zastrzeżenie - za rzadko ją widzimy. 95% filmu to tylko scena, całość mogła właściwie być nagrana w studio a publiczność wstawić tylko do kilku momentów.

Ale reszta to świetne widowisko. Nawet dla mnie, kogoś kto przesłuchał dwie płyty TH i nic nie poczuł. A tutaj półtorej godziny słuchało się - i przede wszystkim oglądało - znakomicie. Świetne uczucie, tak patrzeć jak to wszystko działało i rozrastało się z piosenki na piosenkę, a wokalista dawał z siebie coraz więcej i więcej. Zaczynamy od bitu i akustyka, w drugiej piosence dochodzi kobieta na basie, w trzecim kawałku pan na perkusji (są kółka kamery wokół niego!) i tak dalej. I to wszystko bez większych przerw, wszystko jest dokładane w czasie trwania poprzedniej piosenki.

Obejrzałem i świetnie się z tym czuję.


7/10.
http://rateyourmusic.com/film/stop_making_sense/

niedziela, 9 grudnia 2012

SKYFALL

Spy & Action, 2012


Recenzja bez opisu fabuły. Deal with it.

Bond jadąc na motocyklu uderza w murek nad mostem, wylatuje w powietrze by wylądować na przejeżdżającym niżej pociągu. Oczywiście "wylądować" oznacza złapać się jedną ręką w ostatniej sekundzie i następnie się wdrapać. Przeciwnik twardo ostrzeliwuje naszego bohatera, ten więc nie ma wyjścia - musi skorzystać ze stojącej akurat obok koparki która również jedzie tym pociągiem. Przeciwnik jednak nie daje za wygraną i odłącza wagony - Bond wbija łopatę koparki w dach wagonu i przebiega po jej ramieniu by w ostatniej sekundzie wskoczyć na pociąg - podczas gdy reszta, łącznie z koparką i oderwanym fragmentem wagonu, turla się z tyłu w najlepsze. A nasz protegowany jedynie poprawia krawat i biegnie dalej.

Jakieś 10 minut później stwierdziłem, że właśnie obejrzałem najbardziej intensywne, trwające 17 minut otwarcie w kinie w 2012 roku. Sceny akcji w "Skyfall" naprawdę są wykonane na wysokim poziomie. Zróżnicowane, ciekawe, trzymające w napięciu. I bardzo kreskówkowe. Jest taka scena, w której Bond dopada tego, kogo ścigał. Ten naciska guzik i robi dziurę w dachu. Bond zdziwiony: "To było dla mnie?". I słyszy: "Nie... ale to tak". I przez dziurę wjeżdża wagon metra. Świetne! Ale przerysowane zdrowo.

Jednak większość seansu to wyczekiwania na kolejne sceny akcji. Również dlatego, że jako jedyne w filmie są w pełni oryginalne. To co jest między nimi dosyć szybko przywołuje z pamięci takie filmy jak "Avengers", "Czas Apokalipsy" lub Nolanowską trylogię Batmana (również pod względem muzyki). Nie są przez to jednak złe, większość jest nawet w porządku... I tylko tyle. Wyraźnie odstają od walk lub pościgów, które są intensywne i świeże. Cała reszta ma swoje mniejsze lub większe bolączki. Jest chaos w części scen, np. Bond ściga kogoś, traci trop, jego cel ucieka... Cięcie, nowe pomieszczenie, Bond już znowu jest na tropie, nie wiadomo jak i skąd. Jest wątek wyczerpania bohatera, widzimy jak nie daje rady na początkowych testach sprawności, trafia pół metra od celu i tak dalej. Dalej w akcji widzimy jego zmęczenie lub wachanie czy podoła. I to tyle, wątek ten znika nie bardzo nawet wiem kiedy.

W końcu zostaje przeciwnik Bonda, tajemniczy nieznajomy. Z początku sprawia wrażenie najlepszego elementu filmu, bardzo opanowanego i hipnotyzującego, mającego bardzo mocne motywacje by robić to co robi. Nawet nie przeszkadza, że jego zachowanie jest trochę zbyt "różowe". I nic. Absolutnie nic. W konfrontacji z Bondem, bohater filmu okaże się zbyt jednowymiarowy by podjąć dyskusję lub sprawdzić, czy może jego wróg ma rację. Nie robi nic, niczym robot bez słowa wykonuje swoją robotę do końca. Również pozostawiony samemu sobie, zawaha się bez powodu gdy będzie mógł zrealizować swój cel, a na koniec pójdzie w schemat, czyli: na ślepo będzie strzelać by zabić, przywiezie helikopter i bomby, a w sytuacji sam na sam z bezbronnym Bondem... właściwie nic nie zrobi.

Jeśli oczekujecie scen akcji, będziecie bardzo zadowoleni. Jeśli oczekujecie równego filmu, wtedy jest już gorzej, bo jeśli się wgryźć w intrygę lub cokolwiek innego poza scenami akcji, to na dłuższą metę funta kłaków to nie jest warte.


7/10.
http://rateyourmusic.com/film/skyfall_f1/

PS. Ostatnie 30 minut to porażka, z zastawianiem pułapek w stylu Kevina, teorią "Idźmy na drugi koniec świata, film musi trwać jeszcze pół godziny dłużej!" i kaleczeniem tego, co do tej pory było dobre.

piątek, 7 grudnia 2012

COMMUNITY / Top 10 odcinków, part II

Miejsce 5:
"Studies In Modern Movement" (3x07) - 9/10.
Widok Troya przywalającego Abedowi opakowanego w folię bombelkową. Wystarczyłby. Jak jasna cholera, wystarczyłby.

Ale to, czym ten odcinek jest, to przedstawienie cieni które Abed z Troyem wykonują dla Annie, gdy ta się do nich przeprowadziła. Cofnięcie widza w rejony dziecięcej wyobraźni, nawet jeśli ten jej nigdy nie miał. A nawet więcej: to taka wyobraźnia, ale zachowana wewnątrz do wieku dojrzałego. I to jest w tym piękne. Absolutnie.

Przyznaję, przez większość czasu jest to typowy odcinek "Community", który zapamiętam głównie z powodu jednego żartu lub sceny, i potem nawet nie będę umiał przypasować tej sceny do konkretnego odcinka. Wątek z Jeffem jest monotonny, Pierce podobnie. Jezus w aucie Britty nieśmieszny. Zostaje tylko Annie w mieszkaniu. Ale to co jest tu dobre, jest bardzo dobre. Szczególnie zakończenie. Kiedyś przy okazji któregoś odcinka pierwszej serii stwierdziłem, że "zaczynam lubić bohaterów również za wybory których dokonują". Tu jest tego najlepszy przykład: Annie stawia ultimatum - albo ona, albo dreamatorium. I oni wybierają właściwie. Bez żadnych poświęceń własnych wartości czy innych bzdur.

A na koniec Jeff opłakuje Koniobota 3000. *-*



Miejsce 4:
"Virtual Systems Analysis" (3x16) - 9/10.
Incepcja w czterech ścianach. Troy idzie z Brittą na obiad, więc Abed idzie do Dreamatorium z Annie, jednak zabawa w wyobraźni nie działa. W końcu Annie zmieni ustawienia Pokoju czym psuje Abeda, który upada a po przebudzeniu twierdzi, że żaden Abed nie istnieje. Annie wyrusza w podróż by go odnaleźć.

I tak, Abed dosłownie to stoi tuż przed nią. Wszystko rozgrywa się w małym pokoju wyłożonym greenscreenem. A mimo to pod koniec można się zgubić w tym, kto kim jest i o co chodzi. I mówi to człowiek, który zrozumiał "Incepcje" :)

Jednym słowem wracamy do przedstawienia cieni z odcinka w którym Annie się przeprowadzała. Wracamy na teren dziecięcej wyobraźni zachowanej w dorosłym człowieku. Atrakcją odcinka jest poznanie bliżej obu tych bohaterów, a widok zakutego w kajdanach Abeda jest naprawdę dobijający - i szczery. Serial ponownie miesza prawdziwy świat do tego swojego, radosnego. Przez chwilę staje się poważniej, by następne żarty śmieszyły bardziej. Choć już nigdy nie spojrzę na Abeda tak jak wcześniej.

Było najpierw 10/10, ale stwierdziłem, że wyżej stawiam miejsce trzecie, więc ocena też musiała spaść.




Miejsce 3:
"Abed's Uncontrollable Christmas" (2x11) - 9/10.
Wielokrotnie tu wspominam o kreskówkowości, ale ten odcinek dosłownie jest kreskówką. W imię stworzenia najlepszego odcinka świątecznego od czasu tego z Tomem i Jarrym, o poszukiwaniu znaczenia Świąt. Masa żartów czwartej ściany, masa nawiązań do innych filmów ("A.I", "Polarny Ekspres", remake "Willy Wonki" od Burtona), dwie piękne piosenki i masa zabawy. Kto chciał po tym odcinku upiec ciasteczka świąteczne?
I nie oglądajcie tego odcinka wcześniej niż listopad. Poprzedni odcinek świąteczny jeszcze rozgrywał się 10 grudnia w USA, nie było śniegu i było całkiem słonecznie. Tutaj już czuć klimat świąt od pierwszej klatki.



Miejsce 2:
"Remedial Chaos Theory" (3x04) - 10/10.
"Troy i Abed w nowym mieszkaniu!". I z tej okazji zapraszają resztę bandy. Podczas gry w portorykańskie szachy przychodzi pizza i ktoś musi po nią zejść. Wszyscy w tym samej chwili się zaklepują, więc Jeff bierze kostkę i decyduje: "zaczynając od mojej lewej ile oczek wylosuję ta osoba idzie". Tworzy się sześć różnych linii czasowych w których kto inny schodzi po pizzę.

Żeby było jasne: sześć różnych historyjek zbudowanych na nieobecności jednego z paczki. Wszystkie na tyle krótkie by mogły się rozegrać w krótkim czasie potrzebnym by zejść na dół, odebrać pizzę i wrócić. Do tego ograniczenie całości do niecałych 22 minut. A twórcy poszli o wiele dalej.

Każda wersja zdarzeń jest zupełnie inna w skutkach i właściwie nawet rozwala cały serial na sześć różnych wariantów - do tego wrócę. Świetne jest to, że każda z historyjek jest jednocześnie oddzielna ale i dokłada coś od siebie do następnych, np. geneza trolla wyjaśniona jest w jednej a wykorzystano to w dwóch innych. Broń wprowadzono w jednej, wyjaśniono w drugiej a wykorzystano w trzeciej. Niesamowite.

Do tego jest rewelacyjne budowanie tempa i napięcia do wariantu bez Troya. Najdziksze i najszybsze 60 sekund jakie zobaczycie na ekranie. Zapewniam, że za pierwszym razem nie zdążycie zobaczyć co się tam stało i obejrzycie to jeszcze raz od początku. A gdy wydaje się, że nic gorszego już się nie wydarzy, Jeff wysyła po pizzę Abeda i zdarza się... to.

Kto by pomyślał, że "Community" potrafi być tak dramatyczne. Nakręcone kreskówkowym stylem, mnóstwem żartów i przesadzone, ale mimo wszystko konsekwentne w życiowy sposób. Do tego to co uwielbiam w tym serialu, czyli wprowadzenie przeszłości bohaterów. Tym razem choćby Pierce okazuje się przeżywać (nadal) koniec wspólnego mieszkania z Troyem i jest zazdrosny o Abeda. A na koniec dostajemy odpowiedź na pytanie: co jest właściwą linią czasową? Jednym słowem: wybitny pomysł wykonany w wybitny sposób.



Miejsce 1:
"Cooperative Calligraphy" (2x08) - 10/10
Apogeum żartów czwartej ściany, pomysłowości i najlepszego wykonania wszystkiego na każdym poziomie. Cały odcinek rozgrywa się w jednym pokoju, który bohaterowie już mają opuścić kiedy Annie odkrywa, że zginął jej długopis. Kolejny podrząd, więc ma tego dosyć, i nikt nie wyjdzie póki ten się nie znajdzie. Niewinny początek tylko podkreśla wszystko, co się zaraz stanie. Szukają pod spodem i wokół stołu, długopisu nie ma. Zaczynają rozważać, że ktoś go zabrał... tylko kto? Zaczynają się nawzajem podejrzewać, a każdy starając się załagodzić sytuację i uspokoić pozostałych staje się tylko bardziej podejrzanym. Barykadują drzwi, przewracają wszystko do góry nogami. Po kolei pękają kolejne bariery, bohaterowie popadają w coraz większy obłęd z jednej strony podejrzewając wszystkich, z drugiej się tego wstydząc, nie wierząc w to co się dzieje. A długopisu nadal nie ma. W finale bohaterowie pogrążeni są w czterech ścianach, które sami zbudowali. Nikt nie może wyjść, bo wtedy do końca życia będą się podejrzewać i piekło które przeżyli tego dnia - bycie podejrzewanym przez przyjaciół jednocześnie ich podejrzewając - będzie mogło się powtórzyć. Co zrobić? To coś więcej niż niezrozumiała Kafkowska sytuacja bez wyjścia. Do cholery, chodzi o długopis! Przez to całość jest tak surrealistyczna, podczas gdy cała reszta jest całkowicie wiarygodna psychologicznie i tak dalej.

To nawet nie brzmi jak odcinek serialu komediowego, prawda? I tutaj jest największa niespodzianka: śmiałem się cały czas. Bo "Community" opanowało do perfekcji napędzanie dramatyzmu za pomocą żartów, do końca utrzymując w każdej sekundzie element kreskówki. Są teksty Jeffa ("To mój długopis" gdy Britta chciała dać Annie własny długopis, i "Właśnie stałeś się moim bohaterem", gdy Troy dał mu swój plecak do przeszukania i okazało się, że trzyma tam wyłącznie poduszkę). Są żarty Pierce'a ("Statystycznie, to Troy zabrał długopis"), są tyrady Britty o Guantanamo i 1984, gdy zaczeło się przeszukiwanie torebek, a na końcu okazuje się, że Abed dla wygody wyznaczał sobie cykle menstruacyjne dziewczyn w grupie (Pierce: "Właśnie stałeś się Moim bohaterem"). I elementy fabuły całościowej, czyli okazuje się, że Shirley miała owulację w Halloween.

czwartek, 6 grudnia 2012

COMMUNITY / Top 10 odcinków, part I

Miejsce 10
"Anthropology 101" (2x01) - 9/10.
Z miejsca polubiłem ten odcinek, a wtedy to była najwyższa oceną jaką dla serialu dałem. Drugi rok studiów, kontynuacja zakończenia Britty z poprzedniego sezonu. Teraz okazuje się, że jej wyczyn był odebrany w pozytywny dla niej sposób - staje się idolką. I robi z siebie idiotkę, by być dalej uwielbianą.

Cholernie spodobała mi się jej rywalizacja z Jeffem w tym odcinku, gra bez żadnych reguł, z rewelacyjną kłótnią w środku, Abedem organizującym ślub w 40 sekund, wytrzaskującym skądś Irlandzką śpiewaczkę... i morałem, że najważniejszy jest szacunek... (A nie, bo transformers z patyków! xD) Rewelacja...



Miejsce 9
"Curriculum Unavailable" (3x19) - 9/10.
Swoisty "The Best of" do którego wszedł Dave z "LOST". Najbardziej fabularny z odcinków "Community", budzący uczucie "chcę zobaczyć, co będzie dalej!". Z jednej strony odcinek kontynuuje wcześniejsze wątki, z drugiej mogę co nieco ujawnić: w skrócie Abed zostaje skierowany na terapię do psychiatry, a zabiera się z nim reszta paczki. Po kolei, zaczynając na dziwnościach Abeda, poprzez dziwności pozostałych, kończąc na tym, że to Greendale zrobiło z nich wariatów. Wszystko zobrazowane zupełnie nowymi gagami, bez żadnej fabuły, feeria 10-sekundowych żartów. Śmiech non-stop bez żadnych przerw. Cudowne.

I trach, na koniec staje się poważnie. I tak jak pojawienie się Dave'a w "LOST" mogło oznaczać koniec fabuły i wielki finał z zaskakującym twistem. Ale na szczęście jest tylko okazją do kolejnych żartów czwartej ściany... które wydają się za mocne, jakby celowali w coś więcej. Gdy słyszę Garretta mówiącego "Chcę zobaczyć co się stanie, gdy zabiorę im długopis", czuję się jakby twórcy łamali coś jeszcze poza czwartą ścianą.

Zmiana czasu i reakcja Abeda, Troy krzyczący: "Dobre wieści! Wydałem wszystkie swoje pieniądze!" oraz Jeff mówiący: "Niech mi ktoś pomoże poprawić nastrój".



Miejsce 8
"Conspiracy Theories and Soft Defenses" (2x09) - 9/10.
Dziekan odkrywa, że Jeff uczęszcza na zmyślone przez siebie zajęcia z teorii konspiracji. Jeff jednak upiera się, że mówi prawdę, więc idą do sali prof. Profersorsonna. A tam ku zaskoczeniu Jeffa naprawdę go spotykają. Jeff zmyślił te zajęcia, ale skąd... ten facet... i do tego miał legitymację?

To ten odcinek, który wydaje się, że będzie na poważnie, ale jest kreskówkowy do końca. Nawet jak na koniec wszyscy giną i wymiana zdań w ciągu 15 sekund przebija stopniem skomplikowania "Incepcję" to i tak śmiałem się zdrowo. Tego nie dało się brać na serio. Przynajmniej nie dłużej niż przez 15 sekund.

A Abed z Troyem mają to gdzieś i budują fort z koców, który zaczyna żyć własnym życiem. Czołówka pomysłów tego serialu, przez który chce się wejść w ekran i tam zamieszkać.



Miejsce 7
"Intermediate Documentary Filmmaking" (2x16) - 9/10.
Uwielbiam świrów. A tutaj jedna postać ześwirowała na tyle, żeby innych doprowadzić do szaleństwa. I to jeden z tych przypadków, gdy warto byłoby obejrzeć kilka poprzednich odcinków by ogarnąć akcję tego.

Pierce leży w szpitalu i twierdzi, że umiera od przedawkowania leków. Zaprasza więc przyjaciół by się z nimi pożegnać (Troy: Żegnać? Czyli zamierzasz nas zabić?!). Abed kręci o tym dokument m.in. wyjaśniając na wstępie, że Pierce wcale nie umiera, chce tylko zemścić się na przyjacielach. Więc się zaczyna...

Każdy plan polega w jakimś stopniu na zniszczeniu psychicznym, i to na poważnie. Wszystko oczywiście owocuje mnóstwem żartów (choćby sceny w których Jeffowi "odwala") ale jednak nie można ukryć, że sytuacja z czasem staje się coraz poważniejsza. Nie tylko wraz z oczekiwaniem na przyjazd ojca Jeffa, ale też gdy okazuje się, że Pierce naprawdę ich przejrzał i uderzył gdzie miał zamiar.

Plus konwencja dokumentu która wcale nie jest jej parodią, chociaż z niej żartują. Wiele żartów czwartej ściany, wiele nowych rzeczy o bohaterach, świetne zakończenie tej "trylogii złego traktowania Pierce'a".



Miejsce 6
"Modern Warfare" (1x23) - 9/10.
Dosyć oczywista pozycja. Pierwszy odcinek w którym twórcy poszli na całość idąc w kreskówkę jak to tylko możliwe przy pracy z żywymi aktorami. Rozpoczynając na szalonym pomyśle brutalnego turnieju paintballa w którym wszyscy walczą jakby byli na polu walki i dzierżyli prawdziwe spluwy. Jest genialny wstęp z Jeffem który idzie się zdrzemnąć do auta, a gdy po godzinie się budzi widzi istne pobojowisko, jakby właśnie nadszedł koniec świata wg Emericha (wszystko w jednym ujęciu!). Potem mamy Abeda skaczącego od ściany nad Jeffem by go uratować, Troya zachowującego się jak typowy czarny w filmach wojennych ("Łi foć'ju ded, men!"), Britta robi wślizg między nogami Jeffa... i tak dalej aż do końcówki, w której wybucha bomba atomowa. Poszli na całość, i to w wielkim stylu.

wtorek, 4 grudnia 2012

SIEDMIU PSYCHOPATÓW

Black Comedy & Buddy, 2012


Podobał mi się. Ale oczekiwałem więcej i bardziej. Nie pomaga tu zwiastun filmu w którym widz znajdzie najlepsze sceny, z najlepszymi dialogami i największą dawką śmiechu. Wyjdzie z kina niezadowolony z faktu, że film jako całość prezentuje poziom co najmniej o dwie klasy mniejszy...

Początek jest obiecujący - widzimy kilka różnych scen których połączenie z początku nie jest jasne. Widzimy jednego człowieka zabijającego dwóch innych, po chwili pojawia się jego tytuł: Psychopata #1. Wspomnienie o tym znajduje się w gazecie którą Marty czyta. Marty jest scenarzystą, właśnie tworzy film o tytule "Siedem Psychopatów" i wymyśla tytułowe postaci. Kilka scen później widzimy brutalną scenę opowiedzianą przez Marty'ego i podpis: "Psychopata #2". Wiemy, że to jest postać do filmu. Powiedziane jest to wprost. Jest jeszcze wątek przyjaciela scenarzysty, Billy'ego, który wraz z Hansem zajmuje się porywaniem psów które oddaje właścicielom pod przykrywką "znalezienia ich" i odbieraniem za to sporej nagrody. Jak te elementy połączą się w spójną fabułę? Czekałem na to i byłem zaskoczony, nawet kilka razy.

To były te najlepsze momenty filmu. Bohaterowie byli naprawdę ciekawi, dalogi były coraz lepsze, całość była zabawna. Niestety, szybko się okazało, że historia jest prosta jak Mass Effect 2 i to najbardziej zaszkodziło całości. Jest zbyt banalna, zbyt nudna. Bohaterowie starają się to urozmaicić, ale nie bardzo im to wychodzi. Koniec końców strukturę film łatwo streścić: najpierw jest oczekiwanie do konfrontacji, następnie konfrontacja i koniec filmu.
Tych psychopatów nawet nie ma siedmiu, tylko sześciu. Inny jest tylko wymysłem Marty'ego. Tom Waits z kolei ma dwie i pół sceny, które w zasadzie można by wyciąć z filmu i nic by się nie zmieniło.

Film posiada wiele mocnych krwawych scen, świetnie zresztą nakręconych. Ma kilku dobrych bohaterów i parę świetnych dialogów, przez cały seans mimo wszystko będziecie się uśmiechać nawet jeśli to nie będzie zbyt szeroki uśmiech - szzczególnie, jeśli lubicie żarty czwartej ściany. Ale nie oczekujcie za wiele. Jest nieźle.


6/10.
http://rateyourmusic.com/film/seven_psychopaths/

poniedziałek, 3 grudnia 2012

COMMUNITY

COMMUNITY
Sezon 1-3, 2009-11


"We're gonna fly to school each morning, we're gonna smile the entire time..."

"South Park" i "Scrubs" łączy jedna cudowna cecha: uniwersalny świat, w którym wydarzyć się może absolutnie wszystko, a jedynym ograniczeniem jest wyobraźnia twórców. W obu produkcjach jednak podchodzono do tego z innym nastawianiem - z jednej strony jest Bill Lawrence, któremu udało się połączyć to z naciskiem na realistyczną stronę całości. Rozumiem przez to, że główni bohaterowie naprawdę wykonywali swoją pracę, leczyli pacjentów,
dorastali i dojrzewali. Duet Trey Parker & Matt Stone postanowił na absolutną umowność - trójka głównych bohater już bodaj 10 sezon chodzi do czwartej klasy (nie pamiętam, w której serii zdali z trzeciej), kosmici pojawiają się przynajmniej raz do roku a Jezus żyje i ma się całkiem dobrze. "Community" połączyło oba te style.

Akcja serialu rozgrywa się na Uniwersytecie Greendale. W tym miejscu zdarzyć się może wszystko a uczniowie - mimo chodzenia na wykłady i tego, że wszystko zaczyna się od założenia grupy uczącej się wspólnie Hiszpańskiego - nigdy tak naprawdę się nie uczą a scen rozgrywających się w czasie lekcji jest zaledwie garstka. I wszystkie są umowne, a te właściwe (na poważnie) rozgrywają się w domyśle, z dala od kamery. Nie ma właściwie stresów związanych z egzaminami czy zarwanych nocy. Z pozoru wydaje się, że twórcy postawili na festiwal humoru i zbiór gagów bez fabuły, jednak bardzo szybko okazuje się, czym twórcy ją zastąpili: przeszłością bohaterów.

I nawet bez niej są wiarygodni, charakterystyczni i niezwykle szybko widz może się w ich mieszance zakochać. Są wśród nich m.in. Pierce, najstarszy w grupie, grany przez niemal 70-letniego Chevy'ego Chase'a, odpowiedzialny jest za żarty z dziedziny rasizmu, homoseksualizmu i seksizmu (a jest w tym absolutnie cudowny). Jeff, mój faworyt - ten który ma być "tym fajnym", ale ku mojemu zaskoczeniu on naprawdę jest fajny! Niezwykle sympatyczny, nieformalny przywódca grupy, mający zawsze najlepszy komentarz do całej sytuacji. Abed - człowiek incepcja, potrafiącym robić głosy, naśladować przyjaciół i sypać żartami czwartej ściany w ilości stanowiącej 3/4 całości serialu. W tle swoje trzy grosze wtrąci senor Chang, nauczyciel Hiszpańskiego któremu odbije najmocniej, lub dziekan o niepokojącej orientacji (wymienię tylko dalmatyńczyki). To co tu napisałem to niewiele, bo nie oddam tego, jak ci ludzie ze sobą współgrają w tworzeniu konfliktów, duetów, par i piętrowych żartów w niemal każdej rozmowie. To absolutne mistrzostwo świata i poziom dostępny tylko dla najlepszych - w kategoriach komediowych, oczywiście.

Każdy sezon to jeden rok akademicki zaczynający się jesienią i kończący na początku wakacji, w środku są odcinki halloweenowe, świąteczne, walentynkowe i coś tam wspomną o sesji. Nie ma tu większej ciągłości fabularnej, czasami tylko ktoś odwoła się do sytuacji z poprzednich odcinka (najprawdopodobniej będzie to złamaniem czwartej ściany). W środku tego wszystkiego jednak twórcy zaskakiwali mnie wprowadzając umiejętnie elementy dramatyczne, czyli wspomnianą przeszłość bohaterów. Pierce ma za sobą siedem rozwodów, Shirley samotnie wychowuje dwójkę dzieci, a historię pozostałych sami odkryjcie. Są one wplecione bardzo umiejętnie w całość, nie wychodząc ani razu przed szereg, jedynie jako uwiarygodnienie danej sytuacji, np. wyboru którego postać podejmuje (to również istotne: polubiłem ich za to, co wybierają i jakim wartościom hołdują. Przykładem mogą być zajęcia z antropologii i zadanie domowe w którym muszą uzasadnić, co jest najważniejsze dla przetrwania ludzkiego, i Jeff odpowiada: "Szacunek"). Dochodzi wręcz do sytuacji, że widz nawet i po obejrzeniu 60 odcinków dowiaduje się czegoś nowego o swoim ulubionym bohaterze, który na dodatek wciąż pozostaje spójną postacią. To spore osiągnięcie.

Ani razu nie jest to coś zamieniającego drastycznie całość lub spektakularnego, więc uspokajam: ten serial wywołuje łzy wyłącznie ze śmiechu. I jest w tym bardzo dobry. Twórcy zaskakują przede wszystkim pomysłami na kolejne odcinki - wspomnę tylko o budowaniu fortu z koców który zaczyna żyć własnym życiem, organizowaniu mafii w oparciu o dystrybucję kurczaków lub czyszczeniu statku kosmicznego który zostaje porwany. Po kolejny odcinek sięgałem również z ciekawości - co też twórcy przygotowali tym razem? I właściwie zawsze spełniali obietnicę czegoś niezwykłego.

Muszę też uprzedzić: pierwsze dwa odcinki bardzo mocno odstają od pozostałych. Bardzo mało w nich humoru, a bohaterowie są mocno inni od swoich późniejszych wersji. Pierce jest smutasem łażącym za innymi starając się, by go polubili. Jeff jest wyraźnie stylizowany na "tego fajnego", ale taki nie jest (jest dupkiem). Abed jest świrem w niezabawny sposób. Do kolejnych odcinków już zastrzeżeń nie mam, choć nie wszystkie idee twórców przypadły mi do gustu. Choćby granie w bilarda nago lub sesja RPG... Tych i dosłownie kilku innych nie wspominam dobrze. Z całością jednak mam właściwie same dobre wspomnienia. Ten serial ma potężną moc wywoływania uśmiechu - w moim przypadku pierwszego od wielu miesięcy. Sprawdźcie, czy zadziała również na was.


9+/10.