piątek, 25 stycznia 2013

BLIZNY PRZESZŁOŚCI

Drama, 1996


Billy Bob Thornton gra, pisze scenariusz a nawet reżyseruje całość. Wciela się w łagodnie niedorozwiniętego mordercę w średnim wieku o imieniu Karl, który w dzieciństwie zabił dwie osoby (w tym swoją matkę). Teraz zostaje wypisany jako wyleczony, i po prostu zaczyna nowe życie.

Bohater jest świetny. Jest opóźniony i specyficzny, gada trochę jak robot (choć może to Thorton przeszarżował z południowym akcentem), ale nie czułem się przy nim niezręcznie lub że wymaga pomocy bo już nie umie sam o siebie zadbać. To ktoś kto dużo osiągnął, ktoś komu naprawdę pomógł pobyt w szpitalu a teraz mimo wszystko da się z nim pogadać. Jego rozmowy z Frankiem, młodym chłopakiem którego pozna spacerując po okolicy, są rewelacyjne. Rozmawia z nim o wszystkim, o życiu i jego rodzinie, ale przede wszystkim o sobie, czemu zabił i innych doświadczeniach życiowych (chowanie brata).


Mój problem z filmem... To przeciwnik. Jest nim chłopak matki Franka, z którym ta się spotyka dla tych chwil kiedy akurat jest trzeźwy i miły dla niej. Jest dupkiem, homofobem, chodzi nalany i całą winę za siebie zrzuca na gorzałę. Przede wszystkim, przez większość czasu miałem wrażenie, że ta historia nie potrzebuje villiana. Serio. Pewnie nawet jak czytacie tę notkę to wszystko trochę upadło gdy przeszedłem do niego. To film o życiu wyjątkowo ciekawej postaci i o tym, jak oddziałuje na otoczenie, jak sobie radzi i spotyka tych kilka miłych mu osób. I te sceny są świetne. To była moja pierwsza myśl związana z filmem: świetne sceny mieszają się z takimi-se. Sporo z tych drugich to właśnie wprowadzanie przeciwnika, pogłębianie jego sylwetki by widz naprawdę go nienawidził i kibicował Karlowi, by ten go na końcu zabił... bo do tego miało to prowadzić, to oczywiste. To ten schemat, pachnie nim od samego początku. Tylko z powodu konfrontacji w finale wykorzystuje się takich bohaterów w takiej historii. Ale wcale tego typa nie potrzebowałem, chciałem by sceny z nim się jak najszybciej kończyły. Wolałem, jak Karl rozmawia z lesie z Frankiem.

Ale im dalej, tym bardziej się przekonywałem, bo również i w tym wątku dochodziło do lepszych, mocniejszych scen. I było naprawdę dobrze. Nawet liczyłem przez moment, że dojdzie do dobrego zakończenia, to jest niestety zaledwie typowe (spoiler: mógł odejść, ucząc Franka że nie każdy problem w życiu da się rozwiązać przemocą lub sięgając po drastyczne środki. To byłoby naprawdę ambitne, a zamiast tego jest tak jak sobie to założyłem na samym początku. Z wyjątkiem samobójstwa, tego akurat nie ma. A skoro piszę w spoilerze - końcowa scena pożegnania małego z bohaterem rządzi. Właśnie przez to, że jest taka długa, od razu czuć że to naprawdę ich rozstanie. Koniec spoilera).

Jeśli polubiliście, obejrzyjcie koniecznie "One False Move" z 1992 roku. Też scenariusz Thortona, tylko solidniejszy i konkretniejszy jako całość, z magiczną gitarową muzyką. Ja go stawiam wyżej od "Blizn przeszłości". Jednak oba filmy są godne uwagi.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/sling_blade/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz