sobota, 23 lutego 2013

Lot (7+/10)

Disaster & Legal Drama, 2012


Pamiętam, jak na przed premierze "Nędzników" zobaczyłem zwiastun tego filmu. Reakcja: "chcę to zobaczyć". Zasłużyli sobie, bym poświęcił na to swój czas. Dziś już się chyba nie robi dobrych zwiastunów, "Lot" jest wyjątkiem. Na tyle mocnym, że przetrwał zalew przeciętnych ocen i recenzji, ja nadal chciałem go zobaczyć.

Cholera, jakie to było dobre!

Pierwsza scena - Denzel Washington w roli pilota Whipa Whitakera, budzi się rano w pokoju hotelowym. Odebrał telefon. W tym czasie kobieta obok wstała i poszła do łazienki. Pierwszy szok - Zemeckis to genialny reżyser. Najlepszy reżyser roku, a co. Nie wiem, dlaczego wcześniej tego nie zauważyłem. Czy może dlatego, bo te wszystkie "Powroty..." i "Forresty" widziałem tak dawno - w czasach, gdy myślałem, że reżyser to ten co lata z kamerą? Czy po prostu dopiero teraz to w sobie rozwinął?
Ale tutaj wszystko było perfekcyjne. Sam bym usunął tylko postać Johna Goodmana - taka trochę Deus Ex Machina, która była właściwie niepotrzebna. Każdą scenę z jego udziałem można by rozwiązać inaczej, bez niego, a i poważny, surowy klimat by nie opadał wtedy.

Poza tym - nie mam się do czego przyczepić! NAWET NIE CHCĘ!

Zemeckis osiągnął tutaj klimat pozornego wyciszenia, spokoju, ciszy (w znaczeniu dźwięków tła). Przez cały film dzieje się mnóstwo, napięcie kipi w każdej sekundzie - cały czas coś z tyłu głowy pika, oznajmiając: "Zaraz coś się stanie" lub "Coś się dzieje, tam, dalej". O co chodzi - wiadomo, film jest o katastrofie samolotowej. Whip obudził się pijany, wypił, wciągnął, na pokładzie po wystartowaniu też wychylił. Sprzęt nawalił, maszyna zaczęła pikować, a Whitakera dokonał cudu i posadził bydle na niezamieszkałym terenie. Zginęło jednak 6 osób (na ponad sto) i jeśli udowodnią mu, że prowadził pod wpływem, dostanie dożywocie.



Cała historia ma bardzo powolną, szczegółową narrację. Nie ma pośpiechu, przy zmianie lokacji bohaterowie nie znajdują się od razu na miejscu tylko najpierw tam dochodzą pieszo (np. długim korytarzem). Atmosfera rośnie, a każda scena wybrzmi tak jak potrzebowała. I cały czas aż do końca widz trzymany jest obok wydarzeń - bo tak naprawdę cały kraj, wszystkie media, chcą wiedzieć: co tam się stało? Jak to wyglądało? Whip cały czas ich unika, zmienia miejsce pobytu. Właściwą sprawą zajmują się adwokaci i inni ludzie pracujący w jego imieniu. Jak wszystko aktualnie wygląda, Whitaker dowiaduje się z telewizji, z wiadomości na sekretarce, z rozmów z wspomnianym adwokatem. Wszystko co dociera do widza to uczucie presji i nieuchronności tego, co musi nastąpić. Z wierzchu są spokojne rozmowy, bardzo rzeczowe i cierpliwe, ale słychać jak wielkie są emocje które pod nimi się kryją. Czuć, że każde zdanie było przemyślane. Miałem tą świadomość, że wszystko tu jest istotne, a jedno słowo może o wszystkim zaważyć. Bohaterowie zachowują się tak, jakby od tego zależało ich życie. I więcej.

Do tego uwaga widza jest skupiana gdzieś obok, nawet w tych mniej istotnych scenach. Wracając do początku - wtedy Whip rozmawiający z byłą żoną przez telefon jest oddalony, a kamera na to nie reaguje. Reaguje za to na ubierającą się obok kobietę, która chodzi obok, zapala papierosa, zakłada majtki. Z punktu fabularnego nie ma to znaczenia aż do końca filmu, wtedy jeszcze liczył się tylko ten klimat - błogości, przebudzenia się po wypoczętym śnie - w którym kolejny teksty Denzela płyną razem z całym obrazem, a w tle słychać tylko dźwięki urządzeń lub ulicy. Doskonała scena.

Scena katastrofy. Kolejna doskonała scena, trwające 10 minut apogeum każdej jednaj zalety jakie ten film ma. Reżyser idealnie wyśrubował rosnące napięcie które opadło dopiero na koniec, scenarzysta idealnie wszystko zróżnicował (ten samolot spadał przez 10 minut, rozumiecie to?). Dał każdej postaci jakiś cel, dodał do wszystkiego nieprzytomną stewardessę której ciało idealnie podkreślało każdą zmianę pozycji samolotu. I przede wszystkim - stworzył postać Witha, najbardziej opanowanego pilota jakiego w kinie zobaczycie. Człowiek ten zapanował nad wszystkim, nie pozwolił zawładnąć emocjom ani nad sobą ani nad ludźmi w swoim otoczeniu. I zrobił, co musiał zrobić (ważne - widać, że on faktycznie wykonuje swoją robotę, pilotowanie takiego odrzutowca to nie tylko kwestia podciągnięcia drążka).

Serce mi waliło jak... bardzo mi waliło. Najlepsza scena katastrofy od czasu "Titanica"? Zatonięcia statku z "Życia Pi" nie liczę, tam to było bardziej metafizyczne i baśniowe doświadczenie. Zemeckis poszedł w realizm, i osiągnął wiele.

Ręka mi drżała po tej scenie. Serio.



Długa ta notatka. A u mnie budzi się ten sam syndrom co przy "Avengers", chcę każdą scenę opisać, opowiedzieć co w niej mi się tak bardzo podobało, napisać jeszcze kilka słów o głównym bohaterze... To był bohater, nie ma wątpliwości. O tym, że zachował spokój umysłu to już wspominałem, ale pierwsza rzecz jaką zrobił, po opuszczeniu szpitala? Opróżnił wszystkie butelki alkoholu, tzn. wylał do zlewu zawartość. Każda szkocka, browar, czysta, poszło w cholerę. I kiedy tylko pojawiała się jakakolwiek możliwość, że wróci do picia - ja tego nie chciałem.
Tylko do jednego mam wątpliwości, mianowicie: With coś za lekko prowadził samochód pod wpływem. Nigdy wprawdzie nie widziałem, jak ktoś naprawdę prowadzi po wypiciu alkoholu, ale tutaj wyglądało to właściwie tak, jakby był całkowicie trzeźwy. Może był na tym poziomie, na którym dopiero po wypiciu jest się trzeźwym?

Brawa dla Zemeckisa, dla Denzela, dla Johna Gatinsa (scenariusz), oklaski dla Dona Burgessa za zdjęcia.
http://rateyourmusic.com/film/flight_f2/


*więcej napiszę w podsumowaniu Oscarowym. Tutaj mi te zdania jakoś nie pasują.
PS. Przy pisaniu słuchałem coveru "Cortez The Killer" do Dave Matthews Band.

10 komentarzy:

  1. Też dzisiaj obejrzałem "Lot". U mnie ta sama ocena i w sumie mogę podpisać się pod twoją wypowiedzią.

    Świetne kino, które zaskoczyło mnie (nie czytałem wcześniej żadnych opisów ani newsów związanych z filmem, pierwszy raz trailer zobaczyłem w kinie przed Szklaną pułapką 5) nie pójściem na ugrzeczniony ton.

    Redox

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja trochę poczytałem, że po scenie katastrofy poziom filmu opada. Na szczęście zobaczyłem scenę na klatce schodowej i już wiedziałem, że oni tam na planie wciąż wiedzieli, jak się robi dobre kino.:)

      Usuń
  2. Garret, ja mam takie odczucia podczas oglądania każdego filmu. Tzn angażuje się w niego, jaram się każdą sceną i żyje z głównym bohaterem i ręce też mi się czasem trzęsą. Ty to czujesz w 1/10 filmów jakie oglądasz. To oznacza że nie lubisz kina.

    - goandrewgo

    OdpowiedzUsuń
  3. Scena katastrofy to jedna z tych najgodniejszych zapamiętania z filmów z zeszłego roku. Podobnie jak i rola Denzela jest jedną z jego najlepszych w karierze. Szkoda trochę tej końcówki, ale i ona w sumie ma jakiś sens, bo prowadzi do ciekawej ostatniej sceny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja ją lubię. Tę przemowę bohatera, miejsce do którego doszedł wewnętrznie i tak dalej. Fajnie, że dobrze zrobił i wyszło mu to na dobre, rodzina do niego wróciła i tak dalej.

      Usuń
    2. Albo dokładniej - przekazuje w swoich słowach, że naprawdę zrozumiał i naprawdę się zmienił. To dobrze napisany monolog.

      Usuń
    3. Monolog nawet i dobry, ale to jednak naiwne i dość sztampowe było.

      Usuń