czwartek, 14 lutego 2013

Drużyna pierściania



"Drużyna pierścieni" (wersja reżyserska, 3h48, licząc z napisami końcowymi trwającymi 27 minut) - 6,5/10. Ależ ja muszę lubić ten film. Nie ma tego co trzeba, a i tak osiąga co zamierzało. To będzie długa notatka, zawierająca spoilery. Wersji reżyserskiej nigdy nie widziałem, choć ta kinowa jest chyba najczęściej przeze mnie oglądaną z całej trylogii. Ostatni raz widziałem ją jednak z 6 lat temu? I teraz zasiadłem do direct cuta, wiele rzeczy oceniając na nowo. Może dlatego, że byłem dzieckiem wiele z nich mi nie przeszkadzało, może więcej akceptowałem biorąc historie takimi jakie są, ale dziś ma się to nieco inaczej.

Od samego początku - nie kupuję konceptu z pierścieniami. Kompletnie. Kto je wykuł, jak one działały, czemu je noszono, co one dawały, niby jak wywołało to wojnę? Dosłownie pierwsza minuta filmu i już jest amatorsko.
Dalej - czemu tylko Frodo jest odporny na jego urok? Czemu Sam tak bardzo chce go ochraniać, że nawet zaryzykuje życie by to kontynuować? Złożył obietnicę, tylko tyle. Bez przesady... Większość postaci leży, są płaskie i służą niewolniczo u autora historii.
Orły to wiadomo.
Większość relacji między postaciami też leży. Nigdy nie zrozumiałem tego szacunku, który wszyscy od początku mieli do Froda i hobbitów w ogóle. Zawsze było to dla mnie wymuszone strasznie. Gdy Frodo budzi się w Rivendall i Sam do niego przychodzi, cieszy się, że żyje, uśmiecha się... I już po 2 sekundach widać, że nie ma tam co robić, o czym pogadać, nic. Zero relacji.

Różne nielogiczności i chamskie pójścia na skróty. Wielkie straszne duchy, które będą Froda ścigać po wszeczasy... znikają w połowie filmu. Znajdą ich, ale Aragorn jednemu rzuci pochodnią w twarz i po sprawie, ten się rzuci na swoich i wszyscy będą razem płonąć. Ok. Ale jest jeszcze ten nieszczęsny cios którego Frodo nieprzeżyje... Spoko, cięcie montażowe i już przeżył.
I tu zaczynam pisać o tym, o czym wspomniałem na początku: emocji nie powinno być. Seans nie powinien ekscytować. Bohaterowie to marionetki, ich relacje są płaskie, oni sami są właściwie nieśmiertelni i ani przez sekundę się o nich nie martwiłem. Nawet gdy w Morii zostali otoczeni przez ten tłum wrogów, czyli byli w sytuacji bez wyjścia, oni i tak wyszli z tego cało. A potem skakali po tych wąskich schodach pod ostrzałem i też nic im nie było... Chociaż może to jest i sposób, stawiać przed nieśmiertelnymi zadania niemożliwe do wykonania.

To nie powinno działać. Ale działa. To strasznie dobrze się ogląda, każdą scenę i każdą postać. Czułem do nich sympatię i miałem przyjemność z oglądania ich przygód. O pracy kamery nie będę pisać, choć jestem za nią wdzięczny, to samo z pomysłową stroną wizualną i koncepcyjną, bo o tym wszyscy wiedzą i trudno się tym nie zachwycać (poza kilkoma wyjątkami - wejście do Morii to kpina). Wiedźcie tylko, że i ja się tym zachwycam, po prostu.

Jak pisałem, kinową wersję widziałem dawno, więc nie jestem do końca pewny w kilku przypadkach, miejcie to na uwadze. Przede wszystkim, chyba tylko w tej wersji są zarysowane relacje między postaciami. Wciąż tylko zarysowane, ale jednak są i dużo wnoszą. Rozbudowana jest postać Boromira, jego marzenie o Białym Mieście. Gandalf ostrzega przed nim Froda, w innej scenie opowiada o Gullumie. Gdy Gandalf umrze, sporo o tym rozmawiają. Nawet obłęd Boromira wydaje się bardziej zrozumiały na koniec. Decyzja Frodo o pójściu samemu też. Aragorn pozwalający mu na to... nadal nie rozumiem. Obecność Merry i Pipina też nadal niejasna. Ale i tak, wersja reżyserska daje dużo. Teraz obok wielkiej pasji do tego świata i jego historii dodano bliższe spojrzenie na bohaterów tej opowieści i ich uczuć. Zresztą, ile z tych moich 10 ulubionych momentów zawarto w całości w wersji kinowej? Trzy lub cztery.


10) Boromir mówiący: "They have a cave-troll". Sposób, w jaki to mówi...;3 Tak, pierwszy raz bez lektora oglądałem.
9) Sam starający się ułożyć zwrotkę na temat fajerwerków Gandalfa, ku pamięci o nim.
8) Pierwsza prezentacja Dwarrowdelf, dzięki muzyce to moment równy pierwszemu ujrzeniu Hogwartu.
7) Przebiegnięcie przez most Khazad-Dum, zamieniające się nagle w jedno ujęcie...
6) Cała sekwencja na początku, opowieść o Hobbitach i cały strumień magii Shire wylewający się na widza. Świetny początek.
5) Boromir rozmawiający z Frodo o śmierci Gandalfa
4) Gandalf uczący Frodo, że nie może ot tak sobie życzyć komuś śmierci. "Wielu zasługujących na nią żyje, wielu niezasługujących na nią nie żyje. Umiesz im ją zwrócić?"
3) Boromir mówiący o tym, co usłyszał w głowie, gdy spotkał się z Galadrielą. Moment, dzięki któremu za każdym kolejnym seansem będę za nim tęsknić. Wiedząc, że ta postać umrze, czułem do niej o wiele więcej gdy słuchałem jego myśli i przeczuć.
2) Galadriela rozmawiająca z Frodo o jego misji. Uwielbiam koncept na tę postać, zrobiono z niej pół-człowieka, pół-portret na ścianie. W jednej chwili przemieszcza się bezszelestnie, by zaraz potem zastygnąć i obserwować Frodo, nieważne gdzie pójdzie i kiedy się odwróci, zawsze napotka jej wzrok skierowany bezpośrednio w niego, mimo że cała reszta jej ciała w ogóle się nie poruszyła. Ale to przede wszystkim jedyna scena, w której Frodo ma wątpliwości, widz poznaje jego uczucia itd. Dopiero na koniec jak stoi nad rzeką, i wspomina słowa Gandalfa, udaje mu się przekonać samego siebie, że musi to zrobić.
1) Śmierć Boromira. Ale tylko dzięki tym poprzedzającym dodatkowym scenom.

Na pewno obejrzę ten film jeszcze wiele razy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz