czwartek, 7 marca 2013

O minusach Babylon 5...

I zaletach też trochę dopowiem, ponieważ nie wszystko w danym temacie robiono źle. Czasami robiono TO naprawdę dobrze. Na początek - szeroko rozumiane efekty specjalne.

Efektów bluescreena dostrzegłem w ilości śladowej, nie ma o czym pisać. Są słabe, ale też krótkie i nie przeszkadzają. Wszelkie grafiki komputerowe to stany wyższe możliwości PC jadących na DirectX 3, więc jest biednie. Animacje te są sztywne, pozbawione dynamiki, bardzo proste. Sceny strzelanin - żołnierze przyszłości mają pukawki mniejsze od kciuka, nie korzystają z taktyk, strzelają raczej stojąc prosto i... to tyle. Poza tym dźwięk wystrzału to takie pju-pju, które każdy może zrobić nawet i własną buzią, jeśli się postara. Efekty specjalne są więc słabe. Nadal lepsze niż w "Bitwie pod Wiedniem", ale cóż.

Makijaż i kostiumy to absolutne 10/10. Każda rasa wygląda inaczej, ich projekty są bardzo oryginalne, wykonane perfekcyjnie i nie mowy by nie uwierzyć, że to ich prawdziwa skóra lub faktyczny kształt czaszki. Oczywiście poza zdrowym rozsądkiem, podpowiadającym że to przecież tylko film... Jim Carrey narzekał na kostium Grincha, ciekawe co mówił aktor grający G'Kara?
Jednak podobnie jak nie ma co udawać, że animacje komputerowe są słabe, tak nie ma co kręcić, że pierwsza reakcja na widok bohaterów to w najlepszym wypadku uniesienie brwi w głębokim powątpiewaniu. Irokez Londo, 5 cm sztucznej skóry u G'Kara... Choć z trzeciej strony, to tylko pokazuje kolejny plus serialu, bo już po 2-3 odcinkach tak nie reagowałem.

Scenografia to dosyć typowe - urządzenia na pół ściany, pół kontrolek się świeci a drugie pół świeci się na zmianę z pierwszą połową. Zarządzający klepią trzy przyciski i to już wystarczy w 100% przypadków. Od otworzenia hangaru po wysłanie armii do boju. Drzwi się rozsuwają automatycznie, a wszystko kierowane jest głosem. Nawet zamknięcie drzwi w niektórych kabinach. Serio myśleli, że to praktyczne rozwiązanie? Ja wolę sięgnąć i zapalić światło pstryczkiem w ścianie, nawet jakbym mógł to zrobić komendą głosową. A oni absolutnie wszystko robią na głos. Czasami nawet nie wiem, jak komputer wyłapuje w hałasie komendy i które rzeczy czyta jako komendy a które ignoruje.

Do tego dochodzi budżetowość i widać, że lokacji jest bardzo niewiele. Za mało, by zbudować wrażenie rozległej na 5 mil stacji kosmicznej. Ekstremalnym przykładem jest pewna lokacja, która pojawi się kilka razy ale za każdym razem będzie niby czymś innym. Raz będzie to hangar, innym razem lobby, rozumiecie.

Hermetyczna struktura fabularna, tzn. o ile na początku każdego odcinka dzieje się bardzo dużo, i te rzeczy będą potem kontynuowane przez dany epizod, to poza nim nie ma niczego więcej. Komendant całej stacji, wielkiego Babylon 5, zajmuje się tylko jedną sprawą naraz? Trudno w to uwierzyć. A do tego dochodzi fakt, że jego pomocnicy też tylko tą jedną sprawą się zajmują. Naturalność i realizm na rzecz porządku i jasności przekazu. To źle?
Plus takie kwiatki, jak jeden lekarz na całą stację. Mówię tu akurat o sytuacji z drugiego sezonu, kiedy to jeden Minbari będzie prosił medyka by ten przyszedł, na co ten: "Nie mogę, mam pacjenta". Serio? Jeden lekarz i jeden pacjent naraz to maksimum tej stacji? Ilu was tam jest, ćwierć miliona, nie? Wiem, że widać tam innych lekarzy, jednak czemu oni nie mogli pójść? :)

Tak naprawdę jedynym prawdziwym minusem jaki mogę serialowi zarzucić, to ekspozycja w pierwszej połowie sezonu. Nie zrozumcie mnie źle, to nadal nie jest poziom Oscarowych scenariuszy, tamto to jest uberchujnia, "Babylon 5" pod względem ekspozycji... zawodzi. I to nie we wszystkich odcinkach, zaznaczam. Tak po prawdzie to zwracałem na to uwagę tylko przez kilka pierwszych odcinków, a potem dopiero oglądając opening sezonu drugiego. Finał pierwszego pozostawił po sobie taką kaszanę, że biedna Ivanowa musiała założyć dziennik i do niego opowiedzieć kilka kwestii z offu wyjaśniających, co się stało. A przez następne kilka odcinków nawet nie wspomina, że prowadzi taki dziennik. Czy to jest aż tak słabe? Nie. Szczególnie wobec faktu, że to serial telewizyjny i są ograniczenia czasowe.

Strumień świadomości zamknięty. Poza tym mógłbym jeszcze pisać o słabych scenach w kokpicie, ale to jest dosyć oczywiste, i chyba do dziś tego nie naprawili (przynajmniej w "Avengers" nadal wyglądały tak sobie). Przeszkadzają mi też zdjęcia, bardzo... zwykłe, stabilne. Gdy będzie scena dialogu to wiadomo, że to będzie wiadome ujęcie raz na jednego, raz na drugiego. Brak eksperymentowania lub dodawania czegoś od siebie ze strony operatora (choć może to był taki wymóg producenta, kto wie po czyjej stronie jest wina). Po prostu zwykłe zdjęcia, nic więcej. Ale w drugim sezonie już po kilku odcinkach widzę poprawę w tym temacie, często pojawiają się ujęcia trwające 40 sekund i więcej. Pokazuje spacery po całej stacji, dzięki czemu widać, że to nie są oddzielne makiety tylko jedna... no, nie jakaś duża, ale jednak spójna makieta, ciągnąca się na 100 metrów i dalej. Pojawiają się nawet ujęcia wokół postaci, widać czwartą ścianę, nie ma tu sytuacji z sitcomów w której bohaterowie siadają tylko po jednej stronie stołu itd.

Zgubiłem wątek. Garret out.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz