wtorek, 30 kwietnia 2013

(serial) KRUCJATA

Połowa I sezonu, 1999


Po "Babylon 5" Straczynski stworzył kolejny serial rozgrywający się w jego uniwersum. Akcja miała się rozgrywać w 2267 roku i opowiadać o poszukiwaniu lekarstwa na wirus zrzucony na Ziemię, przez co ludzkość tam przebywająca została postawiona w stan kwarantanny. Zanim wirus się dostosuje, minie 5 lat. Tyle czasu mają bohaterowie, by znaleźć lekarstwo. Wypuszczono pilota zatytułowanego "Call to Arms", w którym wystąpił sam John Sheridan, i pokazywał jak do zarażenia doszło. Rozpisano wszystko podobnie jak w B5 - 5 sezonów, 110 odcinków. Nakręcono 13 z nich, po czym chuj to wszystko jasny strzelił.

Kapitan Matthew Gideon

Najpierw o tym, czym ten serial faktycznie jest. Po pierwsze - zawodem. Poważnym. Gdy zasiadałem do serialu Straczynskiego, nie spodziewałem się czegoś nie-całościowego. A tutaj każdy odcinek to oddzielna historia. Bohaterowie podróżują przez galaktykę, odnajdując niemal w każdym epizodzie jakąś wymarłą cywilizację lub martwą planetę. I każdą muszą zbadać, bo kto wie, może tam znajdą lekarstwo. Poza tym jest wiele odcinków pobocznych, w których np. jest sobie gej-projektant mody, wysłany przez rząd by bohaterowie mający uratować ludzkość lepiej się prezentowali. Super.


Wiecie co? Nie widziałem tego jakoś. Nawet gdy w okolicy 7 odcinka zrozumiałem, że mam do czynienia z serialem przygodowym. Co i tak jest sporym osiągnięciem na tle tego co dziś powstaje (detektywy na zmianę z doktorami), bo każdy odcinek to jednak była spora przygoda. Działo się i zwykle bohaterom udało się ujść z życiem w ostatniej chwili. Nie tego oczekiwałem, ale doceniam klasę efektu.
Jednak - nawet wtedy nie widziałem tego, jako coś dobrego dla mnie. 110 odcinków w tym stylu? Odpada. Znam już zakończenie - znajdują lekarstwo. Nawet jeśli rozważałbym, że happy endu by nie było, to zaraz bym zobaczył dr. Franklina, który dziś jest jednym z zarażonych, a za 15 lat będzie grał w tenisa z córką Garibaldiego. I już nie miałbym żadnych wątpliwości. Po co mam oglądać 110 odcinków? Obejrzałbym najwyżej jeden sezon, i to by wystarczyło. Serial był w porządku, ale nie był warty oglądania w całości.

         Dureena. Dosyć miła osoba.

A teraz czym ten serial miał być. Możecie czytać bez obaw, produkcję zamknięto blisko 15 lat temu i nie ma szans, by ją wznowić. Sam Straczynski opublikował scenariusze które niedoszły do skutku. Wynika z nich choćby tyle, że lekarstwo miało zostać znalezione w połowie drugiego sezonu. TADAM!
Straczynski nie umie zaczynać swoich historii. Ale umie je rozwijać i kończyć. Jeśli kiedyś coś stworzy, będę z nim do połowy co najmniej.:) Taka lekcja na przyszłość. Zresztą, od 2011 ponoć trwają rozmowy, by wrócić do B5. Straczynski stawia tylko jeden warunek - odpowiedni budżet. Trzymam kciuki.


6/10.

Najlepszy odcinek: 1x12 (8/10). Drugie miejsce: 1x13 (7/10). Resztę oceniłem na 6/10.
Najlepsza scena: opening "The Needs of Earth" (1x11) w którym oglądają... pornosy :D Obejrzyjcie do 1:40, polecam!

Ulubiony dialog (pisany z pamięci), pomiędzy Gideonem i Jinem z "Lost" (1x13):
- Dziwne, że gdy chcę przypomnieć sobie wygląd Ziemi, to wystarczy, bym zamknął oczy i ją zobaczę. Jednak gdy chcę przypomnieć sobie twarz ojca, nic nie mogę dostrzec.
- Bo nie wiesz, którą z jego twarzy dostrzec. Czy tę, którą znasz z dzieciństwa? Tę, którą miał gdy opuszczałeś dom po raz pierwszy? Później te twarze zlewają się w jedną, nie do poznania. A Ziemia... jest niezmienna.
- Jesteś za młody na takie myśli.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

(powtórka) 1900: CZŁOWIEK LEGENDA

Drama & Music, 1998


Epicki film o gościu, który gra na pianinie. Gdy tylko to sobie uświadomiłem to do tej pory nie rozumiem, jak to w ogóle wyszło. Ta historia jest olbrzymia i kipi od skojarzeń z "Titanikiem". Pierwsze ujęcie na jego bok, pierwsze szerokie ujęcie po ludziach na pokładzie, każdy detal w kostiumach i wyglądzie wszystkiego mówił mi, że to od Camerona wzięto całą scenografię (i budżet), że to właśnie na Titanicu rozgrywa się akcja filmu. Tylko to dobicie do Ameryki mi nie pasowało.

Ale to co nadaje filmowi prawdziwego rozmachu to zdjęcia. Nie mam zielonego pojęcia, jak to zrobiono, ale czy kamera miała jakieś ograniczenia? Poruszała się w taki sposób, że prawdopodobnie mogłaby się wznieść aż na Księżyc i zapewne dalej. Prawie w ogóle nie ma tu ujęć ogólnych, każde jest osobną podróżą do konkretnego punktu. A po drodze przeciska się przez regały, pod dwupiętrowym łóżkiem, między regałami. W jednej scenie kamera krąży gdzieś pod sufitem wokół żyrandolu, stopniowo się zniża by ostatecznie skończyć tuż przed twarzą dyrygenta przedstawiającego członków orkiestry. W innej scenie, jest dosłownie pomiędzy dłońmi pianisty, grającego właśnie na swoim instrumencie. Jak ona się tam zmieściła?

Wiem, że przynudzam, ale ta kwestia naprawdę mnie rozwala.

Jeszcze trochę poskaczę wokół sedna filmu - uwielbiam jego luz. Cała pierwsza połowa filmu jest wypełniona naprawdę luźnymi tekstami, poczynając od murzyna na klęczkach przeszukującego jadalnię, klnącego pod nosem. Potem jest nakrycie dzieciaka kradnącego ciasto przez kapitana. Dzieciak w obronie trafia go w twarz tym ciastem, na co ten drze ryja, że trzeba to dziecko w końcu oddać, bo jest tu wbrew prawu. Ujęcie na dół do kotłowni, a tam robotnik odkrzykuje: "FUCK THE LAW". Uwielbiam!
Podobała mi się nawet konstrukcja filmu, w której jednocześnie rozwijają się dwie linie fabularne. Z kolei scena tańczącego pianina należy do moich ulubionych. Ma to co kocham w kinie: magię zawartą w prawdziwym świecie. Magia w magicznym świecie nie jest niczym wyróżniającym się, jednak w "1900" pianino zaczyna tańczyć w skutek kołysania statku przez nocne fale. A bohaterowie tańczą razem z nim, żyjąc tą chwilą w pełni po raz ostatni w życiu i historii, przeżywając szczęście. Na moment zatrzymuje się wszystko, a to, że w końcu się to kończy, jest w tym najpiękniejsze, bo w tym świecie ta ściana w końcu zostałaby wybita. Ale mimo to udało się w nim odegrać taką scenę. Stworzyć taką chwilę. Definicja piękna.

Ale nie mogę sedna filmu unikać w nieskończoność. W pewnym sensie, zapowiadało się ciekawie. Bohater który przeżył całe życie na statku... ale nie ma tak naprawdę jakiegoś konkretnego powodu, by nie wyjść na ląd. Był wychowywany w dziwny sposób i nie ma to wpływu na nic. Dorastał na statku, ale nic o tym nie wiadomo, jak to wyglądało. Zanim dobrał się do klawiszy - jak wyglądało jego życie? Co robił? Bo wydaje się, że było całkiem nudne. Cały koncept na tę postać jest tak niejasny, niekonkretny, nieprecyzyjny. Opisuje się go, jakby miał jakieś szczególne powiązanie z morzem, nie chwieje się jak inni gdy jest sztorm, ale gdzie to prowadzi? Szczególnie jak na głównego bohatera - jest go bardzo mało na ekranie, niewiele robi lub mówi. Tak naprawdę to nie ma nawet konkretnej historii, przynajmniej od momentu gdy przestaje być dzieckiem. Jego późniejszy żywot znaczą raczej epizodyczne, nieznaczące scenki. Jak choćby ten pojedynek.

Tutaj przejawia się kilka innych słabych stron filmu. Po pierwsze - on nie grał muzyki świetnej samej w sobie. On grał muzykę filmową, czyli tło, aranżację, jego dźwięki same w sobie nie opowiadały historii tylko podkreślały inną, rozgrywającą się na ekranie. Dlatego ciężko było mi się w to wciągnąć, przez to również sama postać i wrażenie jakie ona wywołuje wydawało mi się banalne, błache. Najgorzej było w scenie pojedynku, kiedy to w finale zaczął tylko napieprzać byle szybciej. Nie zdziwiłbym się, jakby nawet zaczął walić głową. Sorry, nie słyszałem tam melodii, tylko próbę klikania jak najszybciej.

[spoiler]
Żałuję, że na koniec nie zostawiono wątpliwości, czy on tam na tym statku został. Dla mnie, o wiele silniejsze i zostające ze mną rozwiązanie to niewyjaśnienie tego, mimo wszystko. Niech nie odpowie na muzykę z płyty. Niech Max odejdzie nieprzekonany. Niech obserwuje wybuch. Niech zatrzyma go w oczach do końca życia, samemu zadając sobie to pytanie. Niech widz zastanawia się razem z nim.

Zakończenie samo w sobie jest naprawdę porażająco smutne, na miejsce Maxa nie mógłby się ruszyć z miejsca. A na pewno nie w górę. Jednak gdzieś tam wiem, że "moje" zakończenie miałoby efekt bardziej długofalowy.
[/spoiler]

Dobry film, robi wrażenie, szczególnie na początku.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/la_leggenda_del_pianista_sulloceano/

sobota, 27 kwietnia 2013

WYŚNIONE ŻYCIE ANIOŁÓW

Drama, 1998


Europejskie smuty. Para młodych dziewczyn żyje jak umie, mieszkając w lokalu którego właścicielka leży w szpitalu, imając się różnych zajęć i starając się nie dostrzec, gdzie to wszystko zmierza. Główny minus tego wygląda tak, że to cholernie nużące kino. Krótka piłka. Oglądałem na raty, i to więcej niż dwie, nudziłem się, cały czas patrzyłem ile do końca.



Z zalet podobało mi się kilka rzeczy. Bohaterki budzą sympatię swoim wyglądem, i nie jest też tak, że tylko dają dupy za utrzymanie. Jedna z nich w ogóle do tego się nie posunie. A w wypadku drugiej nie będzie żadnego oczywistego układu, ona wcale nie ustali co facet musi zrobić dla niej by ona dała jemu. Wszystko tu jest bardzo naturalne i żywe. Poza tym, nie jest też tak, że po seksie już pasują i nie robią nic innego. Z tego wszystkiego wynika morał aktualny dziś - zapewne nawet bardziej niż 15 lat temu.

Ale tak naprawdę jedynym dobrym, konkretnym elementem jest... zabiję wam ćwieka - zakończenie. Jest jedna mocna scena, której się nie spodziewałem, oraz bardzo dobre podsumowanie, wynoszące całą fabułę na wyższy poziom.
Film w którym każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Po tym, jak prześpi większość seansu, uprzedzam.


5/10
http://rateyourmusic.com/film/la_vie_revee_des_anges/

piątek, 26 kwietnia 2013

KOMEDIANCI

Poetic Realism, 1945



Dali w Iluzjonie! W grudniu zeszłego roku zrobiłem przymiarki by zrobić polskich napisów do tego filmu. Zniechęciłem się po około 200 linijkach dialogu, podczas gdy cały film ma ich blisko 3000. Teraz pewnie zacznę tłumaczyć "Zawieszony krok bociana". Wracając do tematu - mogłem obejrzeć w kinie, po raz pierwszy legalnie w naszym kraju, więc się ucieszyłem. Nawet liczyłem na dobry film, a co. Nie przeszkadzało mi, że premiera ta odbyła się w sali przeznaczonej pod 47 widzów (i tylko jakaś połowa miejsc była zajęta). Albo że przed seansem był wstęp prowadzony przez choreografa, który za często używam słowa "yyy". Miał dobry głos, więc dało się go słuchać. Metraż filmu, trzy godziny, też nie był przeszkodą. W połowie dali przerwę pięciominutową, więc luz.

Errata: to nie była polska premiera, film był nadawany w Polsce oficjalnie w kinach w latach 50-tych. Wiem o tym, bo za mną siedział mężczyzna, który wtedy widział ten film pierwszy raz. Dziś obejrzał go drugi raz, i zabrał ze sobą żonę, by ta obejrzała go po raz pierwszy. Rozumiecie to?

Ale nawet nie mam zamiaru coś poradzić na to, że mam alergię na filmy opierające się na romansie, w których kobieta to potomek stosunku manekina z kukłą, i jest na dodatek jedyną postacią żeńską w całym obrazie, a jej adorator wszystko co robi to powtarza w kółko "kocham cię, jesteś piękna, kocham cię, jesteś piękna, kocham piękna, jesteś cię, nie czekaj". Z takim podejściem za 68 lat dzisiejsze gnioty też będą klasykami. Bo będą stare i trzeba będzie im wybaczać różne rzeczy. Powodzenia.
I to nie działa na żadnym z poziomów. Można uwierzyć w miłość od pierwszego wejrzenia, gdy ona jest ładna, albo ma miły głos, albo jest uwodzicielska, cokolwiek. Ale gdy wygląda na 50 lat (i blisko byłem, ku mojemu zdziwieniu) i brzmi jak młoda Janina Parandowska to nie wiem, czego reżyser chciał ode mnie oczekiwać. Pewną wskazówką może być fakt, że cały czas zwracają się do niej w zdrobniały sposób. Pierwszy raz zrozumiałem, czemu pana Walkera denerwuje gdy w filmach dorosłe kobiety nazywa się dziewczynkami.

I tak film się toczy. Ona nie robi kompletnie nic, po prostu tam jest, czterech chłopów ją adoruje, i to tyle z fabuły. Nie ma tu czegoś innego. Na początku Frederic chce się dostać do teatru by pogadać z dyrektorem, nie wpuszczają go więc odchodzi... a kilka scen później jest już w środku. I nie zgadniesz, czemu tak. Albo to: wielka kaszana, bo w trakcie przedstawienia jedna grupa artystów postanowiła pójść w cholerę. Bo jeden aktor za mocno przywalił drugiemu w pantomimie. Więc strzelają focha na wieczność. I jest płacz i depresja, że przedstawienie trzeba ratować, ludzie na widowni drą się, że dyrekcja to złodzieje i żądamy zwrotu pieniędzy (musieli być wśród nich Polacy). I wtedy wspomniany Frederic wyskakuje z propozycją, że zastąpi tego, co uciekł. Zgoda. Cięcie. Nie wiadomo, jak wypadł ani jak go potem dyrektor zatrudnił na stałe. To się dzieje wszystko w domyśle. Jedna scena - nie zna typa, druga - już tam pracuje od tyluuuu lat... Btw, pomiędzy częściami filmu jest 6 lat różnicy w czasie akcji. Wygląd bohaterów i ich kostiumy w ogóle się nie zmieniają. Te 6 lat mogło równie dobrze trwać tydzień. Albo i 20 minut.

Wszystko oczywiście zasługą konwencji, czyli realizmu poetycznego. Bo jak się nie umie, to się mówi, że nieprawda i trzyma kciuki, by to przeszło. Sztuczka polega na tym, by sceny zbiorowe i ogólnie fabularne kręcić w realistyczny sposób, a partie relacji między postaciami (wiecie, sami we dwoje itd.) już kręcić w poetycki sposób. Czyli tak, jakby byli na deskach teatru, tylko z zastosowaniem zbliżeń i tym podobnych. Na tym skupia się pierwsza połowa filmu, na relacjach między "zakochanymi" i walką o kobietę. To nie działa jeszcze z jednego powodu - jedna z postaci idealizuje ukochaną. Na tym polega dramat, gdy musi przestać to robić i dostrzec prawdę. Problem w tym, że ja od początku widziałem, że jest stara, brzydka i nudna, i nie szło się w to wczuć. Poza sporą sympatią do nieszczęsnego mima i fascynacją jego możliwościami, zupełnie nie rozumiałem tej jego fascynacji tamtą babcią.

Tak myślę, że to wina mojego szacunku dla gatunku ludzkiego. I jak widzę, jak w taki sposób przedstawia się miłość lub w ogóle kobiety... Wiem co myślicie: "Interesująca kobieta? Przecież takie nie istnieją". No widzicie, ale to nie kwestia urodzenia się tylko wyboru. A w filmach kwestia seksizmu... Alergię mam na to.



Do rzeczy - druga połowa jest już lepsza. Bardziej fabularna, mająca w centrum wszystkie postaci... I nawet udaje się jakoś zamknąć to wszystko, przynajmniej w większości. Wyjątkiem są np. wątki główne które ucięto. Pojawia się do tego sporo żartów czwartej sceny w momencie, gdy Frederic stwierdza, że sztuka jest do dupy, więc będzie improwizować. Mój faworyt to scena w której ze sceny wybiega na balkon przy scenie, a gdy mu zwracają uwagę, że takie rzeczy nie przystają, on woła ku uciesze widowni: "Wybacz mi, tak rzadko bywam w teatrze..."
Film ma do tego klasę i pewien styl, z mnóstwem rozbudowanych scen wykonanych z przepychem. Choćby sam początek, w którym ujęcie na całą ulicę zaczyna się od linoskoczka wykonującego swój numer. Mimo pewnego chaosu dosyć szybko oglądałem postać i wiedziałem, kim ona jest, i jakie są jej relacje z pozostałymi - więc był w tym jakiś porządek. Polubiłem postać mima, jego umowność i smutną twarz. Oczywiście, wszędzie jest coś gorszego lub zbędnego co przypomina o poziomie filmu. W tym wypadku jest to choćby ojciec mima, który miesza syna z błotem na początku, gdy ten odnosi sukces to go chwali i... to tyle. Wiecie, stryjek brata siostry trzeciego reżysera dźwięku ma kuzyna, który chce zagrać w filmie to mu dają taką rolę która nic nie znaczy i nic nie wnosi.

Bla bla bla.


5/10.
http://rateyourmusic.com/film/les_enfants_du_paradis/

środa, 24 kwietnia 2013

BILL HICKS: AMERYKANIN

Stand-Up Comedy & Biography Documentary, 2009


Prześlizgują się raczej po faktach zamiast przybliżyć poglądy pana Hicksa, tematy jego występów i żartów. Usłyszałem: "Pojechał gdzieś, wystąpił, bardzo się im spodobał, jego kariera się rozkręciła". Fajnie, ale czego to dotyczyło? O czym wtedy mówił na scenie? Co chciał wtedy powiedzieć? Nie, nie usłyszę tego? To dziwne.



Generalnie mało jest występów. W ogóle nie ma tego najważniejszego, o wyższości marihuany nad alkoholem. Raczej są pojedyncze wycinki, i to te które sprowadzają się do pojedynczych żartów (o pracy sprzedawcy butów, o wściekłych chrześcijanach którym powiedział, by mu wybaczyli). Nie ma czegoś całościowego.

Nie podobało mi się też, że na koniec gdy już wiedział, że za kilka miesięcy umrze i nikomu o tym nie powiedział, ludzie wspominając tamten okres wszystko komentują w stylu: "Tylko on się nad tym zastanawiał i widział pełen obraz", bla bla bla. Jakby wiedzieli, co siedziało mu wtedy w głowie. To zupełnie nie pasowało do takiej postaci. Szczególnie na tle tego, że pana Hicksa cenzurowali na koniec w telewizji, gdy gadał o religii.

Koniec końców seans tego dokumentu można porównać do przeczytania notki w Encyklopedii, tylko z mnóstwem zdjęć. Młodego Billa, jego przyjaciół, rodziny, klubów w których występował. O nim samym - ani słowa.


6/10
http://rateyourmusic.com/film/american__the_bill_hicks_story/

wtorek, 23 kwietnia 2013

American History X (aka WIĘZIEŃ NIENAWIŚCI)

Drama, 1998


Powtórka. Ocena bez zmian, była i jest siódemka. Ale widziałem go dawno, kiedy to jeszcze ranking główny filmwebu obchodził kogokolwiek. Filmu nie było nigdzie, dopiero seans w telewizji mnie poratował. Było to bodaj Ale kino! - ot, odrobina nostalgii. Powtórka po 5 latach co najmniej.

Opowieść jest o dwóch braciach - starszy właśnie wyszedł z wiezienia po trzech latach za rozsmarowanie murzyna na ulicy. Młodszy właśnie oddał na angielski wypracowanie o Hitlerze. Akcja filmu to 24h z ich życia + retrospekcje pokazujące, co było trzy lata wcześniej, a narrator nawet próbuje dojść, jak do tego doszło. Film jest przede wszystkim świetnie skonstruowany, wszystkie wydarzenia ciasno do siebie przylegają. Fabuła jest konkretna i intensywna, ogląda się ją świetnie. Jest powód dla wszystkiego: retrospekcje są wytłumaczone, narrator z offu jest wyjaśniony logicznie - to młodszy z braci tworzy wypracowanie o swoim bracie. Jest powód, dla którego tworzy je akurat tego dnia. Do tego retrospekcje nie są pokazane ciurkiem, ale pojawiają się w odpowiednim momencie z powodu fabuły. Bardzo mi się to podobało, świetny scenariusz.



Aktorzy, montaż i praca operatora, pomysł z czarno-białą kolorystykę zdjęć we flashbackach - bardzo mi się podobało to wszystko. Całość jest mocną opowieścią o nienawiści, świeżą w swojej dosadności.

[spoilery]

Dobrze jest do około 2/3, kiedy to następuje retrospekcja odsiadki. Wtedy są już rzeczy, których nie rozumiem. Tzn. łapię, że zadał sobie pytanie: "Czy to czym się kierowałem do tej pory, opłaciło mi się, byłem dzięki temu dobry?" Odpowiedź była przecząca, więc je odrzucił i... przede wszystkim: co je zastąpiło? Wcześniej był przekonujący, naprawdę w to wierzył i potrafił z olbrzymią pasją o tym mówić. Można się było nawet z nim zgodzić, choć niekoniecznie z jego metodami lub wnioskami. Czarni dostają pracę, bo są czarni, choć ludzie o innym kolorze skóry bardziej się do niej nadawali (mieli wyższe wyniki w testach)?* Chrzanić taki rasizm, zgoda! Potem idzie do więzienia, stwierdza że było do kitu, porzuca swoją filozofię i... i co? Mówi, że nie wraca i tyle. Spróbuje wrócić do poprzedniej pracy, ale jakim będzie człowiekiem? Co teraz będzie uznawać? Po odrzuceniu tego całego nacjonalizmu i swastyki, co zostało? Bo mam wrażenie, że nic. Blada, nijaka postać jadąca na charakterystycznym aktorstwie Nortona, który musi improwizować bo scenariusz nic dla niego nie przewidział.

Może tak miało być, że niby żył w nienawiści i teraz nie potrafi zacząć żyć w ogóle. Ale w filmie wygląda, jakby był normalnym człowiekiem, który ma pomysł jak dalej żyć... tylko go nie ujawniono widzowi. Hm... Dlaczego?

Szczególnie, że te same słowa które ja usłyszałem, usłyszał też młodszy brat bohatera. I jemu one wystarczyły by się zmienić, właściwie natychmiast. Zdjął plakat nazistowski ze ściany i ogólnie ogarnął pokój z tego typu przedmiotów. Tego też nie rozumiem.

I na koniec - skąd się wzięło to zakończenie? Czemu ten dzieciak zastrzelił Danny'ego? Zakładam, że intencją reżysera była przypomnienie, iż podobne rzeczy naprawdę mają miejsce, i cała dyskusja która w filmie się toczyła, nie może od tych faktów odwrócić uwagi... Ale czemu dzieciak nie miał żadnej motywacji? EDIT: Mój błąd, jednak miał.:) Odsyłam do komentarza Griftera poniżej...

Z grubszych rzeczy to tyle. Film po powtórce na spory plus. Wciąż.


7/10

*tutaj nie wiem, czy taka rekrutacja została narzucona czy też to był wybór pracodawcy. Jeśli to drugie, ja nic nie mówię. Nie wiem, jak to wygląda w straży pożarnej w Polsce, tym bardziej w Stanach.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

SZALONA IMPREZA (dajcie temu szansę)

Teen Movie & Comedy, 1998


Z jednej strony jest to uczucie, że coś się odkryło, przez przypadek bo nic tego nie zapowiadało. Na "Szaloną imprezę" natknąłem się przeglądając listę ulubionych filmów z '98 od jakiegoś usera, którego nicku teraz nawet nie pamiętam, a link do niej znalazłem przeglądając stronę jakiegoś filmu... którego też nie pamiętam. Pewnie kosmici mnie zgwałcili a ja teraz tylko majaczę, by wypełnić jakoś czarną dziurę w pamięci.

Z drugiej strony doła mam, bo kolejny raz okazuje się, że trzeba oglądać wszystko, bo cholera jasna wie, gdzie to dobre kino jest, i póki co nadal nie jestem pewny, że gdzieś mi jakiś fajny film nie umknie.

"Szalona impreza" nie daje się polubić od razu. Zaczyna się tuż po zakończeniu liceum, z okazji której zostaje zorganizowana tytułowa impreza. I ja pierdolę, to było słabe. Żenujące. Jest dwóch geeków, którzy wspierają jakiegoś trzeciego geeka, który chce się zakraść na imprezę by ośmieszyć osiłka, który ośmieszał przed całą szkołę jego samego. I te nerdy są tacy... nieśmieszni! "Będziesz pił piwo? Możesz się uzależnić!"
Będzie też Seth Green w roli najbielszego białasa do czasu "Spiring Breakers". I będzie miał kumpli, yo, totalnie wygrzmoci jakąś foczkę na imprezie'n'shieeet! A oni: yeaaah!... Ech. Na tym polega główny motyw - na imprezę zlecą się setki uczniów i kilkoro z nich (niekoniecznie ze sobą nawzajem powiązanych) będzie bohaterami tej opowieści. Nie zyskują mojej sympatii, nie są fajni albo zabawni. Raczej nijacy oraz żenujący w paru momentach.


Ale z czasem... będzie coraz lepiej. Szybki przykład: Seth Green. Prędko okaże się, że jego kumple wcale nie są za nim. Więcej - są przekonani, że w ogóle niczego tej nocy nie zaliczy. Już po kilku scenach jego postać kończy siedząc w fotelu, nie mogąc znaleźć sobie miejsca ni poparcia. Jedna z pozostałych postaci zauważy, że sam się ośmiesza swoim ubiorem. Kluczowym momentem będzie wyjście do łazienki, do której zaraz po nim wejdzie pewna dziewczyna. I będzie ona chciała natychmiast wyjść, ale klamka odpadnie i zostaną tam oboje, zamknięci na jakiś czas. Film zamieni się w kino dialogu, którego jednym z tematów będzie przestanie zachowywać się jak czarny ("Spójrz w lustro - jesteś biały"). Jak miło gdy film spełnia moje życzenia. To takie rzadkie i wyjątkowe. Potrzebowałem tego.

Wciąż bez znikania w szczegóły - pośrodku tego piwa, demolki domu oraz tańców, film z każdą minutą zmierza ku poważniejszym klimatom i naprawdę śmiesznym sytuacjom. Zastanowienia się, gdzie to wszystko zmierza, kim się było, jakie wrażenie się wywierało swoją osobą w szkole. Wrogowie na kacu się pogodzą, nieśmiali zdobędą się na pierwszy krok, a gospodarz dostanie szału i skończy w szpitalu dla niezrównoważonych. To pewne. Nawet Jason Segel pojawi się na chwilę, by zjeść arbuza. A w tle rozgrywa się realistyczna impreza, na której ludzie dobrze się bawią. Rzadko taką w kinie można zobaczyć. Tylko ta z "Teda" mi przychodzi do głowy, jako coś równie udanego.


Ostatecznie jednak mam mieszane uczucia. Z jednej strony podobało mi się to chyba bardziej niż takie "Amerykańskie graffiti" lub "Uczniowska balanga". Z drugiej dużo łatwiej mi napisać o tym, co było źle, niż o tym, co naprawdę mi się spodobało. Wątków jest sporo, postaci jest od groma, ale ile z tego w pamięci zostaje? Zapewne najbliżej była scena w której zespół strzela focha, więc na scenę wchodzi ktoś z odtwarzaczem kaset i puszcza na maksa "Paradise City" Guns N'Roses. Wspomniany geek, zalany już na tym etapie piwem, wbiega na scenę i zaczyna to śpiewać. I kupiłbym tę scenę, gdyby na przykład zaraz za nim na scenę wbiegł perkusista i reszta zespołu, i zaczęli razem to grać. Wtedy by mi nie przeszkadzało, że widownia początkowo zażenowana tym co widzi, po chwili z jakiegoś powodu zaczęła na poważnie dobrze się tym bawić, i nawet złapali geeka, gdy ten się rzucił na nich po występie. Nawet bym dodał film do ulubionych, gdyby była taka scena.

Btw, na garach siedział Turk ze "Scrubs", a na wokalu Charlie z "Kate i Leopold".



6/10
http://rateyourmusic.com/film/cant_hardly_wait/


Po drugim seansie:

Ulubiony teksy (po tym, jak Kenny poszedł do łazienki i się zorientował, że kolejka długa na pół chaty, i wtedy ktoś spoza kadru krzyczy): "Hej, chodźmy się wysikać do basenu!"

niedziela, 21 kwietnia 2013

BABE - ŚWINKA W MIEŚCIE (poważna sprawa)

Low Fantasy & Adventure, 1998


Nie pamiętam zbytnio, jakie wrażenie zrobiła na mnie pierwsza część. Widziałem ją parę razy, kilka scen i ogólny wydźwięk pamiętam, ale nigdy nie czułem ekscytacji myśląc o tamtym tytule. Dwójkę podpatrzyłem na filmiku pana Walkera poświęconym niedocenionym klasykom. Generalnie chodzi tu o to, że żona szefa zabiera świnkę do miasta, a ich drogi zostają rozdzielone. Babe trafia do surrealistycznego pensjonatu, prosto w wir przedziwnych wydarzeń z udziałem małp, orangutana, psa na wózku i wielu innych.



To jeden z tych mroczniejszych filmów, w których co prawda jest pozytywne zakończenie oraz nieco humoru, jednak dużo częściej patrzyłem i nie wierzyłem, że to film dla najmłodszych. O gadających zwierzętach wyjętych prosto ze stylistyki filmowej Jeuneta. Dosłownie jedna z pierwszych scen - niczego tu nie zdradzam, to rzecz z czwartej minuty - przez świnkę Szef wpada do studni, i to w dosyć złożony sposób. Wszystko kończy się w dosadny sposób - potem z ulgą zobaczyłem, że ten szef wszystko przeżył. Byłem w szoku, że tak wygląda już 4 minuta filmu! I podobne sceny będą dosyć często. Przy dźwiękach Edith Piaf wybuchnie pożar, pod mostem zawiśnie pies, na wysypisku zawali się na kogoś starta ciężkich śmieci, rybka z rozbitego akwarium poleży trochę na podłodze...

Przy tym wszystkim bardzo polubiłem głównego bohatera o nieznanej płci. To jest pewnie główny motyw i morał filmu - pokazać, że nawet jeśli ciągle słyszysz, że nie nadajesz się do niczego i po części jest to prawdą, to nadal jesteś w stanie pomóc i coś zrobić. Ten mały Bekon z trzy czy cztery razy zaskoczył mnie swoją pomysłowością, szczególnie w kwestii wspomnianej rybki.
Z wad film kilka razy traci główny wątek. Również w jednej scenie Babe stanie się czymś na kształt przywódcy który ma rozwiązać wszystkie problemy, i nie mam różowego pojęcia skąd to się wzięło... Ale poza tym - bardzo pozytywny seans.

To mroczny i gwałtowny film. Nie mówię, żebyście nie puszczali tego filmu swoim dzieciom. Upewnijcie się jednak najpierw, czy sami jesteście na tyle dorośli, by poradzić sobie z dzieckiem które to obejrzy.

Może trochę przesadzam.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/babe__pig_in_the_city/

piątek, 19 kwietnia 2013

KSIĄŻĘ EGIPTU (szczęka opada)

Animation & Family, 1998


Sam film jest głupi jak but, ale jest też jednym z trzech najlepiej animowanych filmów jakie w życiu widziałem. Na pewno nie zagroził "Ghost in the Shell 2", co do "Spirited Away" nie mam pewności. Ale po kolei.

Film opowiada historię o tym, jak Żydzi opuścili Egipt pod wodzą Mojżesza. Spoiler - udało im się. Bohaterem jest Mojżesz, który wygląda na młodego dorosłego, ale ile lat ma dokładnie to nie wiem. Ma to o tyle znaczenie, że udało mu się przeżyć sporo w tym Egipcie i nie zauważyć, że tam całkiem sporo niewolników jest. I mają raczej ciężkie życie. To jeden z twistów i głównych dramatów wpływających na Mojżesza. Nie wiem, jak mu się to udało. Ja przejdę ulicą i nie mogę się powstrzymać od refleksji gdy zobaczę bezdomnego, a on miał wyjebane przez ile? 20 lat? Do tego... to Mojżesz. Wysłannik boga. Nie powinien być... nie wiem, wyjątkowy? Zasłużyć na to?

Bóg w tym filmie to oddzielna wada, bo to zdecydowanie czołówka jeśli chodzi o sadyzm i brak jakiegoś porządku, ze tak to ujmę. Każe Mojżeszowi zabrać Żydów z Egiptu, no bo tak.

Mojżesz: To chyba nie wyjdzie.
Bóg: Nie gadaj tylko rób.
Mojżesz: Ok, dam z siebie wszystko... Ramzes, wypuść ich.
Ramzes: Nie.
Mojżesz: Proooszę.
Ramzes: Nie.
Bóg: Dobra, to ja pozabijam mu zwierzęta, ludzi i syna, wtedy się zgodzi.
Mojżesz: To się chyba mija z celem...
Bóg: Skup się na patrzeniu, jak to robię.
Mojżesz: Wiesz, chyba na początek powinniśmy przynajmniej spróbować wyjść. Główną bramą. Z własnej inicjatywy.
Bóg: Czemu mnie nie słuchasz? A byłem taki dla ciebie dobry, rzekę w krew zamieniłeś dzięki mnie.
Mojżesz: Nadal nie wiem, po co to zrobiłem...




Mogę tak pisać jeszcze długo. Całość jest zbyt dziecinna. Bohaterowie mają charakter niewystarczający, by być choćby starszym bratem jeden dla drugiego, a skoro są Wybawicielami i Faraonami, to powinni mieć tego charakteru o wiele więcej. Zachowują się raczej jak nastolatkowie w ciele starszym od nich o 10 lat. Kwestie poboczne nie istnieją i Żydzi to jedyna siła robocza w całym Egipcie. Cel Boga jest taki, by zabrać ich na środek pustyni i tam zapewne mają umrzeć z głodu lub nudy, nie wiem (ale będą wtedy wolni!). Nikogo nie interesuje, że bóg w interesie Żydów doprowadza zapewne do holokaustu choćby bydła, a dalej nawet i ludzi zabija.

Choć tutaj zaczynam chyba krytykować materiał źródłowy.

Niemniej, jak mówiłem: film jest przepiękny. I nie tylko: jest olbrzymi! Wielkie doliny, wielkie budowle, a scena kulminacyjna nad Morzem Czerwonym to majstersztyk. Oglądać to w '98 roku w Imaxie musiało być niezwykłym doświadczeniem.


5/10
http://rateyourmusic.com/film/the_prince_of_egypt/

czwartek, 18 kwietnia 2013

BOGOWIE I POTWORY (trzeba zobaczyć)

Biopic & Queer Cinema, 1998



TOP 3 filmowych narracji:

1. Lost
2. Truman Show
3. Bogowie i potwory

Na czwartym miejscu bym dał pewnie "Psychozę" albo "Obywatela Kane'a", coś w tym stylu.

Więc, skoro to mam za sobą, konkrety - mieliście kiedyś wrażenie, że film który oglądacie jest całością? Początek prowadzi bezpośrednio do zakończenia, wszystkie elementy są przemyślane i niezbędne, a całość jest płynna, bez żadnych podziałów na akty lub sceny. Oglądanie tego można porównać do słuchania "Dark Side of the Moon".

Dla tych, co nie czają o co mi chodzi, przykład na czymś przeciwnym - "Szeregowiec Ryan" jest w tym beznadziejny. Tam pierwsza scena prowadzi jedynie do jej zakończenia. Grupa ludzi na wojnie szuka szeregowca Ryana - to nie jest opis filmu, tylko opis fabuły. Film nie zaczyna się od początku poszukiwań, ani nie kończy się, gdy go znajdą. W środku jest wiele scen niedotyczących tego wątku w żaden sposób. I tak dalej - chaos, rwana historia, brak spójności, płynności, pomysłu. Totalne przeciwieństwo "Bogów i potworów".

I wracam już do samego filmu - jest on adaptacją książki "Ojciec Frankensteina", będącej spekulacją na temat ostatnich chwil życia Jamesa Whale'a, który w latach 30-tych nakręcił dwa pierwsze filmy o Frankensteinie i "Niewidzialnego człowieka", a dekadę później odszedł na emeryturę, na której spędził 15 lat. Sporo faktów się zgadza z tym, co doczytałem później na Wikipedii - Whale faktycznie był homoseksualistą, a jego śmierć wyglądała tak jak pokazano ją w filmie (ups, spoiler, on umrze, sorry).

Ale to co pomiędzy wypełniono na podobnym poziomie co "Wieczność i jeden dzień" choćby (oglądałem niedawno, stąd skojarzenie). W obu filmach bardzo silne są wpływy przeszłości, wspomnienia i oniryczne sceny nad którymi trzeba przysiąść i zastanowić się, co oznaczały.

Tak, niesławne drugie dno.

Chciałbym napisać tak naprawdę o jednym - film jest o kinie. O tym, że drugie dno ukryte czasem jest zbyt głęboko by widz mógł je zobaczyć, proste kino nadal może być sztuką, a potencjał kinematografii jest olbrzymi.
Oj, chodzi o to, że chyba podszedłem do "Frankensteina" bez należącego mu się szacunku.

Notatka w formie zbioru myśli. Planuję powtórzyć sobie ten film.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/gods_and_monsters/


PS. Zgadnijcie, gdzie ostatnio wylądował Bill Condon, reżyser tego filmu?

środa, 17 kwietnia 2013

OSTATNIA NOC


Drama, 1998


Za kilka godzin kończy się świat. Jak będzie wyglądać ostatnia chwila tych ludzi? - to jest pomysł na film... ale wykonanie jest niezręczne, chaotyczne i trochę mdłe. Podobają mi się rzeczy spajające całość, np. w radiu prezenter będzie puszczał 500 utworów wszech czasów. A gość z gazowni będzie dzwonił do wszystkich klientów, dziękując im i zapewniając ich, że będą pracować do końca. To było świetne.

Cała konstrukcja jednak opiera się na tym, że jest sobie kilku ludzi którzy inaczej spędzają ten czas... W rozkroku z opowiedzeniem historii głównego bohatera. Tak jakby naraz chciano zrealizować mozaikę oraz fabułę z głównym wątkiem. Na początku bohater udaje się do rodziny, która zorganizowała z tej okazji Gwiazdkę. Po 20 minut idzie zostać sam, i wątek rodziny właściwie znika. Z drugiej strony są długie wprowadzenia dla postaci, których bohater nigdy nie spotka lub spotka w połowie filmu na chwilę. Jednocześnie miałem wrażenie, że reżyser nie ma czasu by opowiedzieć to co chce we właściwy sposób (wątki ucinają się lub się o nich zapomina - jedna postać kończy tak, że inna celowała w nią z broni, i... cholera wie co dalej), z drugiej pełno tu wypełniaczy. Film przy tym trwa ledwo półtorej godziny.

Główny konflikt chyba bierze się z tego, że bohater chce być sam i nie da rady, los tak nie chce. Ot, trafi na babkę która będzie  musiała się dostać na drugi koniec miasta, a że reżyser poszedł w schemat z rednekami, wszystko musi być rozwalone w trzy dupy, no bo kurwa. To w końcu koniec świata, nie? Musi do niego dojść jeszcze zanim on nastąpi. W każdym razie, pójdą razem szukać jakiegoś auta... Znajdą jedno, wybiją szybę, bohater będzie się szarpać z kablami po czym ze smutkiem przyzna, że nie ma zielonego pojęcia, co właściwie robi. Więc pójdą gdzie indziej. A film sobie leci...

Chciałbym zobaczyć scenę, w której wkurzony bohater bierze tę babę za fraki i wyrzuca ją z dachu na ulicę, żeby w końcu móc sobie pobyć sam ze sobą. To byłoby przekomiczne!

[nadgorliwi mogą uznać to co niżej  napiszę za spoiler]

Poza tym, nie spodziewajcie się jakiegoś zaskoczenia w zakończeniu lub wyjaśnienia, czemu równo o północy wszyscy umrą. Przejście do bieli i lecimy z napisami końcowymi, to będzie wszystko. Nie okaże się, że przyjdzie jakieś wojsko, lub że były rozbiory jakiegoś fikcyjnego kraju, a jedno miasto było przeciw temu więc władze ich odcięła i zaplanowała ich eksterminację. Po prostu... koniec. Znam takich, których się to spodoba.


6/10

wtorek, 16 kwietnia 2013

OD WESELA DO WESELA

Romantic Comedy & Music, 1998


Adam Sandler ma tu szopę na głowie i śpiewa. Od samego początku, wykonuje "You spin me round" od Dead or Alive, potem spopularyzowane przez Danzela. Z początku wydaje się inaczej, ale bardzo szybko okazuje się, że śpiewać umie. I to nawet kilkoma głosami, więc tylko dziwne, że w pozostałych filmach nie śpiewa. Zach Braff mógł to czemu nie Sandler? Dojdzie nawet do tego, że będzie drzeć ryja przy akustyku, czyli coś co bardzo lubię. Od Kurta przez Frusciante na Glennie skończywszy.




Wiele rzeczy z początku tutaj po prostu jest dobrze wymyślone i działa. Ot, choćby pomysł na fabułę - bohater śpiewa zawodowo na weselach, jest swoistym wodzirejem. Jednak gdy jego własne wesele nie dochodzi do skutku, traci wiarę w to wszystko i w pracy zamiast "Na pewno wam się uda" mówi raczej w stylu "Love stinks". I to jest ciekawe! Bohater jest sympatyczny i wiarygodny w swojej roli, a jego relacja z dziewczyną w której na koniec filmu się zakocha jest zwyczajnie świetna. Gdyby nie moje przyzwyczajenia i wiedza, czego się spodziewać po takim kinie, nawet bym nie pomyślał, że tak właśnie sytuacja się rozwinie. Ich pierwsza scena to zwyczajna pogadanka na boku, bez powodu i z przypadku. Ot, jak w życiu. I tak właśnie wygląda cała pierwsza połowa filmu. Komedia romantyczna wciąż jeszcze żyła w 1998!

Chciałem dać ocenę wyższą, ale po seansie nadal miałem z dupy humor, więc film jednak nie był aż tak dobry. Śpiewają fajnie, relacje między głównym duetem są fajne, ale całość leci kilka razy w dół z powodu kilku rzeczy. Ot, na przykład jest bardzo fajna babcia, którą Sandler uczy śpiewu (lol, jak to brzmi), a ona płaci mu klopsami. Do ręki. I potem ściska go za rękę na pożegnanie. Wyborny humor, doprawdy.

Inny przykład - historia jest w kilku momentach zbyt oczywista. Gdy bohater przechodzi załamanie i pierwszy raz wraca do pracy, to oczywiście niszczy wesele, a po wszystkim mówi niemal prosto do kamery mniej więcej w taki sposób: "Zrobiłem to, bo nie chcę, by byli szczęśliwi, skoro ja nie mogę". Dzięki.

Dalej - żałuję, że film nie był bardziej ambitny w kilku momentach. Dla przykładu, w drugiej połowie film sprowadza się do dwóch głupich schematów: nieporozumienie (Doug Walker to dobrze wyjaśnił) oraz dziewczyna bohatera chcąca się ożenić ze stereotypowym dupkiem który już teraz ją zdradza. Chciałbym zobaczyć coś bardziej życiowego, trudnego, czyli niech się żeni z kimś normalnym, kto ją kocha. I bohater musiałby z tym konkurować, prezentować coś świeżego lub odmiennego, albo nawet się pogodzić, że jest już zajęta... Spore możliwości na o wiele lepszy film. Szkoda, że twórcy poszli tu na łatwiznę.

I nie, dupek z "Garsoniery" się nie liczy. Nie był stereotypowy.

Cytat na dziś: "Nawet Billy Idol to łapie. Czemu nie ona?"


6/10
http://rateyourmusic.com/film/the_wedding_singer/

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

WIECZNOŚĆ I JEDEN DZIEŃ (!!!)

Drama, 1998


Theo Angelopoulos jako jedyny potrafi opowiadać kino drogi w taki sposób, by stało się ono kinem podróży. Przez magię i metafizykę, w której wieczność trwa dokładnie jeden dzień. A kiedy ostatnio wasz dzień trwał tyle, ile naprawdę trwa?



Ponownie nie rozumiem w większości tego, co zobaczyłem. Na jednym poziomie jest to film o starszym mężczyźnie, który jutro wybiera się do szpitala, a dzisiejszy dzień spędza z przypadkowo poznanym dzieckiem, nielegalnym imigrantem z Albanii którego spotkał, gdy ten podbiegł do jego auta stojącego na światłach, i umył mu okna. Na drugim poziomie jest to wiwisekcja przeszłości, przypomnienie sobie tego punktu zwrotnego który zaważył na tym, że bohater na starość znalazł się w tym właśnie miejscu. Wspomnienia dzieciństwa i żony, jej listów, kariery pisarza który dziś szuka znaczenia słów. Na kolejnym poziomie ludzie wychodzą na ulicę z czerwonymi flagami, zmarły poeta recytuje wiersz a do autobusu wchodzą muzycy z kontrabasem i skrzypcami, by zagrać dla bohatera. A to nie koniec.

Znowu będę musiał spędzić trochę czasu na Wikipedii, czytając o historii Grecji.

Piękny film. Wiele pięknych scen. Piękne zakończenie.


8+/10

niedziela, 14 kwietnia 2013

WYBAWCA (jasna kita..)

War & Drama, 1998


Ludzie w kinie dawno nie umierali tak zwyczajnie, jak w "Wybawcy". A bohater był tak bezsilny wobec wszystkiego wokół. Taka refleksja...



Prawdopodobnie będzie to dla wielu nieco traumatyczne, oglądanie tego filmu. Jest o konflikcie w byłej Jugosławii, ale niewiele mówi o nim samym. Skupia się tylko na epizodzie z życia żołnierza, który nie pozwala koledze po mundurze zatłuc na śmierć kobiety rodzącej dziecko. Teraz ma na głowie i ją i jej bachora. Mało tego - matka zamienia się w warzywo i przestaje w ogóle kontaktować. Nie że coś, po prostu zachowuje się jak suka i tyle. Wszystko jest na głowie bohatera - czyli jest to kino jednego aktora przez większość czasu. Na dodatek aktorem tym jest Dennis Quaid, który... daję radę! Jest świetny, poważnie! Znakomicie podkreśla wszystko to, czym jest ta historia - bezpardonowość, zmęczony i surowy konflikt wojenny, w którym jednostka jest tylko jednostką.
Film ma również jedno z mocniejszych otwarć. Zwróćcie uwagę na to, jak szybko bohater postanowi się zemścić...

Na minus bym zaliczył kilka deus ex machin w scenariuszu. W scenach, gdy będą potrzebował mleka a obok miną akurat farmę kozłów, mogę to wybaczyć. Gdy zejdą do wioski i spotkają tylko przyjaznych ludzi, którzy pomogą im o wiele za bardzo niż by mogli - też. Ale w scenie z kotem, który bierze się znikąd, już nie. Zobaczycie.


7+/10
http://rateyourmusic.com/film/savior/
- Chciałbym brać udział w wojnie o słuszną sprawę.
- Czyli chciałbyś nienawidzić tych, do których strzelasz?
- No. To byłaby miła odmiana.

piątek, 12 kwietnia 2013

SZEREGOWIEC RYAN (całkiem oglądalny)

War & Historical Drama, 1998


Powtórka. Jedna z moich najbardziej kontrowersyjnych ocen. Kiedyś stwierdziłem, że film ssie z wyjątkiem openingu. Innym razem poleciało to w tv, obejrzałem opening i stwierdziłem, że nawet on jest słaby. Więc dałem 1/10 i spokój. Potem minęło pół dekady i obejrzałem przypadkiem w telewizji jedną ze scen środkowych, jak ludzie idą przez pole... i gadają. Nic więcej, a oglądało się świetnie. Nakręcone to było wybitnie, potem jeszcze pamiętna scena ze snajperem... A, powtórzę sobie. Zacząłem oglądać filmy z '98, więc i okazja była ku temu.

Karny kutas za zaczęcie filmu od powiewającej na wietrze flagi amerykańskiej.

Opening tym razem lubię... umiarkowanie. Robi wrażenie, to oczywiste. W ogóle cały film należy do tych, przy których chciałbym pracować. Chuj, roznosić ręczniki, ale być tam i widzieć to na własne oczy. Film jest masywny, to prawie 1/8 "Titanica". Początkowa sekwencja na plaży Omaha wygląda tak, jakby była nagrana za pierwszym podejściem. Nie da się uwierzyć, że cokolwiek tam było powtarzane. Więcej - co tam się pojawiło, musiało być prawdziwe. Plaża, statyści, wszystko. Na całym terenie. Powala mnie ogrom tego wszystkiego, po prostu. Praca operatora to oddzielna sprawa - gdyby nie on, cały film nie robiłby nawet w połowie takiego wrażenia. I najlepsze: trwa to prawie 25 minut. Jedna scena, utrzymując przy tym cały czas wysokie tempo, klimat i w ogóle. Poza tym, nie pamiętam, by jakaś inna scena trwała tak długo.
Ale tak naprawdę to nie rozumiem, czemu innym miałaby się ta scena podobać. Ja to ja, mnie jarają te techniczne rzeczy. Reżyser (pierwszy, drugi, trzeci, pewnie było ich jeszcze więcej) świetnie ich wszystkich tam ustawił, operatorzy, scenografowie, kostiumy, goście od rekwizytów, potem edycja choćby kolorów w montażu... Wszystko to było świetne, ale co to widza obchodzi? Z punktu dramatycznego scena jest w sumie nudna. Ludzie biegną, bo generał i dowództwo to idioci, więc wyrzucili 40 tysięcy chłopów na zaminowaną plażę i ich plan jest taki, że mają iść przed siebie. Super. Big suprajz, że wszyscy umierają. Kto by się spodziewał. Zagadką jest raczej, dlaczego choć jeden przeżył. Chyba tym co bronili się znudziło i przepuścili kilku. "A co, najwyżej mnie zabiją" pomyśleli. Zero taktyki czy czegokolwiek, po żadnej ze stron. Bardzo uproszczone, bardzo trywialne. Do tego te chyba mające być śmieszne momenty, w których chłop dostaje kulkę w hełm i zdziwiony zdejmuje go, by zobaczyć, ile go dzieliło od śmierci... I wtedy dostaje drugą kulkę. Albo lekarz zatamował krew i jego pacjent dostał wtedy kulkę, więc się zdenerwował..

Takie sceny będą też później, wymienić trzeba koniecznie jednego żyda która stanął obok jeńców niemieckich i pokazywał im, że jest żydem. Super.

Takie sceny naprawdę osłabiają klimat i powagę tego wszystkiego. Sorry, operator nie zrobi za reżysera wszystkiego. Poza tym, jakby nie patrzeć, z punktu fabularnego to totalnie zbędna scena. Scenarzysta się nie popisał, zresztą nie tylko tutaj. Nie podoba mi się cała fabuła, zrobiona w konwencji kina drogi. Bohaterowie idą przed siebie, nie do końca jasne jest, czemu tam a nie gdzie indziej, gadają o misji i swoim stosunku do niej, mają po drodze przygody które nie mają niemal w ogóle wpływu na to, co będzie dalej... Te przygody jednak świetnie się ogląda, dialogów świetnie słucha, a tempo jest bardzo dobre (przyjemne pauzy!). Z tych rozmów nie wynika wiele, a bohaterowie pozostaną raczej anonimowi, ale przynajmniej będą brzmieć realistycznie. Niemniej, szkoda że na koniec fabuła okazała się nie mieć znaczenia tak naprawdę. Ostatnia godzina rozgrywa się w zasadzie już po filmie. Taka dobudówka. "A, skoro już tu jesteśmy, to dołączymy"

Ciąg dalszy wad i ich pochodnych - liczne zbędne sceny na czele z pierwszą; film przy tym trwa prawie 3 godziny; głupoty i bezsensy pokroju Toma Hanksa wychodzącego na plażę i wtedy film łapie bullet time'a, by ten mógł się rozejrzeć i zastanowić nad mokrymi majtkami; nachalne momenty, jak drżąca ręka kapitana ("pokazujemy ją widowni już 6 minut, myślisz, że załapali?"); denerwujące momenty, jak Daniel z "Lost" który przez 5 minut w finale beczy nad sobą, a piętro wyżej mu kolegę mordują, ale ten nie może się zebrać, ojojojoj, pełna pielucha.

Całość oglądałem ze sporą przyjemnością. Reżyseria jest całkiem niezła, operator wykonuje nieziemską robotę, ale przede wszystkim, to jak ten film wygląda powoduje u mnie zachwyt. To miasteczko na koniec wygląda tak, jakby naprawdę wzięli i zdemolowali jakąś wioskę przed nakręceniem filmu. Nie trzymają się tylko kilku ulic (jak w "Avengers"), ale całości. Znowu - chciałbym tam być i widzieć pracę ludzi robiących ten film. Niesamowite widowisko. Efekciarskie, ale jednak porządne widowisko.



6/10
http://rateyourmusic.com/film/saving_private_ryan/

czwartek, 11 kwietnia 2013

HAPPINESS (o.0)

Black Comedy, 1998


Film o ludziach, którzy uprawiają za mało seksu a ich życie coraz bardziej dziwacznieje.

Co tu więcej dodać?

"Happiness" to kino autorskie. Zaczyna się od smutnego Jona Lovitza siedzącego w restauracji. I już wszystko jasne. Smutny Jon Lovitz to coś takiego jak uśmiechnięty Buster Keaton. Mit. W każdym razie - dziewczyna którą do tej restauracji zabrał chce być dla niego tylko przyjaciółką. Potem ta dziewczyna w innej scenie rozmawia ze swoją siostrą - widz poznaje ją, jej męża i ich dzieci. Mąż jest psychiatrą, jego pacjentem jest postać grana przez Philipa Seymoura Hoffmana, który chce zerżnąć swoją sąsiadkę, ale nie jest do tego zdolny. Sam psychiatra też chodzi do psychiatry, opowiada mu o swoim śnie, w którym chodzi po parku i zabija ludzi. Dzięki temu czuje ulgę i budzi się szczęśliwy. Oprócz tego Hoffman ma jeszcze drugą sąsiadkę, która też będzie miała swoje do powiedzenia. Aha, i ta sąsiadkę którą chce zerżnąć jest znajomą dziewczyny i jej siostry z samego początku.



I... tyle. Reszta filmu to po prostu ich historie, ich życie. Nie przenikają się, nie tworzą razem mozaiki, po prostu toczą się z reguły oddzielnie i dochodzą do innych punktów. Skupiające się wokół samotności, bezradności w dorosłym ciele, poszukiwania kogoś, kto im pomoże i obroni przed światem.

Reżyseria jest świetna, a projekty postaci i to co mówią to prawdziwa sztuka. I wiecie co? Najbardziej w tym wszystkim jest zaskakujące, że polubiłem... ojca psychiatrę. Nie zdradzę, co on tu zrobił, ale będzie złym człowiekiem i w ogóle, ale... ojciec z niego był naprawdę dobry. Jego relacja z synem z którym naprawdę osiągnął jakieś porozumienie i zdobył jego zaufanie, przy tym mając wiele sensownego do powiedzenia w niezręcznych rozmowach pomiędzy ojcem i synem ("Wszyscy w klasie już mieli wytrysk" - nie ma w kinie drugiej takiej rozmowy. Po prostu). Nawet na samym końcu było w tej postaci coś takiego, przez co go lubiłem. Tzn. na tyle, by dać mu drugą szansę, rozumiecie.

Dobre kino. Ale nie jedzcie przy seansie obiadu czy coś. Nie pasuje.


7/10. Bardzo dobry polski tytuł.
http://rateyourmusic.com/film/happiness/

środa, 10 kwietnia 2013

(lekki) POCIĄG ŻYCIA

War & Comedy, 1998



Trwa II wojna światowa. W małej żydowskiej wiosce we Francji wszyscy mieszkańcy stwierdzają, że lepiej samemu się deportować do Palestyny niż czekać, aż Niemcy im to zrobią. Fingują więc fałszywą deportację. Zdobywają więc mundury Nazistów, wybierają spośród swoich ludzi z najsłabszym akcentem, kupują wagony z ciężkim sercem godząc się z tym, że nie mogą kupić od razu całego pociągu (wtedy byłoby taniej). Kłócą się, śpiewają i biadolą, że na pewno im nie wyjdzie.

I to nie tak, że jestem antysemitą czy co tam wam do chorej głowy przyszło. Gros żartów w filmie to właśnie żydzi śmiejący się sami z siebie. Gdy będą opuszczać wioskę jeden z nich rozbierze swoją ławkę, by żaden z Niemców nie mógł podziwiać widoku siedząc na niej itd. Reszta to drobnica pokroju głupka-maszynisty, który zepsuje wielki wyjazd jadąc do tyłu zamiast do przodu.


Żaden z tych gagów dupy nie urwie, wszystkie są takie jak tonacja całego filmu: lekkie i miłe. Przez to szybko uciekły mi z głowy i nie bardzo umiem nawet przypomnieć sobie choćby kilka. Poza tym, od pewnego momentu będzie widać zmęczenie materiału którego i tak nie będzie dużo (całość trwa jakieś 90 minut). Będą całkiem cwane, jak partyzanci chcący pozabijać Niemców ale gdy zobacz, że ci się modlą z Talmudem w ręku to osłupieją i zaczną się kłócić z dowództwem. Ale poza tym będzie np. wątek romantyczny zmierzający donikąd, lub też wojna muzyczna z Cyganami (hmm...).




Niemniej, nie widzę powodu, by dawać filmowi niższą ocenę. To sympatyczna opowieść w dobrym tonie i dramatem w tle, czyli tak jak trzeba było.


7/10

wtorek, 9 kwietnia 2013

666 PARK AVENUE (sezon I)

Fantasy & Mystery, 2012-13



Terry O'Quinn gra w nowym serialu całościowym, który właśnie się zaczął? Dam mu szansę.

Jak łatwo się domyślić, serial był skrojony pod Halloween. Akcja rozgrywa się w Nowym Jorku, w budynku nazywającym się Drake - jest to luksusowy apartamentowiec. Para głównych bohaterów - Henry i Jane - dostaje darmowe mieszkanie w tym budynku pod warunkiem, że Jane będzie tu pracować za darmo jako dozorca. To prawdziwie bogate miejsce, podobnie jak cały serial. Widać po strojach bohaterów, błyskotkach u kobiet i wystroju wnętrz. To co piją i czym się zajmują również takie jest - i to pewnie jest powodem anulowania serialu. Koszta były za wysokie. Na szczęście scenarzyści pozbierali się do kupy, przerwę w emisji wykorzystali dobrze i udało im się zamknąć historię w 13 odcinkach. Z ewentualną furtką do drugiego sezonu i kilkoma niewyjaśnionymi rzeczami, by było o czym opowiadać.

Przede wszystkim, serial ten cenię za bohaterów, którzy są zwyczajnie sympatyczni. Dwójka głównych bohaterów to wręcz idealna para - ufająca sobie nawzajem, szczera wobec siebie, popełniająca błędy ale potrafiąca je poprawić i wybrać właściwą drogę. Przeciwwagą dla nich jest para Louise i Briana, ludzi nieszczególnie sobie radzących z problemami i w końcu ulegających takim rzeczom jak choćby alkohol. Główne skrzypce gra para właścicieli budynku, czyli Gavin Doran z żoną Olivią, ale o nich póki co nic nie powiem.
To tylko niektóre z postaci - raczej te stałe, które przeżyją po prostu do końca serialu, i wokół nich będzie toczyć się akcja. Oprócz nich pojawi się wiele postaci tylko na dany odcinek, wiele z nich związanych z Gavinem, i tu znowu muszę trochę poczekać.

Losy tych ludzi będą się przeplatać bardzo płynnie. Każdy wątek wpływa na pozostałe, każdy będzie kontynuowany w kolejnym odcinku, czasem w zaskakujący sposób. Nie ma tu czegoś, co będzie można w sumie pominąć. Wpłynie to na koniec, w ten czy inny sposób. Ważne - większość odcinków rozgrywają się w ciągu jednego dnia, tzn. zaczynają rano a kończą wieczorem. Dzięki temu całość jest intensywna, a 40 minut schodzi zaskakująco szybko.



Produkcja ma więcej zalet, ale na początku... nie jest atrakcyjnie. Jako całość ma problem z trzymaniem tajemnicy do końca lub subtelnością. Jeśli chcecie coś wiedzieć to z reguły dowiecie się tego od razu. Dla przykładu - Gavin to diabeł. I nie ma dyskusji. Pierwsza scena, jak wraca do domu i robi tornado w dupie jakiegoś skrzypka. Wiecie, że to będzie horror nadnaturalny. Efekty też są kiepskie, szczególnie na tle całej bogato zdobionej reszty. Kiczowate ręce wystające ze ściany, jakiś Człowiek Dym, fuj fuj. Ale z kolejnymi odcinkami Diabeł nie tylko okazuje się działać po cichu, subtelnie, mając na celu wykonanie jakiegoś planu który zna tylko on i jego żona. Na dodatek w kilku ostatnich odcinkach nawet byście go nie podejrzewali o byciu Diabłem. Tak rzadko korzysta ze swoich mocy, i taki zwykły jest w stosunku do tych, którzy jego sekretu nie znają. W ogóle się go nie bałem przez większość czasu. Dla mnie to zaleta - był aż tak przekonywujący. Jednocześnie było oczywiste, że gdy będę tego potrzebował, on przyjdzie i zaproponuje mi umowę...


Zasada progresu tyczy się całości. Z każdym odcinkiem widz dowiaduje się więcej o budynku, jego historii, odwiedzi jego piwnicę i otworzy zamknięte drzwi. Będą też momenty bardziej ambitne - jedna z postaci znajdzie zdjęcie samej siebie mieszkającej w tym budynku, mimo iż była przeświadczona, że widzi Drake'a pierwszy raz w życiu na oczy. Wtedy zada nie jakieś zwykłe, pospolite pytanie. Nie, ona zapyta: "Kto zrobił  to zdjęcie?", nadając całości zupełnie innego wymiaru, budząc u widza ciekawość. Okaże się również, że Gavin wcale nie jest diabłem - a przynajmniej nie jest tym diabłem. Będzie ktoś wyżej od niego. Albo chociaż mu równy.
Pierwsze dwa odcinki są dosyć przeciętne, od trzeciego w górę trzyma poziom.

Na koniec oczywiście pojawiają się odpowiedzi, ale raczej te wyjaśniające losy bohaterów, jak ta historia skończyła się dla nich. Pytania dotyczące Drake (np. jego serca) pozostawiono niewyjaśnione.

MROCZNE MIASTO (niezłe sci-fi)

Tech-Noir & Dystopian, 1998


Mężczyzna budzi się w obskurnej łazience, na podłodze pałęta się strzykawka a pod ścianę stoi krzesło na którym leży ubranie wyraźnie przygotowane dla niego. W następnym pokoju odbiera telefon. Ktoś po drugiej stronie radzi mu uciekać. Idą po niego. Ten zwiewa od razu - bo zauważył obok łóżka ciało kobiety... Świetny opening. Po prostu. Schematyczny, ale klimatyczny i bardzo dobrze wykonany. Rewelacyjne efekty specjalne, druga ważna zaleta filmu, szybko rzuci się w oczy. Cały model miasta i różne... działania, tak to ujmę, które w nim zajdą, naprawdę mnie zachwyciły swoją spójnością i rozmachem.



Potem już tak dobrze nie jest. Z początku mnie to złapało, chciałem to oglądać i poznać odpowiedzi, ale szybko straciłem zainteresowanie. Fabuła szybko sprowadza się do tego, że główny bohater będzie sobie szedł przed siebie. Z grubsza. Ciekawy, bardzo klimatyczny i wiele obiecujący świat zostaje obrócony w bardzo nieprecyzyjną i niekonkretne rozwinięcie oraz odpowiedzi. Które zresztą pojawiają się bardzo szybko, ale bohaterowi one nie wystarczą, więc jeszcze trochę pochodzi i uzyska te same odpowiedzi co wcześniej... Szkoda też, że różne postaci dowiedzą się o co biega w różnych odstępach czasu i każdej trzeba będzie to tłumaczyć oddzielnie... To będzie stopować film, po prostu.

I jeszcze raz o odpowiedziach - te nie mają wiele wspólnego z czymkolwiek ([SPOILER] choćby to: badali ich, a nie ma scen w którym prowadzą jakiekolwiek badania... [/SPOILER]).

Sprawa staje się lepsza ku końcowi, gdy to jest kilka dobrych scen o tym, co tworzy człowieka człowiekiem. Niby nic konkretnego, ale przynajmniej sensownie rozmawiali. Dobre sc-fi, słabszy kryminał.


6/10
http://rateyourmusic.com/film/dark_city/

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

WRÓG PUBLICZNY (tylko ok)

Action, 1998


Bohater grany przez Willa Smitha jest żonatym adwokatem i zdecydował się zajrzeć do sklepu z damską bielizną, by coś kupić żonie pod choinkę. Z zaplecza nagle wybiega jego znajomy ze studiów. Zdyszany, rozkojarzony, ledwo poznający naszego bohatera. I tak jest tam tylko chwilę, znika ze sceny tak szybko jak się pojawił. Gdy Will Smith wychodzi na zewnątrz widzi znajomego kolejny i ostatni raz, nieżyjącego w skutek potrącenia przez samochód. Niedługo potem zaczną się dziać różne rzeczy - ludzie z rządu zaczną się interesować tym, ile pieniędzy wypłaca i komu je przekazuje, jego dom zostanie przetrzęsiony przez jakieś dzieciaki które powywracały mu wszystko do góry nogami a psa pomalowały na zielono.

Fajnie, że umiem opowiadać ciekawiej niż ludzie w Hollywood.

Jakaś tam nadzieja kina na poziomie "Ściganego" szybko ginie, a tak naprawdę to w ogóle nie zostaje dopuszczona do głosu. Widz wie od początku, o co chodzi i skąd przeciwnik bohatera wie i umie tyle rzeczy. Rozchodzi się o to, że rząd USA chce wprowadzić coś, co w rzeczywistości kilka lat później będzie się nazywać "Patriot Act", a Smith znajduje się przez przypadek w posiadaniu nagrania, które zapewni dożywocie politykowi, który zamierza tę ustawę wprowadzić. Nie wnikam, czemu taka osoba może zacząć inwigilować dowolnego obywatela kraju (choć powinienem), ale skutek jest wiadomy: podsłuchy, śledzenie kont bankowych, kamery wszędzie. Bohater filmu szybko ląduje w gazetach, jego karty zostają zablokowane a żona... zaznaczam: to jest zwyczajna postać kobieca w filmie. One zawsze są niesympatyczne, wyłączając pojedyncze przypadki jak "White Collar". We "Wrogu publicznym" zachowuje się tak: "Widziałeś na oczy inną kobietę pozą mną? E-E, śpisz od dziś na kanapie. W IKEI !!". Zostawię to bez komentarza.

Wracając jeszcze na chwilę do rządu, jest on tu pokazany dużo bardziej potężnym niż można to przełknąć. Umie nawet wziąć nagranie 2D ze zwykłej kamery ochronnej i prze konwertować je jakoś w obraz 3D, który można obracać i sprawdzać, co jest po drugiej stronie jakiegoś obiektu, której kamera nie widziała. Cuda, panie...


To i słaba postać żony bohatera to nie są jedyne wady. Najbardziej mi uwierał słaby humor, bardzo wymuszony i nieśmieszny. Przykład - bohater wybiera bieliznę i zachowuje się tak, jakby po głowie chodziła mu jedna myśl ("o kurczaki, powiedział biust, nie mogę się śmiać, nie mogę, nie mogę, nie mogę..."). Inna scena - w pewnym momencie bohater dowie się, że ma pluskwy. Nie wiedząc ile, będzie zmuszony zdjąć całe ubranie. Zrobi to w pokoju hotelowym, na tle jakichś azjatyckich turystów, którzy pomyślą, że on robi striptiz. I zaczną klaskać (a przynajmniej ona zacznie, nie pamiętam jak on) i w ogóle będą tacy zadowoleni. Ech, głupiutcy, głupiutcy... Wolałbym takie kino na poważnie.

Całość jest sprawna i rzetelnie wykonana, choć jedynie przejeżdża się po schematach (przechodzicie przez tory? Jedno z was musi upaść) zamiast ostać w pamięci i kopnąć w jajka. Jedynie początek i ostatnie 30 minut zapamiętam pozytywnie. Strasznie podobało mi się, że na początku dodali psa. Scena dzięki temu zyskała naprawdę wiele, naprawdę docierając do widza mimo swojej krótkości. Za to na koniec miło mi było zauważyć, że to właśnie od ostatnich scen zaczęto pracę nad skryptem, budując na nim resztę filmu. Kilka bardzo fajnych rozwiązań i zagrań. Plus efektowna strzelanina, przypominająca tę z "Bękartów wojny".



5/10
http://rateyourmusic.com/film/enemy_of_the_state/

niedziela, 7 kwietnia 2013

PERFECT BLUE (schiza i animowane cycki)

Anime & Psychological Thriller, 1998


Mima jest piosenkarką pop, uwielbianą przez tłumy. Jest członkinią trio popowego, jednak postanawia odejść z niego, by zacząć na poważnie karierę aktorską. Może być ciężko pisać dalej, bo film od samego początku atakuje widza niewytłumaczalnymi ujęciami i klimatem, sceny z bohaterką przeplatają się ze scenami w których ktoś identycznie jak ona wyglądający prowadzi życie kompletnie inne od tego, które ma ona. I nie wiadomo nie tylko, czy to jest jakiś inny wymiar lub bliźniaczka bohaterki, ale też nie miałem pewności, czy te drugie sceny widzę tylko ja, czy bohaterka też jest ich świadoma. Przeplatają się one w taki sposób, że nie można mieć pewności. Mima rozmawia przez telefon, musi pójść do łazienki zakręcić kran w wannie. I tam idzie, ale w tej rzeczywistości w wannie nie ma wody, a ona idzie tylko ręcznie prać różne rzeczy.

To zresztą dopiero początek, bo potem te dwa wymiary zaczną się mieszać jeszcze z rzeczywistością filmową. W końcu będzie tą aktorką, i często dawałem się złapać, że jakaś scena kończy się okrzykiem "Cięcie!". A to wcale nie koniec, bo reżyser "Perfect Blue" zabierał moją wyobraźnię też na kilka innych poziomów. Ot, choćby poprzez niesamowite urealnienie scen w których bohaterka grała. Striptis w barze zakończony gwałtem, w którym ona krzyczy, jej bielizna jest porwana a tłum skanduje wokół, kibicując temu który ją gwałci*... I co z tego, że to film animowany? Albo że gość obok krzyczy co chwila "Robimy powtórkę... Nie, proszę zostać na miejscach". W każdej chwili mogło się okazać, że jestem w pewnym wymiarze, w którym ten gwałt jest całkowicie prawdziwy. Był aż tak dobrze pokazany...



Będzie krew i spora brutalność. Poczucie zagubienia, braku oparcia a także zakończenie, które wprawdzie odpowie na pytania, ale można było oczekiwać, że zrobi to bardziej spektakularnie. Dobry film, z niezwykłym klimatem i piękną animacją. Przemyślany i wykraczający poza schemat i przeciętność.

7/10
http://rateyourmusic.com/film/パーフェクト・ブルー/



*
tak, widać jej ciało. Nie pozwalajcie rodzicom wejść do pokoju. Film jest dla dorosłych, zapewniam.

sobota, 6 kwietnia 2013

POLOWANIE (ma słabsze momenty)

Drama, 2012



Tak sobie patrzę i oglądam... Mała dziewczynka bardzo często wymyka się poza nawias rodziny, która niezbyt szybko orientuje się, że ta znika. Nie odchodzi daleko, ale często nie pamięta, jak wrócić - bo chodzi patrząc w dół, na linię na chodniku (ech, ci reżyserzy z Dogmy i ich metafory o subtelności cegły). Wtedy pomaga jej Lucas, jej i wielu innym dzieciom. Pracuje w przedszkolu, a wspomniana dziewczynka jest również córką jego przyjaciela, ich relacja jest więc częstsza niż z resztą szkrabów. Pewnego razu mała całuje Lucasa w usta (ponieważ... czemu nie?), ten jej mówił, by tego nie robiła, na co ona idzie do przedszkolanki i mówi: "Nie lubię Lucasa. On sztywnieje". Aha. Przedszkolanka bierze więc sprawę w swoje ręce i bezradna stwierdza, że trzeba z procedurą postąpić...

I ja już wiem, co to za film jest. Oskarżenie o molestowanie, wściekły tłum, biedny Lucas i zakończenie mówiące o tym, że nie będzie łatwo żyć po tym, co się wydarzyło... Tak, widziałem to już nie raz, nie dwa tysiące razy. Przede wszystkim, chciałbym zobaczyć
jakiś film wnoszący trochę świeżości do tematu. Ot, choćby by Lucas był kobietą, którą oskarżono o molestowanie chłopca. I już jest ciekawie! Widzę to oczyma wyobraźni, tępych wieśniaków z głupią miną pytających się nawzajem "Jak kobieta może zgwałcić dziecko?" (+ śmiech Leppera z taśmy).

Ale wypełnienie rzetelne schematu też nie byłoby czymś, co bym potępiał. Ale "Polowanie" nie jest nawet tym. Leci na skróty po każdym możliwym schemacie, nie pytając siebie czemu on służył w innych, lepszych filmach. Ale o tym zaraz, a teraz, te dwie sceny:

Syn Lucasa przychodzi w pewnej sprawie do przyjaciela ojca. Ten właśnie przyjaciel ma córkę, która niby była molestowana. Rozmowa generalnie taka poboczna, gdy jednak pojawia się wspomniana córka Marcus nie wytrzymuje i pyta: "Czemu kłamałaś?" I się zaczyna... wszyscy się zbierają, z 15 ludzi na niego się rzuca, wywalają go niemal natychmiast na dwór, a gdy ten protestuje to mu wpierdalają w pysk. Myślicie sobie: "co kurwa?", ale to nie koniec. Bo wy zapewne przeczytaliście to wolniej niż to się faktycznie działo. Sprawdziłem, bo sam nie wierzyłem. 35 sekund. Od momentu "Czemu kłamałaś" do wpierdolenie mu.



Lepiej jest w scenie, gdy Lucas idzie do spożywczego, prosi w dziale mięsnym o dwa kotlety, a sprzedawca mówi, że mu nie sprzeda. Bohater upiera się, że chce zrobić zakupy, więc sprzedający nie ma wyboru. Musi, no musi mu wpierdolić. Tu już trzeba było aż 36 sekund. Ale scena wcale się nie kończy, bo on stawia opór więc pozostali muszą mu jeszcze przywalić, aż z tego sklepu pozwoli się wyrzucić. Dobra, więc gdzie realizm? Bo jakby to wyglądało w prawdziwym świecie:
- przyjeżdża policja
- zgarnia jednych i drugich
- biorą nagrania z kamer ochronnych, widzą, że to oni zaczęli;
- Lucas dostaje gigantyczne odszkodowanie od sieci sklepu;
- nieuprzejmi sprzedawcy w najlżejszym rozwoju wypadku tracą pracę;
- firma leci na giełdzie;
- itd.

Ale nie, nie tutaj. Tutaj niepotrzebny jest realizm. Nawet w najbardziej schematycznej formie, czyli ludzi ze sklepu czających się w nocy na bohatera, gdy ten będzie szedł ulicą. Nie, tutaj idziemy na skróty. To nie tak, że dramaty psychologiczne i społeczne muszą mieć realizm. I teraz pytanie: czemu zrezygnowano z tego realizmu? Bo scena jest totalnie zbędna z punktu fabuły, niczego nie wnosi. Żerowanie na empatii widza? Hmm. BARDZO ŁADNIE.

Pozostałe sceny już mają realizm, żeby nie było. Po prostu w kilku nic nieznaczących scenach reżyser stwierdził, że film nie może mu wyjść za dobry i trzeba trochę gówna dorzucić. Problem z nimi polega na chujowym tłumie, który nie jest ani trochę wiarygodny. Przedstawia się go jako totalnych idiotów, którzy jednego dnia są w porządku i w ogóle, a drugiego dzielą się na dwie grupy - jedna to "HULK SMASH" a druga trzepie kutasa na widok cierpień Lucasa (rym niezamierzony). I koniec. Nawet zabiją bohaterowi psa. I rzucą cegłą w okno po nocy. Bo każda historia tego typu musi tak wyglądać. Od linijki. Bo to właśnie robią ludzie, gdy kogoś nie lubią. Zabijają mu psa. A jeśli nie ma psa? Pewnie mu go dają w prezencie. Dla niepoznaki, dwa lata wcześniej.

Inna scena - jak Lucas idzie do kościoła, bo Wigilia. Myślę: "Co, teraz ksiądz mu wpierdoli?". Nie, dla odmiany to bohater zbił kogoś innego. I znowu - tłum który tak bardzo go nienawidzi nawet pewnie nie rozważa, by samemu z tym zadzwonić na policję. Bo mogą przecież. 80 świadków, siniaki na twarzy poszkodowanego... Ale nie. Ech...

Film poza tym jest całkiem... oglądalny. Ma ładną reżyserię i Madsa Mikkelsena w roli ojca, który ładnie się tam tuli z synem. To spokojny film, atmosfera rośnie z każdą minutą a opowieść toczy się swoim rytmem. Grzeszy schematyzmem i brakiem realizmu w kilku ważnych scenach, i nie ma żadnego powodu by go obejrzeć, jeśli widziało się coś w tym stylu wcześniej, ale poza tym w porządku.


6/10
http://rateyourmusic.com/film/jagten/

piątek, 5 kwietnia 2013

OBŁAWA (what's the point?)

Historical Drama & War, 2012


Z początku nawet nie wiemy, gdzie i kiedy toczy się akcja filmu. Chatki wyraźnie partyzanckie w środku lasu wskazują na 2 wojnę światową, ale jej początek? Zakończenie? Czy może jakiejś jej echa i teraz oglądam tak naprawdę cyrki u Ślązaków? I to jest spora zaleta filmu - nie ma tu prostego wprowadzenia. Nie ma bohaterów, którzy się sobie przedstawiają. Tak w ogóle to nie ma tu wielu dialogów. Na początku słuchamy rozmowy dwojga mężczyzn. W następnym ujęciu widzimy ich, ale to już zupełnie inna rozmowa. Idą razem lasem, jeden za drugim. Gdy ten z przodu stwierdza, że już nie idzie dalej, ten z tyłu strzela mu w głowę.

Film wyróżnia niestandardowa narracja, pozbawiona czegoś takiego jak teraźniejszość przez większość czasu. Wszystko co widz zobaczy będzie albo retrospekcją albo futurospekcją, albo pokazaniem tego, co ten widział wcześniej, ale z innej perspektywy lub w innym kontekście. I bardzo dobrze, ale... jakiś sygnał, że to nie jest tradycyjna narracja? Bo ja się zorientowałem dopiero w połowie filmu, szczerze mówiąc. Dźwięk dający znak, że zmienia się linia czasowa? Cokolwiek?

Bród, szarość i kamienie


Puzzle układają się ostatecznie w dobrą, ciekawą historię. Spodobało mi się, że wojna jest tłem, a centrum filmu to jednostki, ludzie i ich przeżycia, myśli i tak dalej. Jestem pewny, że zapadnie ona w pamięć. Szczególnie minimalistyczna Bohosiewicz, która na dobrą sprawę w ogóle się nie będzie odzywać. Ale jedno mnie męczy - what's the point? To wygląda, jakby ktoś zabrał z tego filmu zakończenie, podsumowanie, powód jego istnienia (jakkolwiek to brzmi). O czym był ten film? Dlaczego opowiedziano go taką a nie inną metodą?

Takie dziwne uczucie, które czujecie do programu na który przełączyliście gdy na kanale który akurat oglądaliście zaczęły lecieć reklamy. Obejrzeliście kawałek, spojrzeliście na zegarek, zauważacie że minęło już 10 minut więc pewnie się skończyły. Przełączacie z powrotem i już do tamtego programu nie wracacie. Idziecie spać, przypominacie sobie o tym programie. Myślicie: "Hej, był dobry, chciałbym go obejrzeć kiedyś w całości". Taki właśnie jest mój stosunek do "Obławy", o.



6/10
http://rateyourmusic.com/film/oblawa/

czwartek, 4 kwietnia 2013

SPRING BREAKERS (są cycki)

Erotic & Crime, 2012




- Douglas Crise?
- Kto pyta?
- Cliff Martinez. Kojarzysz mnie?
- Zajebista robota przy "Drive". Sup?
- Przyjedź do mnie. I weź zgarnij po drodze Benoîta Debiego. Wiesz, tego co kręcił ostatni film Noego.
- Zbierasz mocną ekipę. Poważna sprawa widzę.
- Bardzo.
***
- Dobra Cliff, dawaj.
- Dostałem niedawno scenariusz do "Spring Breakers". Słyszałeś?
- Nie. Doug chyba  też nie.
- Dupy z High School Musical pokażą tam cycki.
- A, teraz rozumiem. Słyszałem. I co dalej.
- To będzie syf.
- To dosyć oczywiste. Dupy pokażą tam cycki. Czego się spodziewasz.
- One ich nie pokażą.
- O kurwa.
- W scenariuszu jest tak, że jeśli masz rolę mówioną to nie pokazujesz cycków.
- Nie gadaj, że chcesz coś z tym zrobić.
- Nie, nie, ale film po prostu będzie okropny. Zresztą, weźcie sami poczytajcie, mam tu kopię.
***
- Ja pierdolę, nie mają kasy by wyjechać więc jedynym rozsądnym sposobem jest oczywiście napad na bar za pomocą pistoletów na wodę. I to im się udaje.
- Czytaj dalej.
***
- Jakim chujem te trzy dziwki są przyjaciółkami od dziecka z tą zakonnicą? Ja po 20 stronach nie wytrzymuję jej pretensjonalnych monologów, a co dopiero one? To nie ma sensu.
- Generalnie psychologia leży w tym filmie.
- Weź mi to lepiej streść facet, bo chyba długo już nie wytrzymam.
- Dopiero po 30 stronach wchodzi fabuła, więc może spróbuj dalej.
- Niech ci będzie...
***
- O, ten murzyn jest całkiem niezłą postacią.
- Jaki murzyn?
- No, ten co je uwolnił z aresztu.
- On jest biały.
- ...
- Czytaj dalej, jak dojdziesz do sceny w jego sypialni, daj mi znać.
-  ...................CO TO K... Jaki człowiek tak się zachowuje
... i czemu na wszystko mówi "shit"?
- Straszne, nie?

- To najbielszy białas od czasu Vanilla Ice'a. Gdybym nie był tym faktem przerażony to zapewne zesrałbym się ze śmiechu. Nie wyobrażam sobie oglądać tego w kinie.
- Doug, ale to nie koniec, te dziewczyny są tym podniecone i chyba na niego lecą.
- CO TO K...
***
- Nie wyrabiam. Nagle stwierdziły, że jednak im się nie chce.
- Dotarłeś do fragmentu o "to chyba jest sensem życia? Bycie dobrym człowiekiem"?
- No. Chyba jebnę zaraz. Jakie dzieciaki tak w ogóle ze sobą rozmawiają? Ta pierwsza akcja, jak poszli na napad, i jedna przekonuje pozostałe słowami: "Wyobraź sobie, że to gra wideo". I potem ten koncert, na którym jakiś biedny Sean-Paul-Wannabe gada do publiki o tym, że jest z kosmosu i rzuca banknotami w publiczność... Serio dziś takie koncerty się rozgrywają? Nie wspominając już o tych monologach wewnętrznych bohaterów. Ja pierdolę, im się w dupach poprzewracało, aż nie chcę w to wierzyć.
- Ważniejsze jest, dlaczego one w ogóle to robią? Jakim cudem są przyjaciółkami od dziecka z tą zakonnicą, a jednocześnie one wyrosły na dziwki, a tamta nie? Czemu nadal się przyjaźniły? Czemu tak łatwo im przyszło zacząć kraść na poważnie? Czemu na koniec nawet zabijały? Czemu w ogóle zadaję sobie takie pytania?
- Bo dostrzegłeś to co ja, Beniot. Można z tego zrobić głęboko i refleksyjnie wyglądające kino. Można pomieszać narrację w montażu, można pobawić się z barwami i dźwiękiem.
- A po co? Niech to nakręcą w standardowy sposób i niech widownia zaśnie z nudów.
- To nie może zostać zrealizowane. Nie tak. Każdy z nas ma już najgorszy film w historii. I niech tak pozostanie.
- "Geniusze w pieluchach"
- "Titanic"
- "Drive"
- ?
- Sorry, Cliff, jestem hetero.
- To temat na inną opowieść. W każdym razie - jak to zostanie wybrane najgorszym filmem roku, to każdy będzie chciał to zobaczyć. Musimy się zakręcić wokół tego projektu, żeby dzięki temu jakoś to będzie chociaż wyglądać. Bo jeśli to zostanie wykonane w standardowy sposób, z bohaterami siedzącymi przed nieruchomą kamerą, ze zwyczajną narracją i muzyką, nie ma na to szans. Ale jeśli Benoit odwali "Drzewo życia", ja "Drive" a ty, Doug, zrobisz "Debiutantów", to są szanse, że film nie zbierze najniższych ocen. Wiecie, będzie artystyczny i w ogóle... Dziwny. Może nawet niektórym się to spodoba.
- Przekonałeś mnie. Ale ludzie nie uwierzą nam, że z tego powodu weszliśmy w ten projekt.


----
Krótkie podsumowanie.

Plusy:
- James Franco śpiewa lepiej od Russela Crowe;
- jedna dziewczyna jest nawet ładna;


Minusy:
- Pretensjonalny bełkot wewnętrzny jednej babki...
- ...która gdy sobie pójdzie to zostanie zastąpiona przez drugą...
- brak psychologii postaci;
- fabuła wchodzi po 30 minutach;
- jestem za stary na takie rzeczy, albo młodzież nigdy tak nie mówiła i te rozmowy z filmu są wyssane z pałki;
- w tym filmie nawet murzyni są biali i zachowują się jak 8-latek, który pierwszy raz odpalił "San Andreas", a następnie wrzuca z tego zdjęcia na naszą klasę z podpisem "Jeste Gangsta";


4/10
http://rateyourmusic.com/film/spring_breakers/


Jakby ktoś nie zrozumiał bardzo ambitnej formy tego tekstu (tak jak ludzie w komentarzach) - film jest nudny.

środa, 3 kwietnia 2013

Pokłosie (7+/10)

Thriller, 2012



Franek Kalina przylatuje z Chicago do Polski. Wsiada w pociąg, przesiada się do autobusu, jedzie na wieś. Po 20 latach wrócił do domu. Do brata, Józka. Idąc długą drogą obok lasu widzi coś między drzewami. Goniąc za tym czymś uderza się w głowę, a gdy się budzi słońce już dawno zaszło. Jego torba zniknęła, a przejeżdżający obok policjant nie jest skory do pomocy w jej odszukaniu. Przynajmniej podwiezie bohatera do celu. Gdy po nocy zajrzy do brata, ten wybiegnie z domu z siekierą w ręku, a nawet po rozpoznaniu znajomej mordy nie będzie skory do rozmowy. Następnego dnia gdy Franek zajrzy na komisariat w sprawie torby dostanie mandat dla brata, za rozebranie po nocy pewnej drogi.

Czujecie tę oryginalność? I wcale to się nie zatrzymuje w połowie, tylko toczy się dalej, niemal aż do samego zakończenia. Czemu Józek rozebrał tę drogę, i to gołymi rękoma? Czemu nie chce powiedzieć, czemu jego żona z dziećmi wyjechała do Ameryki i teraz mieszka z bratem? Kto zabrał Frankowi torbę? Żadne z tych pytań nie zapowiada finału i rozwiązania zagadki, w którą wdepną bohaterowie.

Scenariusz jest precyzyjny, ma naprawdę dobre tempo i wessał mnie w świat filmu. Każdy element świetnie współgrał z kolejnym, układając się finalnie w ostateczny obrazek budzący naprawdę silne emocje. Historia tego filmu naprawdę mnie zachwyciła - brak schematyzmu, bardzo ciekawa i naturalna, wpasowująca się w historię Polski. Naprawdę można uwierzyć, że taka wieś istnieje. Do tego ten klimat całości, przywołujący mi w pamięci połączenie "Zaczarowanego ogrodu" z... "Silent Hillem". Nie żebym grał.

To naprawdę dobry film, do którego chętnie kiedyś wrócę. Tutaj nawet przysłowiowy wściekły tłum jest bardzo dobrze wykonany - tutaj ma powód dla którego tak się zachowuje.

Wada natury technicznej jest tylko jedna. Polska szkoła montażu dźwięku, oczywiście. O co mi chodzi i co to jest? To jest zgranie dźwięków tła z mową aktorów, muzyką i tym, co trzeba dograć w studiu. Przykładowo, gdy w filmie ktoś się topi i krzyczy o pomoc*, to co on mówi jest dogrywane potem w studiu by wyizolować szum morza, żeby widz w kinie słyszał coś naturalnego, jakby naprawdę tam był. Niestety komputery i inne urządzenia nie rejestrują tak jak ludzkie ucho i trzeba się nad tym napracować, by brzmiało naturalnie (wyjdźcie z kamerą na dwór i posłuchajcie, jak inaczej rejestruje ona dźwięk wiatru). W "Pokłosiu" wolano kazać aktorom drzeć ryja, gdy na przykład obok zapierdala kombajn. POWODZENIA. Podobnych scen w filmie jest z 10, ale to pryszcz - bo przecież trzeba do tego dowalić jeszcze muzykę. I hierarchia wygląda zwykle tak, że najpierw słychać kombajn, potem muzyków grających na wiolonczeli i skrzypcach, a na samym dnie drą się aktorzy. Po co jedno ściszyć a drugie dać jako tło? Do tego trzeba by o zgroza z godzinę posiedzieć nad Sony Vegasem... Nie za to im płacą przecież. Nie, czekaj...

Z punktu scenariusza mam trochę więcej do pokarania. I są to raczej kwestie zdradzające treść, więc...
[SPOILER]
Po pierwsze - błąd. Jak to jest, że wszyscy poza bohaterami znali przeszłość miasteczka i jak jeden mąż zaczęli nękać braci? Czemu nie ma tu jakichś osób trzecich, tła, które również nie rozumiałoby całego zajścia i główni bohaterowie szukaliby u nich wsparcia? Efekt końcowy trąci sztucznością.
Po drugie - braki w psychologi postaci. Jeden brat nie wie sam, czemu zaczął odkopywać te nagrobki. Drugi nie wiedział, czemu zaczął drążyć sprawę. Scenariusz mu kazał i tyle. Gdy dowiedzieli się, że ich ojciec przyłożył do wszystkiego rękę, pojawiła się wątpliwość... której ja nie zrozumiałem. Bo wszystko co scenarzysta mi dał to: "to w końcu ich ojciec". Jego tytuł. Był ich ojcem i tyle. Gdyby opowiedziano o ich relacji więcej to mógłbym się wczuć jakoś w ich konflikt, ale tak to bieda. Tyczy się to końca, gdy jeden chciał powiedzieć o wszystkim a drugi stwierdził "Nie chce mi się". Bo trzeba konflikt i dramat dojebać na samym końcu.
Po trzecie, zbytnie wciskanie widzowi kilku wyjaśnień. Ja od pewnego momentu czułem, że to mieszkańcy wioski zamordowali Żydów. To było tylko przeczucie, ale od momentu wykopania czaszek miałem już pewność i fizyczny dowód. Ale oni wciąż - "Co to znaczy, że to nie Niemcy? Kto ich zabił?". Serio był wtedy ktoś, kto jeszcze nie rozumiał o co chodzi? Serio było ich tylu, że trzeba było wszystko objaśnić wprost?
Po czwarte - Chrystus? Serio?
[/SPOILER]

Zarzutów miałem w sumie więcej, ale to najważniejsze. Bez nich moja ocena byłaby o wiele mocniejsza. Plus za oryginalną fabułę. Jestem zadowolony, że mogłem o tym filmie napisać.

Po seansie zastanówcie się nad geniuszem tytułu, jak rewelacyjnie go dobrano! "Pokłosie" oznacza zarówno żniwa jak i "coś, co pozostało po jakimś działaniu" oraz "konsekwencja, następstwo, implikacja". Najlepszy tytuł filmowy od czasu "Lost"? Pewnie tak...
http://rateyourmusic.com/film/poklosie/


PS. Trzeba było zamienić Żydów na Włochów czy innych Czechów, krzyku pewnie w ogóle by nie było. Albo od razu stworzyć fantastyczny świat, bez Polaków i Żydów tylko z Czerwonymi i Niebieskimi. Film by miał plusy i nagrody za bycie metaforycznym. Bo chyba dobrze interpretuję te "kontrowersje"?...

*przykład z "Lost", zgadza się. Bodaj 2x14. "Fire & Water" w każdym razie.

wtorek, 2 kwietnia 2013

BABYLON 5: ALARM DLA ZIEMI (dla fanów)

Science Fiction, 1999


5 lat później. Echa wojny z Cieniami, Sojusz się rozwija. Pojawiają się Technomagowie (...tak, też nie pamiętałem, że tacy istnieją. Byli tylko w jednym odcinku w drugim sezonie, nie?). "Alarm dla Ziemi" to pilot następnego serialu w uniwersum Straczynskiego, "Krucjaty". Jego fabułą miało być poszukiwanie lekarstwa na broń biologiczną, której użyli Drakhowie gdy nie udało im się zniszczyć Ziemi niszczycielem planet. Od tej chwili każdy mężczyzna, kobieta i dziecko na naszej planecie ma najwyżej 5 lat - i Sheridan z resztą zrobią wszystko, by je odkryć. "Alarm dla Ziemi" pokazuje, jak doszło do tego wydarzenia. Zapowiada, że to może być koniec dla naszej planety.



Fajnie było znowu zobaczyć Sheridana, Garibaldiego, Zacka, Lochley oraz sam B5. Ale sam film nijak sobie nie radzi jako samodzielny twór. Historia mnie nie interesowała, seans strasznie się dłużył ("to dopiero 13 minuta?") wszystko co zobaczyłem było ledwo liźnięciem całego wątku. Czemu zaatakowali Ziemię? Co było wcześniej, co dalej? Wszystko było raczej powierzchownym wypełnianiem schematu. Trzeba było kogoś, kto się poświęci - dzięki, że taki się pojawił, nie będziemy o nim pamiętać we właściwym serialu. Trzeba szpiega na pokładzie? Niech nim będzie jedyna osoba, która wśród nowej załogi ma aż 5 linii dialogowych.

Ale nie ma co ukrywać, to nakręca do serialu. Tak więc chyba film udany, prawda?...



5/10. Od jutra oglądam "Krucjatę"!
http://rateyourmusic.com/film/babylon_5__a_call_to_arms/