wtorek, 23 kwietnia 2013

American History X (aka WIĘZIEŃ NIENAWIŚCI)

Drama, 1998


Powtórka. Ocena bez zmian, była i jest siódemka. Ale widziałem go dawno, kiedy to jeszcze ranking główny filmwebu obchodził kogokolwiek. Filmu nie było nigdzie, dopiero seans w telewizji mnie poratował. Było to bodaj Ale kino! - ot, odrobina nostalgii. Powtórka po 5 latach co najmniej.

Opowieść jest o dwóch braciach - starszy właśnie wyszedł z wiezienia po trzech latach za rozsmarowanie murzyna na ulicy. Młodszy właśnie oddał na angielski wypracowanie o Hitlerze. Akcja filmu to 24h z ich życia + retrospekcje pokazujące, co było trzy lata wcześniej, a narrator nawet próbuje dojść, jak do tego doszło. Film jest przede wszystkim świetnie skonstruowany, wszystkie wydarzenia ciasno do siebie przylegają. Fabuła jest konkretna i intensywna, ogląda się ją świetnie. Jest powód dla wszystkiego: retrospekcje są wytłumaczone, narrator z offu jest wyjaśniony logicznie - to młodszy z braci tworzy wypracowanie o swoim bracie. Jest powód, dla którego tworzy je akurat tego dnia. Do tego retrospekcje nie są pokazane ciurkiem, ale pojawiają się w odpowiednim momencie z powodu fabuły. Bardzo mi się to podobało, świetny scenariusz.



Aktorzy, montaż i praca operatora, pomysł z czarno-białą kolorystykę zdjęć we flashbackach - bardzo mi się podobało to wszystko. Całość jest mocną opowieścią o nienawiści, świeżą w swojej dosadności.

[spoilery]

Dobrze jest do około 2/3, kiedy to następuje retrospekcja odsiadki. Wtedy są już rzeczy, których nie rozumiem. Tzn. łapię, że zadał sobie pytanie: "Czy to czym się kierowałem do tej pory, opłaciło mi się, byłem dzięki temu dobry?" Odpowiedź była przecząca, więc je odrzucił i... przede wszystkim: co je zastąpiło? Wcześniej był przekonujący, naprawdę w to wierzył i potrafił z olbrzymią pasją o tym mówić. Można się było nawet z nim zgodzić, choć niekoniecznie z jego metodami lub wnioskami. Czarni dostają pracę, bo są czarni, choć ludzie o innym kolorze skóry bardziej się do niej nadawali (mieli wyższe wyniki w testach)?* Chrzanić taki rasizm, zgoda! Potem idzie do więzienia, stwierdza że było do kitu, porzuca swoją filozofię i... i co? Mówi, że nie wraca i tyle. Spróbuje wrócić do poprzedniej pracy, ale jakim będzie człowiekiem? Co teraz będzie uznawać? Po odrzuceniu tego całego nacjonalizmu i swastyki, co zostało? Bo mam wrażenie, że nic. Blada, nijaka postać jadąca na charakterystycznym aktorstwie Nortona, który musi improwizować bo scenariusz nic dla niego nie przewidział.

Może tak miało być, że niby żył w nienawiści i teraz nie potrafi zacząć żyć w ogóle. Ale w filmie wygląda, jakby był normalnym człowiekiem, który ma pomysł jak dalej żyć... tylko go nie ujawniono widzowi. Hm... Dlaczego?

Szczególnie, że te same słowa które ja usłyszałem, usłyszał też młodszy brat bohatera. I jemu one wystarczyły by się zmienić, właściwie natychmiast. Zdjął plakat nazistowski ze ściany i ogólnie ogarnął pokój z tego typu przedmiotów. Tego też nie rozumiem.

I na koniec - skąd się wzięło to zakończenie? Czemu ten dzieciak zastrzelił Danny'ego? Zakładam, że intencją reżysera była przypomnienie, iż podobne rzeczy naprawdę mają miejsce, i cała dyskusja która w filmie się toczyła, nie może od tych faktów odwrócić uwagi... Ale czemu dzieciak nie miał żadnej motywacji? EDIT: Mój błąd, jednak miał.:) Odsyłam do komentarza Griftera poniżej...

Z grubszych rzeczy to tyle. Film po powtórce na spory plus. Wciąż.


7/10

*tutaj nie wiem, czy taka rekrutacja została narzucona czy też to był wybór pracodawcy. Jeśli to drugie, ja nic nie mówię. Nie wiem, jak to wygląda w straży pożarnej w Polsce, tym bardziej w Stanach.

5 komentarzy:

  1. WTF? Nie chce mi się sprawdzać, ale jak to żadnej motywacji? Przecież to był brat tego czarnego zabitego na początku (tego na krawężniku), albo jakiś jego krewniak.

    No wiesz, jakby mnie (albo moich bliskich) w dupę wycweliły me ideały to też bym się na nie wypiął. Nawet zaczął bym je tępić. Nawet jeśli bym cały czas je w jakiś sposób popierał, to nie mógłbym już stać z nimi ramię w ramię. Zerwanie z nimi byłby naturalnym mechanizmem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serio? Jakoś mi to umknęło przy obu seansach. Dzięki...

      Czemu z nimi zerwał to rozumiem. Nie wiem, jakim człowiekiem stał się później.

      Usuń
    2. W oryginalnej wersji - po zabójstwie brata koleś z powrotem wiesza swe plakaty na ścianę. Wytwórnia zmieniała zakończenie, za co Kaye poszedł z nią do sądu (głupek, bo w tym momencie był skończony w branży - nic już nie nakręcił ciekawego). Z drugiej strony to zakończenie też byłoby cienkie, bo w ogóle spierdoliłoby film i wydźwięk filmu. Jak chcesz to poczytaj batalię reżyserki z producentami - pewnie w sieci znajdziesz. Ode mnie tyle.

      A film - cholernie lubię. Może dlatego że nienawidzę pieprzonych faszystów i ONR-owskich śmieci. A może dlatego, że to po prostu dobre kino.

      Usuń
    3. Ha! Widać Kaye to drugi Straczynski. Wyczułem ten brakujący segment, w oryginale to miała być ta nowa twarz Dereka. Mi się podoba takie rozwiązanie...

      Z tego co wiem, to Kaye nakręcił jeszcze "Dani California", trzygodzinny dokument o aborcji (wysoko oceniony) oraz jakąś fabułę o nauczycielu w szkole, radzącym sobie z trudną młodzieżą. Ten ostatni widziałem z pół roku temu, parę dni temu to sobie uświadomiłem (tzn. że to ten reżyser go robił)

      Usuń
  2. To, że kręcił to ja doskonale wiem. Ale kręcił niszowe kino, które obejrzało 30 osób na świecie. Wiesz z pewnością o co mi chodzi.

    OdpowiedzUsuń