piątek, 26 kwietnia 2013

KOMEDIANCI

Poetic Realism, 1945



Dali w Iluzjonie! W grudniu zeszłego roku zrobiłem przymiarki by zrobić polskich napisów do tego filmu. Zniechęciłem się po około 200 linijkach dialogu, podczas gdy cały film ma ich blisko 3000. Teraz pewnie zacznę tłumaczyć "Zawieszony krok bociana". Wracając do tematu - mogłem obejrzeć w kinie, po raz pierwszy legalnie w naszym kraju, więc się ucieszyłem. Nawet liczyłem na dobry film, a co. Nie przeszkadzało mi, że premiera ta odbyła się w sali przeznaczonej pod 47 widzów (i tylko jakaś połowa miejsc była zajęta). Albo że przed seansem był wstęp prowadzony przez choreografa, który za często używam słowa "yyy". Miał dobry głos, więc dało się go słuchać. Metraż filmu, trzy godziny, też nie był przeszkodą. W połowie dali przerwę pięciominutową, więc luz.

Errata: to nie była polska premiera, film był nadawany w Polsce oficjalnie w kinach w latach 50-tych. Wiem o tym, bo za mną siedział mężczyzna, który wtedy widział ten film pierwszy raz. Dziś obejrzał go drugi raz, i zabrał ze sobą żonę, by ta obejrzała go po raz pierwszy. Rozumiecie to?

Ale nawet nie mam zamiaru coś poradzić na to, że mam alergię na filmy opierające się na romansie, w których kobieta to potomek stosunku manekina z kukłą, i jest na dodatek jedyną postacią żeńską w całym obrazie, a jej adorator wszystko co robi to powtarza w kółko "kocham cię, jesteś piękna, kocham cię, jesteś piękna, kocham piękna, jesteś cię, nie czekaj". Z takim podejściem za 68 lat dzisiejsze gnioty też będą klasykami. Bo będą stare i trzeba będzie im wybaczać różne rzeczy. Powodzenia.
I to nie działa na żadnym z poziomów. Można uwierzyć w miłość od pierwszego wejrzenia, gdy ona jest ładna, albo ma miły głos, albo jest uwodzicielska, cokolwiek. Ale gdy wygląda na 50 lat (i blisko byłem, ku mojemu zdziwieniu) i brzmi jak młoda Janina Parandowska to nie wiem, czego reżyser chciał ode mnie oczekiwać. Pewną wskazówką może być fakt, że cały czas zwracają się do niej w zdrobniały sposób. Pierwszy raz zrozumiałem, czemu pana Walkera denerwuje gdy w filmach dorosłe kobiety nazywa się dziewczynkami.

I tak film się toczy. Ona nie robi kompletnie nic, po prostu tam jest, czterech chłopów ją adoruje, i to tyle z fabuły. Nie ma tu czegoś innego. Na początku Frederic chce się dostać do teatru by pogadać z dyrektorem, nie wpuszczają go więc odchodzi... a kilka scen później jest już w środku. I nie zgadniesz, czemu tak. Albo to: wielka kaszana, bo w trakcie przedstawienia jedna grupa artystów postanowiła pójść w cholerę. Bo jeden aktor za mocno przywalił drugiemu w pantomimie. Więc strzelają focha na wieczność. I jest płacz i depresja, że przedstawienie trzeba ratować, ludzie na widowni drą się, że dyrekcja to złodzieje i żądamy zwrotu pieniędzy (musieli być wśród nich Polacy). I wtedy wspomniany Frederic wyskakuje z propozycją, że zastąpi tego, co uciekł. Zgoda. Cięcie. Nie wiadomo, jak wypadł ani jak go potem dyrektor zatrudnił na stałe. To się dzieje wszystko w domyśle. Jedna scena - nie zna typa, druga - już tam pracuje od tyluuuu lat... Btw, pomiędzy częściami filmu jest 6 lat różnicy w czasie akcji. Wygląd bohaterów i ich kostiumy w ogóle się nie zmieniają. Te 6 lat mogło równie dobrze trwać tydzień. Albo i 20 minut.

Wszystko oczywiście zasługą konwencji, czyli realizmu poetycznego. Bo jak się nie umie, to się mówi, że nieprawda i trzyma kciuki, by to przeszło. Sztuczka polega na tym, by sceny zbiorowe i ogólnie fabularne kręcić w realistyczny sposób, a partie relacji między postaciami (wiecie, sami we dwoje itd.) już kręcić w poetycki sposób. Czyli tak, jakby byli na deskach teatru, tylko z zastosowaniem zbliżeń i tym podobnych. Na tym skupia się pierwsza połowa filmu, na relacjach między "zakochanymi" i walką o kobietę. To nie działa jeszcze z jednego powodu - jedna z postaci idealizuje ukochaną. Na tym polega dramat, gdy musi przestać to robić i dostrzec prawdę. Problem w tym, że ja od początku widziałem, że jest stara, brzydka i nudna, i nie szło się w to wczuć. Poza sporą sympatią do nieszczęsnego mima i fascynacją jego możliwościami, zupełnie nie rozumiałem tej jego fascynacji tamtą babcią.

Tak myślę, że to wina mojego szacunku dla gatunku ludzkiego. I jak widzę, jak w taki sposób przedstawia się miłość lub w ogóle kobiety... Wiem co myślicie: "Interesująca kobieta? Przecież takie nie istnieją". No widzicie, ale to nie kwestia urodzenia się tylko wyboru. A w filmach kwestia seksizmu... Alergię mam na to.



Do rzeczy - druga połowa jest już lepsza. Bardziej fabularna, mająca w centrum wszystkie postaci... I nawet udaje się jakoś zamknąć to wszystko, przynajmniej w większości. Wyjątkiem są np. wątki główne które ucięto. Pojawia się do tego sporo żartów czwartej sceny w momencie, gdy Frederic stwierdza, że sztuka jest do dupy, więc będzie improwizować. Mój faworyt to scena w której ze sceny wybiega na balkon przy scenie, a gdy mu zwracają uwagę, że takie rzeczy nie przystają, on woła ku uciesze widowni: "Wybacz mi, tak rzadko bywam w teatrze..."
Film ma do tego klasę i pewien styl, z mnóstwem rozbudowanych scen wykonanych z przepychem. Choćby sam początek, w którym ujęcie na całą ulicę zaczyna się od linoskoczka wykonującego swój numer. Mimo pewnego chaosu dosyć szybko oglądałem postać i wiedziałem, kim ona jest, i jakie są jej relacje z pozostałymi - więc był w tym jakiś porządek. Polubiłem postać mima, jego umowność i smutną twarz. Oczywiście, wszędzie jest coś gorszego lub zbędnego co przypomina o poziomie filmu. W tym wypadku jest to choćby ojciec mima, który miesza syna z błotem na początku, gdy ten odnosi sukces to go chwali i... to tyle. Wiecie, stryjek brata siostry trzeciego reżysera dźwięku ma kuzyna, który chce zagrać w filmie to mu dają taką rolę która nic nie znaczy i nic nie wnosi.

Bla bla bla.


5/10.
http://rateyourmusic.com/film/les_enfants_du_paradis/

10 komentarzy:

  1. Na początek byłem na tym samym seansie. Po drugie dawno nie czytałem równie irytującej recenzji. Dlaczego? Np. piszesz: "Tak myślę, że to wina mojego szacunku dla gatunku ludzkiego. I jak widzę, jak w taki sposób przedstawia się miłość lub w ogóle kobiety. Wiem co myślicie: "Interesująca kobieta? Przecież takie nie istnieją". No widzicie, ale to nie kwestia urodzenia się tylko wyboru. A w filmach kwestia seksizmu. Alergię mam na to."

    A kawałek wcześniej walisz tak obrzydliwie seksistowski tekst: "Problem w tym, że ja od początku widziałem, że jest stara, brzydka i nudna, i nie szło się w to wczuć."

    Może aktorka niebyłą za młoda, ale miała w sobie coś. Inna sprawa, że to trochę zgodne z duchem epoki, jeśli wiesz co mam na myśli. Ideał kobiecości jak z Balzaca. Zresztą bardziej od jej idealizowania reżyser idealizuje postać Baptista. Aby go trochę zrzucić z tego piedestału mamy taką postać jego ojca.

    Twoja definicja realizmu poetyckiego jest mylna. To przypomniało mi, że kiedyś czytałem twój tekścik o "Atalantcie". Skarżyłeś się w nim, że film nie jest surrealistyczny bo tak napisali w "GWyborczej". Pamiętam, że szybko odszukałem ten tekst w gazecie i okazało się, że nikt tam nie pisał, że film ma być surrealistyczny, tylko użyto określenia "surrealistyczne krajobrazy" co synonimicznie można przepisać jako "odrealnione krajobrazy". I takie były w filmie. Po co o tym piszę, że wtedy uzmysłowiłem sobie, że nie byłeś w stanie przeczytać ze zrozumieniem jednozdaniowego tekstu, którym podparłeś całą swoja recenzje, więc jak mógłbyś ogarnąć cały film. Jesteś zbyt niechlujny. Dodam jeszcze, że "Atalanta" była pierwszym filmem realizmu poetyckiego.

    "I tak film się toczy. Ona nie robi kompletnie nic, po prostu tam jest, czterech chłopów ją adoruje, i to tyle z fabuły. Nie ma tu czegoś innego. Na początku Frederic chce się dostać do teatru by pogadać z dyrektorem, nie wpuszczają go więc odchodzi... a kilka scen później jest już w środku. I nie zgadniesz, czemu tak. Albo to: wielka kaszana, bo w trakcie przedstawienia jedna grupa artystów postanowiła pójść w cholerę. Bo jeden aktor za mocno przywalił drugiemu w pantomimie. Więc strzelają focha na wieczność. I jest płacz i depresja, że przedstawienie trzeba ratować, ludzie na widowni drą się, że dyrekcja to złodzieje i żądamy zwrotu pieniędzy (musieli być wśród nich Polacy). I wtedy wspomniany Frederic wyskakuje z propozycją, że zastąpi tego, co uciekł. Zgoda. Cięcie. Nie wiadomo, jak wypadł ani jak go potem dyrektor zatrudnił na stałe. To się dzieje wszystko w domyśle. Jedna scena - nie zna typa, druga - już tam pracuje od tyluuuu lat... Btw, pomiędzy częściami filmu jest 6 lat różnicy w czasie akcji. Wygląd bohaterów i ich kostiumy w ogóle się nie zmieniają. Te 6 lat mogło równie dobrze trwać tydzień. Albo i 20 minut." - tu widzisz błąd, że akcja się dziej i jest cięcie i skok do przodu. Ale i tym razem nie jest to błąd, to klasyczny filmowy środek i proszę zanotuj go sobie zwie się on elipsą. Stosuje się go gdy zdaniem twórcy nie warto czegoś pokazywać i należy przejść szybciutko do rezultatu. I jeszcze jedno - to, że nie widzimy jak postać ratuje przedstawienie jest uzasadnione w drugiej części filmu gdy oglądamy te postać improwizującą w czasie kiepskiej sztuki. Gdyby reżyser pokazał to dwa razy (sztuka improwizacji aktora/postaci) to była by zwykłą tautologia. Byłem pod wrażeniem, że reżyser nie pogubił się w gąszczu postaci i wątków. I nigdy się nie powtarzał.

    O dziwo w tym filmie niewiele mówi się, że ktoś kogoś kocha, częściej ktoś mówi "ty ją kochasz" lub "ty jego nie kochasz". Chyba tylko wprost to mówi przyszła żona Baptista: "tylko ja go naprawdę kocham, ty nie". Ale ta jej deklaracja ma w sobie coś zaborczego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie rozumiem, co seksistowskiego znalazłeś w opisywaniu postaci kobiecej jako nudnej i brzydkiej?

      Nie pamiętam, co pisałem o "Atalancie". Ale na pewno nie była to recenzja. Tamta notka miała z dwa akapity. Jak ją znajdę to na pewno dam wersję poprawioną, jeśli masz rację.

      A przeskok w czasie nie jest uzasadniony, gdy pomija coś istotnego dla mitologii filmu. Np. to, że postać nie mogła się gdzieś dostać - poświęcono temu całą scenę. Przeskok, i już jest w środku, problem rozwiązany. Wcześniejsza scena zbędna. Z przeskokiem o 6 lat chodziło mi o to, że nie widać upływu takiego czasu. Fajnie, że mi zarzucasz wcześniej nie umiejętność przeczytania ze zrozumieniem jednego zdania.

      Usuń
    2. Wartościowanie danej osoby poprzez jej wygląd jest seksistowski. Przykro mi ale tak się nie robi. Zresztą co w niej było brzydkiego, grała postać młodej dziewczyn a miała prawie 50 lat. A i tak świetnie wyglądała, i czy nudna? W pierwszej scenie z nią jest złośliwa, pięknie się przekomarza, a w scenie z kradzieżą zegarka pod jej koniec ładnie flirtuje. Dopiero później za sprawą Baptista zostaje postawiona na piedestał i robi się z niej żywy posąg. To postać kilkakrotnie się zmienia.

      Nie wiem co to było (recenzja, czy coś?) o "Atalancie", ale nie "jeśli" ale na pewno mam racje. Zapadło mi to w pamięć, bo cały twój wpis (a był bardzo krytyczny) był oparty na błędnym założeniu. Poszukaj, przeczytaj i przemyśl co wtedy napisałeś.

      "A przeskok w czasie nie jest uzasadniony, gdy pomija coś istotnego dla mitologii filmu. Np. to, że postać nie mogła się gdzieś dostać - poświęcono temu całą scenę. Przeskok, i już jest w środku, problem rozwiązany. Wcześniejsza scena zbędna. Z przeskokiem o 6 lat chodziło mi o to, że nie widać upływu takiego czasu." - nieuważnie oglądałeś, on długo stara się wejść, ale pod koniec zostaje prawie wpuszczony (czułem, że lada chwila, że już będzie w środku), ale nagle sam rezygnuje bo widzi w tłumie ładną kobietę. Powoduje nim kapry, robi to dla popisania się. Widziałeś minę tego faceta który bronił przed nim wejścia? On jest aktorem, nawet jeśli ma jednoosobową widownie. Takich scen z tą postacią będzie kilka. A ta jest pierwszą z nich, więc służy ona głównie scharakteryzowaniu postaci.

      Usuń
    3. Nie jest. Seksizm to ocenianie po płci. Nawet ja wczoraj sprawdziłem, gdy mi zarzucono bo pomyślałem, że źle tego użyłem. Okazało się na odwrót...

      Jak się nie robi? Rorchac tak robi. Oraz banda ludzi pisząca nawet o tym książki.

      I jest nudna. W scenach które opisujesz, ona jedynie reaguje, odbija piłeczkę. Sama z niczym nie wychodzi, nic sama nie robi itd. Tylko czeka.

      "On jest aktorem, nawet jeśli ma jednoosobową widownie" - przyznaję ci rację. To działa w takiej konwencji.

      Usuń
    4. Przecież ocenisz jej płeć poprzez wygląd i wiek. To kwintesencja seksizmu i zwyczajnej dyskryminacji. Śmierdzi mi na kilometr mizoginom. Przeczytaj co napisałeś i jak, bo jakbyś użył innych słów to można było by to jakość przełknąć. Z tego co napisałeś nie wynika, że jest za stara do tej roli. Tobie się nie podoba bo jest stara i brzydka, tak po prostu.

      Trochę tak czeka. Ale na samym końcu jednak podejmuje sam decyzje, ucieka.

      Usuń
  2. "Wygląd bohaterów i ich kostiumy w ogóle się nie zmieniają." - noż kurwa, co jak co, ale kostiumy te z pierwsze i drugiej części filmu ulegają dużej zmianie, bo może nie zauważyłeś ale wszyscy na początku byli biedni a następnie się wzbogacili. To widać po ich ubiorze, nawet aż za bardzo. Postać Baptiste w pierwszej części filmu jest młodzieńcza żywiołowa, a w drugiej jakby przygaszona, przez co zdaje się starsza.

    Najgorsze jest w tym co piszesz to, że ani razu nie sięgasz do sedna filmu. Bo film jest przede wszystkim o teatrze, o przenikaniu się sceny i kulis. Miłość w tym filmie jest tak samo teatralna, a to co jest wystawiane na scenie jest parabolą relacji między postaciami. Jakby było inaczej film byłby bez sensu.

    Na koniec napiszę, że byłem zachwycony filmem, przypieczętował on moje uwielbienie dla Carné. Choć wciąż ulubionym jego filmem pozostaje dla mnie "Hotel du Nord".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takich zmian nie zauważyłem. Chociaż Baptiste faktycznie był nieco przygaszony później, ale nie był dla mnie na tyle wyrazistą postacią na początku, bym dostrzegł w niej jakąś zmianę później.

      O przenikaniu się sceny i kulis widziałem lepsze filmy. Takie, które nie potrzebowały opracowań i innych wyjaśniających, że o tym właśnie był ten film. To było po prostu widać, bo reżyser umiał odpowiednio pokazać co jest tłem a co głównym motywem. Choćby "Żegnaj, moja konkubino". W "Komediantach" teatr jest tłem, miejscem akcji, jednym z motywów, tego typu rzeczy.

      Dziękuję za obszerny komentarz.

      Usuń
  3. "Takich zmian nie zauważyłem." - postać grana przez Arlettę, w pierwszej połowie nosi prostkę sukienki, w drugie drogie, długo się w nie stroi (scena przy lustrze) a na szyki ma drobie klejnoty. No nie wiem, ja to widziałem. Podobno niektórzy nie zwracają uwagi na ubrania.

    "Takie, które nie potrzebowały opracowań i innych wyjaśniających, że o tym właśnie był ten film." - przecież ja nie potrzebowałem przy "Komediantach" niczego takiego, przecież to było widać. Tylko się tobie dziwie, że tego nie widzisz. Bo to główny temat filmu.

    "Żegnaj, moja konkubino" to znakomite kino, ale trochę z innej epoki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Suknia - ok. Nie pamiętam tego, ale zgoda.

      Nie "nie widzę", tylko nie przykładam do tego takiej wagi, by tworzyć z tego główny motyw filmu. Przykład - pierwsza i ostatnia scena. Początek zapowiada obraz o życiu artystów w tamtych czasach, jak to wyglądało, jak to pojmowano, itd. Ostatnia scena z kolei ucina w pół słowa wątek "miłosny". Gdyby film naprawdę byłby o przenikaniu się sztuki i życia na deskach teatru (lub gdyby reżyser umiał zrealizować swój zamysł właściwie), początek i koniec powinny wyglądać zupełnie inaczej. Zamiast tego jest masa krótkich i prostych wątków, równych sobie, połączonych w równie banalny sposób.

      Usuń
    2. Znowu nie widzisz. Porówna pierwszą i ostatnio scenę. One ze sobą rozmawiają. W pierwszej mamy zwykły tłum i artystów przyciągających przechodniów, a ostatnia scena filmu jest jej odwrotnością, tu tłum jest tłumem karnawałowym, każdy w nim kogoś gra, jest za kogoś przebrany, taki jest mechanizm każdego święta, czyli odstępstwo od zwyczajności. A w tym tłumie tonie artysta, który pierwszy raz nie gra, nie udaje, naprawdę żyje. Goni za zwykłym życiem, prawdziwym uczuciem, a nie za sztuką, odgrywaniem kogoś.

      Usuń