poniedziałek, 22 kwietnia 2013

SZALONA IMPREZA (dajcie temu szansę)

Teen Movie & Comedy, 1998


Z jednej strony jest to uczucie, że coś się odkryło, przez przypadek bo nic tego nie zapowiadało. Na "Szaloną imprezę" natknąłem się przeglądając listę ulubionych filmów z '98 od jakiegoś usera, którego nicku teraz nawet nie pamiętam, a link do niej znalazłem przeglądając stronę jakiegoś filmu... którego też nie pamiętam. Pewnie kosmici mnie zgwałcili a ja teraz tylko majaczę, by wypełnić jakoś czarną dziurę w pamięci.

Z drugiej strony doła mam, bo kolejny raz okazuje się, że trzeba oglądać wszystko, bo cholera jasna wie, gdzie to dobre kino jest, i póki co nadal nie jestem pewny, że gdzieś mi jakiś fajny film nie umknie.

"Szalona impreza" nie daje się polubić od razu. Zaczyna się tuż po zakończeniu liceum, z okazji której zostaje zorganizowana tytułowa impreza. I ja pierdolę, to było słabe. Żenujące. Jest dwóch geeków, którzy wspierają jakiegoś trzeciego geeka, który chce się zakraść na imprezę by ośmieszyć osiłka, który ośmieszał przed całą szkołę jego samego. I te nerdy są tacy... nieśmieszni! "Będziesz pił piwo? Możesz się uzależnić!"
Będzie też Seth Green w roli najbielszego białasa do czasu "Spiring Breakers". I będzie miał kumpli, yo, totalnie wygrzmoci jakąś foczkę na imprezie'n'shieeet! A oni: yeaaah!... Ech. Na tym polega główny motyw - na imprezę zlecą się setki uczniów i kilkoro z nich (niekoniecznie ze sobą nawzajem powiązanych) będzie bohaterami tej opowieści. Nie zyskują mojej sympatii, nie są fajni albo zabawni. Raczej nijacy oraz żenujący w paru momentach.


Ale z czasem... będzie coraz lepiej. Szybki przykład: Seth Green. Prędko okaże się, że jego kumple wcale nie są za nim. Więcej - są przekonani, że w ogóle niczego tej nocy nie zaliczy. Już po kilku scenach jego postać kończy siedząc w fotelu, nie mogąc znaleźć sobie miejsca ni poparcia. Jedna z pozostałych postaci zauważy, że sam się ośmiesza swoim ubiorem. Kluczowym momentem będzie wyjście do łazienki, do której zaraz po nim wejdzie pewna dziewczyna. I będzie ona chciała natychmiast wyjść, ale klamka odpadnie i zostaną tam oboje, zamknięci na jakiś czas. Film zamieni się w kino dialogu, którego jednym z tematów będzie przestanie zachowywać się jak czarny ("Spójrz w lustro - jesteś biały"). Jak miło gdy film spełnia moje życzenia. To takie rzadkie i wyjątkowe. Potrzebowałem tego.

Wciąż bez znikania w szczegóły - pośrodku tego piwa, demolki domu oraz tańców, film z każdą minutą zmierza ku poważniejszym klimatom i naprawdę śmiesznym sytuacjom. Zastanowienia się, gdzie to wszystko zmierza, kim się było, jakie wrażenie się wywierało swoją osobą w szkole. Wrogowie na kacu się pogodzą, nieśmiali zdobędą się na pierwszy krok, a gospodarz dostanie szału i skończy w szpitalu dla niezrównoważonych. To pewne. Nawet Jason Segel pojawi się na chwilę, by zjeść arbuza. A w tle rozgrywa się realistyczna impreza, na której ludzie dobrze się bawią. Rzadko taką w kinie można zobaczyć. Tylko ta z "Teda" mi przychodzi do głowy, jako coś równie udanego.


Ostatecznie jednak mam mieszane uczucia. Z jednej strony podobało mi się to chyba bardziej niż takie "Amerykańskie graffiti" lub "Uczniowska balanga". Z drugiej dużo łatwiej mi napisać o tym, co było źle, niż o tym, co naprawdę mi się spodobało. Wątków jest sporo, postaci jest od groma, ale ile z tego w pamięci zostaje? Zapewne najbliżej była scena w której zespół strzela focha, więc na scenę wchodzi ktoś z odtwarzaczem kaset i puszcza na maksa "Paradise City" Guns N'Roses. Wspomniany geek, zalany już na tym etapie piwem, wbiega na scenę i zaczyna to śpiewać. I kupiłbym tę scenę, gdyby na przykład zaraz za nim na scenę wbiegł perkusista i reszta zespołu, i zaczęli razem to grać. Wtedy by mi nie przeszkadzało, że widownia początkowo zażenowana tym co widzi, po chwili z jakiegoś powodu zaczęła na poważnie dobrze się tym bawić, i nawet złapali geeka, gdy ten się rzucił na nich po występie. Nawet bym dodał film do ulubionych, gdyby była taka scena.

Btw, na garach siedział Turk ze "Scrubs", a na wokalu Charlie z "Kate i Leopold".



6/10
http://rateyourmusic.com/film/cant_hardly_wait/


Po drugim seansie:

Ulubiony teksy (po tym, jak Kenny poszedł do łazienki i się zorientował, że kolejka długa na pół chaty, i wtedy ktoś spoza kadru krzyczy): "Hej, chodźmy się wysikać do basenu!"

3 komentarze:

  1. Z filmów okołoimprezowych, gdzie w głównych rolach mamy trzech nerdów, zdecydowanie rządzi "Supersamiec" i jak nie widziałeś, to polecam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet w kinie to widziałem. Sam byłem zaskoczony, jak bardzo mnie ten wulgarny humor śmieszył - ale to nie jest mój faworyt.

      Usuń
  2. Kiedyś też dałem 7,ale były to czasy, których nie pamiętają nawet najstarsi górale, których zwłoki już dawno zostały przeżarte przez stado robali.
    Fajne to, sympatyczne, nie epatujące chamstwem. Do imprezek wyprawianych przez Linklatera, Hughesa, czy Braffa i jego 'Garden State' startu nie ma, ale jest przyjemne, więc ok. No i kto o zdrowych zmysłach nie chciałby mieć takiej laski jak Jenny Hewitt??

    OdpowiedzUsuń