piątek, 12 kwietnia 2013

SZEREGOWIEC RYAN (całkiem oglądalny)

War & Historical Drama, 1998


Powtórka. Jedna z moich najbardziej kontrowersyjnych ocen. Kiedyś stwierdziłem, że film ssie z wyjątkiem openingu. Innym razem poleciało to w tv, obejrzałem opening i stwierdziłem, że nawet on jest słaby. Więc dałem 1/10 i spokój. Potem minęło pół dekady i obejrzałem przypadkiem w telewizji jedną ze scen środkowych, jak ludzie idą przez pole... i gadają. Nic więcej, a oglądało się świetnie. Nakręcone to było wybitnie, potem jeszcze pamiętna scena ze snajperem... A, powtórzę sobie. Zacząłem oglądać filmy z '98, więc i okazja była ku temu.

Karny kutas za zaczęcie filmu od powiewającej na wietrze flagi amerykańskiej.

Opening tym razem lubię... umiarkowanie. Robi wrażenie, to oczywiste. W ogóle cały film należy do tych, przy których chciałbym pracować. Chuj, roznosić ręczniki, ale być tam i widzieć to na własne oczy. Film jest masywny, to prawie 1/8 "Titanica". Początkowa sekwencja na plaży Omaha wygląda tak, jakby była nagrana za pierwszym podejściem. Nie da się uwierzyć, że cokolwiek tam było powtarzane. Więcej - co tam się pojawiło, musiało być prawdziwe. Plaża, statyści, wszystko. Na całym terenie. Powala mnie ogrom tego wszystkiego, po prostu. Praca operatora to oddzielna sprawa - gdyby nie on, cały film nie robiłby nawet w połowie takiego wrażenia. I najlepsze: trwa to prawie 25 minut. Jedna scena, utrzymując przy tym cały czas wysokie tempo, klimat i w ogóle. Poza tym, nie pamiętam, by jakaś inna scena trwała tak długo.
Ale tak naprawdę to nie rozumiem, czemu innym miałaby się ta scena podobać. Ja to ja, mnie jarają te techniczne rzeczy. Reżyser (pierwszy, drugi, trzeci, pewnie było ich jeszcze więcej) świetnie ich wszystkich tam ustawił, operatorzy, scenografowie, kostiumy, goście od rekwizytów, potem edycja choćby kolorów w montażu... Wszystko to było świetne, ale co to widza obchodzi? Z punktu dramatycznego scena jest w sumie nudna. Ludzie biegną, bo generał i dowództwo to idioci, więc wyrzucili 40 tysięcy chłopów na zaminowaną plażę i ich plan jest taki, że mają iść przed siebie. Super. Big suprajz, że wszyscy umierają. Kto by się spodziewał. Zagadką jest raczej, dlaczego choć jeden przeżył. Chyba tym co bronili się znudziło i przepuścili kilku. "A co, najwyżej mnie zabiją" pomyśleli. Zero taktyki czy czegokolwiek, po żadnej ze stron. Bardzo uproszczone, bardzo trywialne. Do tego te chyba mające być śmieszne momenty, w których chłop dostaje kulkę w hełm i zdziwiony zdejmuje go, by zobaczyć, ile go dzieliło od śmierci... I wtedy dostaje drugą kulkę. Albo lekarz zatamował krew i jego pacjent dostał wtedy kulkę, więc się zdenerwował..

Takie sceny będą też później, wymienić trzeba koniecznie jednego żyda która stanął obok jeńców niemieckich i pokazywał im, że jest żydem. Super.

Takie sceny naprawdę osłabiają klimat i powagę tego wszystkiego. Sorry, operator nie zrobi za reżysera wszystkiego. Poza tym, jakby nie patrzeć, z punktu fabularnego to totalnie zbędna scena. Scenarzysta się nie popisał, zresztą nie tylko tutaj. Nie podoba mi się cała fabuła, zrobiona w konwencji kina drogi. Bohaterowie idą przed siebie, nie do końca jasne jest, czemu tam a nie gdzie indziej, gadają o misji i swoim stosunku do niej, mają po drodze przygody które nie mają niemal w ogóle wpływu na to, co będzie dalej... Te przygody jednak świetnie się ogląda, dialogów świetnie słucha, a tempo jest bardzo dobre (przyjemne pauzy!). Z tych rozmów nie wynika wiele, a bohaterowie pozostaną raczej anonimowi, ale przynajmniej będą brzmieć realistycznie. Niemniej, szkoda że na koniec fabuła okazała się nie mieć znaczenia tak naprawdę. Ostatnia godzina rozgrywa się w zasadzie już po filmie. Taka dobudówka. "A, skoro już tu jesteśmy, to dołączymy"

Ciąg dalszy wad i ich pochodnych - liczne zbędne sceny na czele z pierwszą; film przy tym trwa prawie 3 godziny; głupoty i bezsensy pokroju Toma Hanksa wychodzącego na plażę i wtedy film łapie bullet time'a, by ten mógł się rozejrzeć i zastanowić nad mokrymi majtkami; nachalne momenty, jak drżąca ręka kapitana ("pokazujemy ją widowni już 6 minut, myślisz, że załapali?"); denerwujące momenty, jak Daniel z "Lost" który przez 5 minut w finale beczy nad sobą, a piętro wyżej mu kolegę mordują, ale ten nie może się zebrać, ojojojoj, pełna pielucha.

Całość oglądałem ze sporą przyjemnością. Reżyseria jest całkiem niezła, operator wykonuje nieziemską robotę, ale przede wszystkim, to jak ten film wygląda powoduje u mnie zachwyt. To miasteczko na koniec wygląda tak, jakby naprawdę wzięli i zdemolowali jakąś wioskę przed nakręceniem filmu. Nie trzymają się tylko kilku ulic (jak w "Avengers"), ale całości. Znowu - chciałbym tam być i widzieć pracę ludzi robiących ten film. Niesamowite widowisko. Efekciarskie, ale jednak porządne widowisko.



6/10
http://rateyourmusic.com/film/saving_private_ryan/

7 komentarzy:

  1. No niestety, Amerykanie, a już Spielberg szczególnie, lubią z patosem przesadzać. Mimo to, tak jak piszesz, to jest naprawdę dobre widowisko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widziałem już tyle filmów Amerykanów, że przestałem generalizować. Wcale tak z tym patosem nie wyróżniają...

      Usuń
    2. Co do wyróżniania, to zależy na jakim tle. Porównajmy na przykład spielbergowski (znów spielberg) Imperium słońca z takim Idź i patrz Klimowa, gdzie tematyka bardzo podobna, a sposób przedstawienia już drastycznie różny. Tam gdzie w amerykańskiej produkcji dominowały piękne i zarazem przejmujące smutkiem obrazki, u Klimowa był autentycznie przerażający kawał surowego obrazu. Popatrzmy nawet na ostatnie filmy. Chociażby Miłość Hanekego, cokolwiek by o niej nie mówić, jak na taką tematykę nie ma w sobie ani grama patosu. Nie wierzę, żeby w amerykańskiej produkcji mogło to tak wyglądać.

      Chociaż faktycznie, to jest generalizowanie, co prawda to prawda. Bo i tam znajdziemy filmy, które bardzo dobrze się bez podniosłości obchodzą.

      Usuń
    3. "Miłość" była już w Ameryce. Trwała 3 sekundy i była jednym z ujęć w "Titanicu". Haneke tylko zrobił z tego ujęcia cały film...

      Zresztą, jestem świeżo po seansie "Wybawcy". Porażający, surowy, z USA (+ Oliver Stone producent). Trzeba było europejskiego reżysera by to nakręcić, ale się dało.;p Niestety, stereotyp musi być prawdziwy, więc premierę tego filmu przemilczano... Notatka u mnie w niedzielę.

      Usuń
  2. Cieszę się, jeszcze jest w tobie nadzieja. ;d
    - goandrewgo

    OdpowiedzUsuń
  3. Szeregowiec jest przekozacki !!

    OdpowiedzUsuń