czwartek, 30 maja 2013

CO GRYZIE GILBERTA GRAPE'A (powtórka)

Coming-of-Age, 1993


Reżyseria: Elliott Smith.

W '93 roku ludzie mieli jakiś fetysz z głosem Deppa z offu, słowo daję. To drugi film w ciągu kilku dni, który zaczyna się i kończy od ekspozycji w takim wykonaniu. Zaskakujące jest to, że poza tym to narracja w tym obrazie jest doskonałym przykładem narracji filmowej. Widziałem wcześniej ten tytuł trzy czy cztery razy, ale nie pamiętałem, że jest aż tak perfekcyjnie opowiedziany. I nie piszę o tym, że zrobiono tu "tylko" dobrą robotę. "Co gryzie Gilberta Grape'a" to trudny, głęboki film, z bohaterem który nie mówi o sobie i o tym, co czuje. Obok niego jest nastolatek chory na łeb, fabuły technicznie rzecz biorąc nie ma a wszystko to rozgrywa się w najnudniejszym mieście obu Ameryk, w którym jeśli chcesz się rozerwać to idziesz na lody. I ma za bohatera kogoś o imieniu Gilbert, lol. Co z tego zrobiono? Intensywną, pasjonującą i przede wszystkim zrozumiałą opowieść.. opowiedzianą tylko i wyłącznie za pomocą obrazu.

I nawet nie mam zamiaru zbytnio tej ekspozycji wytykać, bo po pierwsze - nie był to wyłącznie efekt lenistwa twórców. Nie wprowadza wyłącznie w opowieść, to co jest najbardziej istotne to poznanie bohatera z widzem, by ten dowiedział się jak myśli Gilbert. Opisuje brata, miasteczko, wszystkich po kolei... a samego siebie na końcu. Liczy się również to, że w ten sposób zbudowano klamrę fabularną, ale o tym sza.




Dla formalności, jest to opowieść o życiu Dwójki, czyli w skrócie altruisty. Człowieka, który dawno temu musiał nagle zaopiekować się wszystkimi, to było dla niego celem którego spełnienie dawało mu szczęście. Matka która przestała wychodzić z domu i roztyła się po odejściu męża, dorastająca młodsza siostra, mały brat który jest autystyczny i każdy dzień może być jego ostatnim. Teraz jest na granicy, do której przez te lata zmierzał - prostego nieszczęścia wynikającego z niespełnienia oraz niedocenienia ze strony otoczenia, które tylko go popycha, by dał z siebie więcej i więcej.

A to tylko część, bo konfliktów jest dużo więcej. I wszystkie są przez Depp chowane w środku, zatrzymuje je tylko dla siebie, nie chcąc nikogo tym obarczać lub sprawiać komuś zawodu. Wie, że jest niezbędny, i musi to robić, bo nikt inny tego nie zrobi. Spójrzcie na scenę, gdy przywozi do domu zakupy. Starsza siostra każe Arniemu, by został w miejscu i nigdzie się nie ruszał. Ten więc zaczyna po swojemu świrować, latając wokół słupków krzycząc "We're not going anywhere! We're not going anywhere, Gilbert!". Tutaj działa strach przed stagnacją wobec którego jest bezsilny, a Arni krzyczy mu to prosto w twarz nie mając o niczym pojęcia. Gilbert tylko opiera się o samochód i pochyla głowę, nie okazując na pozór żadnych zmian, ale czuć, jak bardzo mu ciężko. To wszystko.

Czyli wychodzi na to, że Johnny Depp zagrał najlepszego Batmana.

Leo DiCaprio jako Arni. W pełni autentyczny, doskonały. Trudna w wykonaniu, nie tylko dlatego, że gra postać z własnym spojrzeniem na wszystko, i w kilku scenach grał trudne sytuacje (będąc nago lub uczestnicząc w bójce). Przede wszystkim dlatego, że jej cel polegał na czym innym niż zwykle. Nie miała tylko wzbudzać współczucia i żalu do niego lub Gilberta albo do obu. Pokazano ją przede wszystkim po to by pokazać, że życie z kimś takim jest trudne, wymagające. To wszystko. Nie wymagają pomocy, radzą sobie z tym sami. Dla mnie - absolutny geniusz. To zresztą focus większości scen w filmie - matka z rodziną wychodząca od policji. Wokół zbierają się ludzie i patrzą się na nich. Pierwsza i ostatnia myśl - jest im ciężko. Ale przyjmują to, idą, robią swoje, itd. "Jest im ciężko" - tylko tyle. Geniusz. Żadnego komentarza o społeczeństwie, że oni są źli lub nie, że nie nie powinni. Chuj z nimi, robią tak i koniec, a liczy się tylko to, że rodzinie Gilberta jest w tym momencie ciężko. A widz ich rozumie.



Wracając do narracji - wszystko mi tu pasuje. Akcja zaczyna się, gdy Juliette Lewis przyjeżdża do miasta, ale poza tym przez pierwsze pół godziny nie ma jej na pierwszym planie. Wszystkie wątki ze sobą współpracują bezbłędnie, nie ma drogi na skróty, wszystko z czegoś wynika i wydaje się naturalną koleją rzeczy. Taki prosty wątek gdzieś z tyłu: sklep lokalny upada z powodu wielkiej konkurencji, ale Gilbert jest lojalny wobec pracodawcy i zagląda tam. Jednak gdy Arni rozwala tort przygotowany na swoje urodziny, Gilbert będzie musiał kupić nowy właśnie u konkurencji. To ważny moment, znowu bardzo subtelny i zamknięty w pojedynczym spojrzeniu szefa. Jak do tego doszło? Kilka scen wcześniej Gilbert zostawił brata w wannie, przez co ten mało się nie wyziębił na śmierć i teraz boi się wody, więc gdy ten chciał następnego dnia zapędzić go do wanny to ten zaczął uciekać, potrącając przy tym siostrę niosącą tort. Ktoś może powiedzieć: "To nie jest złożony scenariusz, tylko zwykłe życie". I na tym polega ta sztuka! Zauważcie, kiedy zaczęto przygotowania do wielkiego finału - zaraz na początku filmu, gdy Arni wspinał się na wieżę. Na pozór nie ma tu bezpośredniego połączenia, a gdy się przyjrzeć to szybko dostrzega się złożoność tego wszystkiego, że każdy wątek jakoś współpracuje z innym na całokształt.

Bardzo dobra, precyzyjna i uczciwa opowieść o tym, że są na tym świecie ludzie zajmujący się innymi z własnej woli, czerpiący z tego przyjemność, ale zwyczajnie potrzebujący wdzięczności oraz osoby, która pomoże im nie zabrnąć za daleko. A także wiele, wiele więcej.

Sam nie wiem. Doliczyłem się ledwie kilku błędów, i im dłużej o nich myślę, nie wydają się błędami (np. relacja Juliette Lewis z Deppem jest bardzo skromna, niewiele między nimi rozmowy... ale tak chyba by wyglądała rozmowa Dwójki z kimś wiedzącym, czego Dwójka potrzebuje). Dam na test najwyższą ocenę i zobaczę, jak będę się z tym czuł przez następne 50 lat. To w końcu najlepszy film, i chyba jedyny, zajmujący się w tak dojrzały sposób cierpieniem psychicznym.


9+/10.
http://rateyourmusic.com/film/whats_eating_gilbert_grape/

4 komentarze:

  1. O co chodzi z tym reżyserem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A posłuchaj takich piosenek Smitha jak "Say Yes" lub "Waltz #2" i powiedz, że nie mają tego samego tonu i klimatu co "Gilbert Grape".:)

      Usuń
  2. No i nie wytrzymałeś z dychą. Zgadzam się z tekstem do a do z. Chyba pierwszy raz w życiu, więc zanotuj tę datę. To pierwszy film (może nie pierwszy, ale na tę chwilę innych nie kojarzę), gdzie nie mam poczucia, że oglądałem film, rzecz naśladującą życie, ale samo życie właśnie. Fabuła jest i wiernie oddaje samo życie: coś się wydarza, ale dokąd to wszystko zmierza, nie wiadomo. Dobra, nie będę powtarzał po Tobie. Różnica między nami jest taka, że ja daję 6/10, bo choć seans udany, to jednak ani zastrzyku adrenaliny nie otrzymałem, ani wstrząsu nie przeżyłem, ani się nie zaśmiałem, nawet jakoś bardzo się nie zasmuciłem, choć oczy ze dwa razy mi się zaszkliły. Tak przeszedł ten film jak życie właśnie, może gdyby to chodziło o moje życie, to byłaby inna sprawa. Tak, wiem, tak to właśnie miało być i w tym sensie jest to majstersztyk, ogólnie też czuję, że to było nowe doświadczenie, bardzo mi się spodobała ta amerykańska senna prowincja. Ale zostaje szóstka, bo zwyczajnie tak czuję, choć ocena lubi się zmieniać. Zobaczę, jak będzie ten film na mnie oddziaływał w dłuższej perspektywie. Na razie jestem w takim, nie wiem, melancholijnym nastroju, też mam swoją Endorę (i nie chodzi tu o miejscowość), z której muszę się wyrwać, znowu się zacznę zastanawiam nad sensem tego wszystkiego. Cóż, może do takich rozkmin miał ten film zmuszać? Nie wiem, nie wiem też, po co Ci się tu wpisuję, bo jakoś specjalnie nie mam nic ciekawego do zakomunikowania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A no nie wytrzymałem. Mam swoje arcydzieło - "Atlas zbuntowany" i póki co wątpię, by kino jako takie mogłoby stworzyć arcydzieło. Są tytuły, takie jak "Obywatel Kane", "Clerks" lub "Gilbert..." przy którym bardzo chętnie dałbym najwyższą notę. Ale jakoś sam by w to nie wierzył, i to wydałoby mi się puste, bo to jednak przepaść. Nie mogę tych tytułów nazwać arcydziełem. Trudno, pewnie skończy się na tym, że dam w życiu jedno 10/10 i tyle.

      Jednak temat cyferek i ich sensu coraz mniej dla mnie znaczy. Już nie chcę na końcu dawać cyferek, jako podsumowań tekstu. Ale znam ich zalety, więc je stosuję w tytule. Na użytek osobisty są super. Ale żeby je sumować z kont wszystkich ludzi na świecie i tworzyć na tej podstawie listy, to już sensu nie ma. Co mnie, że dałeś 3 punkty mniej ode mnie? Zgadzamy się i to wystarczy. Nie mam też pomysłu, jakby tu cię przekonać lub wytłumaczyć moje stanowisko. Tym bardziej, że często sam dostrzegam różne zalety dzieła, a potem... daję 6-7/10. To ta strona sztuki, nad którą wciąż rozmyślam w wolnym czasie, mając nadzieję, że kiedyś wymyślę coś konstruktywnego. Co tak naprawdę decyduje, że człowiek bierze pod uwagę zalety dzieła? Skończy się pewnie na tym, że stracę wiarę w obiektywną ocenę...

      A wypisujesz, bo chyba coś w moim blogu i tym, jak piszę, jest coś zachęcającego do osobistych wspomnień które tobie mówią wszystko a reszcie niewiele. Zauważyłem to u innych, nie planowałem tego.:)

      I przepraszam za późną odpowiedź. W jakiś sposób brakuje mi czasu.

      Usuń