niedziela, 21 lipca 2013

MROCZNE PRZEJŚCIE (co za film!)

Film Noir & Thriller, 1947



Pierwsza myśl: "Jak bardzo to jest przemyślane!" Każda sekunda to definicja reżyserskiego pietyzmu. Przypatrzcie się, jak dużo pomyślunku stoi za każdą zmianą ujęcia, jak wykonano każde z tych krótkich ujęć. Opening przedstawia ucieczkę Vincenta Parry'ego z więzienia w San Quentin, ale z jego perspektywy. Nie ma tu pokazywania jego twarzy. Za każdym razem kamera jest albo jego oczami, albo ustawiona jest tak, że nie widać jego samego, tylko na przykład beczkę na tyle ciężarówki w której się ukrył. I już tu widać pierwszy "ficzer", częstą zmianę pleneru na dekoracje w studiu. Ogólny widok ciężarówki - plener, ale zbliżenie na beczkę i dłonie wystające by trzymać się krawędzi - to już dekoracja na tle przesuwającego się ekranu. Gdy beczka spada do rowu jest pusta, gdy zrobiono zbliżenie jak się toczy - wypełniona jest manekinem, gdy uderza perspektywa zmienia się i pokazuje wszystko z wnętrza beczki. Totalna ciemność, a światło wpada gdy z drugiego końca wygrzebie się Parry, widać go całego, ale od tyłu. Perspektywa zmienia się na tę z jego oczu, gdy zaczyna ukrywać koszulę w krzakach - znowu plener. Potem łapie stopa na ulicy, wciąż plener. Ale tu już widać "rozmazane" cięcia montażowe przy szybkim spojrzeniu z lewej strony na prawą, łączenie kilku ujęć w jedno, ale ciekawie zaczyna się robić dopiero gdy w ten sposób zaczyna się łączyć plenery z zdjęciami ze studia, których w plenerze nie dało się nakręcić bez ryzykowania życiem lub z powodu rozmiarów kamery (niczego nie chcę zdradzić). Każde z tych kilkusekundowych ujęć łączy się bez zarzutu, tworząc razem jedno długie ujęcie, które w '47 musiało robić kisiel z mózgu.

A teraz, dlaczego to działa i dziś. Po pierwsze, jeśli każde z tych ujęć było tak precyzyjnie zaplanowane, to wcześniej wymagało to długiego wysiłku, a potem jeszcze większej dyscypliny przy właściwym kręcenie - to po prostu odbija się na ostatecznym produkcie, w ten sposób tworzy się skupione i napięte thrillery. Dlatego ten film chwyta tak mocno. Z kolei, przy niepokazywaniu twarzy działa ta sama zasada co przy kręceniu mastershota - tego nie można po prostu zakończyć. Nie można przez 5 minut nie pokazywać kogoś, bo fajnie to wygląda, a resztę filmu kręcić normalnie jakby nigdy nic. Tu trzeba czegoś specjalnego, wyjątkowego, pomysłowego, to składanie obietnicy której spełnienia spodziewa się każdy widz, i to budzi w nim ekscytację. Po mojej ocenie pewnie się domyślacie, że nie ma tu żadnego mocnego akcentu, ale też nie zawodzi. I macie rację. Film oferujący mieszankę napięcia i ekscytacji, czego jeszcze potrzeba?

Nie napiszę więc, jak długo nie zobaczycie twarzy głównego bohatera, ani dlaczego nie chciano jej pokazać od początku. Zdradzę tylko, że to nie ostatnia rzecz którą scenariusz zrobi bohaterowi, bo pozbawi go jeszcze jednej rzeczy...  A teraz bomba: Vincenta Parry'ego, który uciekł by znaleźć prawdziwych  morderców swojej żony, gra Humphrey Bogart. I słychać, że to on. Zatrudniono takiego aktora, na dodatek postarano się o jego duet z Lauren Bacall, i go nie pokazano... Tak, to ma sens.

Miałbym dwa zarzuty, ale są dosyć drobne, na dodatek oba to spoilery, więc - [spoiler] Jedno to dosyć amatorskie spojrzenie na temat operacji plastycznych. Widać, że twórcy tylko usłyszeli, co to takiego, i w takiej postaci włożyli do filmu. Dziś to przeszkadza - puls dla dzisiejszych czasów :). Drugie to zbyt wiele zbiegów okoliczności. Przesadą był ten taksówkarz, który nie tylko go nie wydał, ale i wysłał do lekarza. Przesadą był też policjant w barze - przecież Bogart już nie wyglądał jak Parry! [/spoiler]

Solidny kryminał ze znakomitą intrygą, bardzo dobrą reżyserią, wątkiem miłośnym w który można uwierzyć, wierny założeniom kina noir. A poza tym dowiecie się, jak działa pętla tramwajowa w US.;-)


7/10. Może nawet kiedyś dam plusa.
http://rateyourmusic.com/film/dark_passage/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz