poniedziałek, 1 lipca 2013

Pulp Fiction (jakaś 40 powtórka)

Crime & Black Comedy, 1994


Pierwszy raz w całości na dvd. Dopiero teraz wychwyciłem takie szczegóły jak muzyka z mieszkania pod drodze, gdy Vincent i Jules idą na początku korytarzem. Albo, że Vega po wyjściu z samochodu z Mią lekko się zatacza.

Nie powiem, że od początku, ale jednak od dawna żałowałem, że ten film ma epizod z Butchem. Wszystko jest super do 70 minuty, gdy film łapie tę zadyszkę, wszystko siada a ja od razu chcę przewinąć o tę godzinę do przodu. Rozumiem tutaj pana Tarantino, że chciał to w filmie. Chciał opowieść o zegarku w dupie, chciał samego Butcha, chciał zgon na tronie, chciał scenę wybierania broni, chciał to wszystko - jak mogę mu się dziwić? Na papierze to wszystko brzmi równie genialnie, jak cała reszta filmu. W praktyce - również tam się śmieję. Bo i niby poziom ten sam - te same zaskoczenia, ta sama reżyseria. Ale jednocześnie... nie chcę tego oglądać. I minie zapewne kilka kolejnych seansów, zanim znowu oglądając ten film, obejrzę go w całości, nie pomijając tej historii. Przypuszczenia takiego stanu rzeczy mam dwa: nie przewidziano, że sceny z Julesem i Vegą będą aż tak dobre. Kiedy oni znikają, chcę do nich wrócić, a tak muszę czekać - twórcy nie musieli tego zauważyć, w pełni zrozumiałe. Drugim powodem może być nieco odstające aktorstwo Willisa i Wallace'a, którzy nie mają aż takiej charyzmy co Travolta z Jacksonem. Ale to tylko przypuszczenia, pewności nie mam.

Zapewne najlepszym wyborem było wycięcie tych scen i zrobienie z nich edycji reżyserskiej. Najlepszej edycji reżyserskiej w historii. Fani zobaczyliby nie tylko jeszcze więcej tego samego, ale też ujrzeliby znane postaci w nowych scenach (epizodycznych). Zobaczyliby koniec jednej z postaci. Wspaniałe! Ale w podstawowym filmie, trwającym 2,5 godziny, z wyrwą w środku, odbieram to już nieco inaczej. Gdyby rozdziały z Butchem były zamykającymi film - po prostu bym go wyłączał w połowie.




"Pulp Fiction" to jeden z tych filmów, które trudno obronić. Niby zakłada się, że wszyscy go lubią, ale gdy jedna osoba zapyta "Dlaczego?", jakoś trudno to wytłumaczyć. Z grubsza dlatego, że jest tu humor który się po prostu łapie albo nie... i nie ma w tym chyba nic złego. Ja praktycznie wychowywałem się na tym filmie, więc John Travolta kasujący garaż w środku nocy i Jezus wybiegający na trawnik by go opieprzyć - dziś jest to definicja mojego poczucia humoru. Mogę go włączyć, pośmiać się, odprężyć, bo Tarantino pisząc scenariusz wszedł na wyżyny zaskakiwania widza, bawienia go abstrakcją. Widać, ile myślano i pracowano nad kolejnymi scenami, by te układały się w coraz większą i większą falę śmiechu, by widz nigdy nie był pewny kiedy ona się zatrzyma.

Ale z rzeczy bardziej obiektywnych też jest kilka faktów wartych uznania. Choćby rewolucyjna opowieść pozbawiona początku i zakończenia. Zauważyliście? Nie wiadomo, co zaszło między Brettem i Wallacem, co było w walizce, nigdy nie zobaczyłem Tony'ego Rocky Horrora... Albo co było z Winnfieldem po tym, jak wrócił z ubikacji, z Timem Rothem i Amandą Plummer po wyjściu z knajpy... Jest tylko środek tego wszystkiego. I mimo to udaje się utrzymać uwagę widza od początku do końca tego długiego filmu, wciągnąć go i zachęcić, by wrócił do filmu potem.

Albo umiejętność do tworzenia charakterystycznych postaci. I za każdym razem jest to jakaś świeża metoda. Amanda Plummer mówi "Nie chcę nikogo zabijać", układając głowę na ramieniu jak kociak, z uśmiechem. Travolta gada o frytkach w majonezie, Jackson broni masowania stóp... teraz właściwie nie czuję, jakbym znał te postaci tylko z tych 30-40 minut filmu, czy ile akurat tego czasu mieli. Znam ich o wiele bardziej, jakby mieli własne seriale w których występują od 15 lat. Są aż tak świeży i charyzmatyczni.

Największą zaletą jest jednak reżyseria. Ten scenariusz nie miał własnego stylu, tempa, wyrazu, formy, charakteru, niczego. Wszystko tu mogło się zawalić - czarnuch przed morderstwem cytujący biblię, to łatwo mogło nie przejść, być niesmaczne, obraźliwe i tak dalej. Zamiast tego jest zabawne, fascynujące, abstrakcyjne. Gdy Travolta wraca z Mią i obaj wyglądają jakby się wytarzali w gównie - to powinien być dramat przebijający "Dzieciaków" i cholera wie, co jeszcze. A ja patrzę na nich i śmieję się do bólu brzucha. Ostatnia scena, będąca kontynuacją tej z początku - to już szaleństwo, łatwo było stracić wątek, widz już mógł być znużony, a zamiast tego jest to jedna z najlepiej wyreżyserowanych scen w historii, z napięciem najwyższym w całym filmie.

Aha, i ścieżka dźwiękowa. Chyba do czasu "Perks..." nie było tak dobrze skonstruowanego soundtracku złożonego ze znanych piosenek, dodatkowo jest jej tu naprawdę dużo - jest nawet kilka scen skonstruowanych tylko dla pojedynczych piosenek. A mimo to za każdym razem to działało. Great!

Więc... to na pewno dobry film. Zależnie od preferencji może być lepszy. A jak kogoś jeszcze jarają osobiste wycieczki Tarantino w stronę "Amatorskiego gangu" i innych, to pewnie wyciągnie z tego jeszcze więcej. Ja go po prostu uwielbiam od lat, a dziś dodatkowo doceniam za masę technicznych rzeczy.


9+/10.
http://rateyourmusic.com/film/pulp_fiction/


Ranking Tarantino (czołówka)

1. Pulp Fiction - 9+/10
2. Wściekłe psy - 8+/10
3. Bękarty wojny - 8+/10
4. Grindhouse: Death Proof - 8+/10
5. The Man from Hollywood - 7/10 (nowelka z "Czterech pokoi")

2 komentarze:

  1. Daj 10/10 :D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na... Zapewne stanie na tym, że żadnemu filmowi takiej oceny nie dam. Tylko jednej książce, dwóm serialom i płycie, i będzie tego.~~

      Usuń