poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Imperium kontratakuje

Space Opera & Adventure, 1980


Powtórka. Jak kilka miesięcy temu usłyszałem, że Lucas pisał kolejne części bez wiedzy, co będzie w następnych, to byłem mocno zdziwiony. I wątpiłem. Ale powtórzyłem sobie dwie pierwsze epizody i  nie mam nic do dodania. Zakończenie czwórki nie zapowiadało kolejnej części (uczucie niedosytu to nie to samo), początek piątej części ma bardzo niewiele wspólnego z poprzednikiem. Początkowe napisy informują, że Vader ma obsesję na punkcie Skywalkera po tym, jak ten mu zniszczył Gwiazdę Śmierci, co jak się okazuje niewiele zmieniło, bo nastąpił jakiś atak Republiki który został jakoś odparty. O tym wcale nie trzeba było robić filmu, lepiej to streścić pomiędzy filmami. O tym, jak roboty idą przez pustynię przez 20 minut można było kręcić, ale pokazanie jak zmieniały się siły polityczne w Galaktyce już nie. OK.

W skrócie: fabuła jest do dupy, bo nic się nie dzieje, a jak już się zacznie, to ciekawsze jest wyliczanie ile w niej jest dziur. Postaci są do dupy, bo większość nie ma tu nic do roboty. Uniwersum jest słabe, bo nic o nim na dobrą sprawę nie powiedziano nowego. Pokazano tylko kilka obcych ras, ale nawet ich nie nazwano. Pokazano jedno "Miasto w chmurach", ale nie wiadomo, czy to istotna placówka. Rebelianci nadal nie mają żadnego planu, rozwalą im bazę na początku, przez resztę filmu nic się w tej sprawie nie zrobi by na końcu - suprajs - mają jeszcze jeden statek-bazę! Ci źli po prostu latają za Rebeliantami by ich wybić, ale nie mają jakiegoś charakteru czy filozofii. Nie wystarczy przecież, że w poprzednim filmie zniszczyli jedną planetę, muszą cały czas działać i do czegoś dążyć! Zamiast tego są po prostu tymi złymi. A rebelianci są tymi dobrymi, bo... walczą z tymi złymi! I na odwrót. Fascynujące.

Tutaj oklaski dla marketingowców, którzy zrobili z czegoś takiego jedną z najważniejszych marek
filmowych. Co to tak naprawdę ma być? Uniwersum, w którym są źli, dobrzy, ludzie, roboty, Chewie i Jabba, Gwiazda śmierci, kilka modeli statków, napęd i ten motyw przewodni, tylko tyle? "Jedi" nie liczę, bo sądząc po tym wszystkim, czego się dowiedziałem o "mocy", nie znajduję w tym niczego oryginalnego.

Bohaterowie... zacznę od tego, że wg napisów na początku, to Luke jest przywódcą (...dlaczego?), ale we właściwym filmie to Leia wydaje się dowódcą albo chociaż czymś w tym stylu. Przynajmniej przez pierwsze 10 minut, potem nie robi już absolutnie nic, i jej rola sprowadza się do mówienia na zmianę trzech zdań ("Nie wiem, o czym mówisz"; "Po prostu to zrób"; "Nie potrzebuję twojej pomocy"). C3PO... Nie pamiętam Jar Jara, ale nie wyobrażam sobie, by był bardziej denerwujący od tego robota. Każda jego linia dialogowa ma na celu zmuszenie innych postaci, by go wyłączyły. I to robią w końcu, ale potem go znowu włączają... W ogóle elementy "komediowe" są w tym filmie strasznie irytujące. Han coś tam zrobi w końcu, choć przez pierwsze 2/3 filmu został sprowadzony do mówienia w kółko "Lecisz na mnie" i "Może buziaka?". Luke miał ratować, ale to jego trzeba było ratować.  Istotnym elementem całości jest mnóstwo statystów. Ten film składa się w zasadzie wyłącznie z nich. Oficerzy, kapitanowie, admirałowie, szturmowcy i pilotów to statyści, po obu stronach. Sporo scen oznacza patrzenie na statystów biegających na tle... innych statystów. Wśród tych złych jest Imperator, o którym nic nie wiadomo, i jego jedyną rolą jest nadanie pozornego sensu poszukiwaniom Luke'a, oraz Vader który jest niby najgorszy i najgroźniejszy... ale taki nie jest. Wszystko przez "moc".

Jakby było określone, czym jest moc, w porządku. Ale cały czas dokładają do niej kolejne właściwości - teraz dzięki niej możesz zostać duchem oraz widzieć przyszłość. I ani razu nie pokazano, że Luke jest specjalny, właściwie jest o wiele gorszy od... Yody, bo tylko on coś tam tą mocą pokazał. I z takim zapleczem nasz bohater staje sam do pojedynku z największym złym tej opowieści i nie przegrywa w 5 sekund. Przez coś takiego Luke wcale nie wydaje się potężniejszy, tylko Vader wydaje się słabszy. Właściwie to pozer, z mocy korzysta tylko po to, by się popisać, a gdy pojawia się istotny przeciwnik - nah. Istotny, bo niby będzie potężny kiedyś, przez tą całą moc, której do tej pory nie wyjaśniono. To po prostu bardzo fajna rzecz.
Zresztą, co nawet będzie mógł zrobić jak już będzie potężny? Będzie przenosił dwa duże kamienie jednocześnie? Bo przywódca z niego żaden, na misję ratunkową leci totalnie sam i oddziela się od grupy by lecieć gdzieś, gdzie mu urojenie kazało (chociaż to akurat wina biednego uniwersum, które jest w stanie pomieścić 4 bohaterów i na tym koniec, więc zwyczajnie nie miał z kim lecieć na ratunek). Nawet Han dzięki swoim dwóm scenom wydaje się bardziej szlachecki.


O fabule napiszę już w spoilerze, a teraz - Co mi się spodobało? Właściwie każda wizja graficzna konkretnej planety i lokacji, od lodowego krajobrazu Hoth, przez bagno na którym mieszka Yoda, po to miasto w chmurach. Każda jest bardzo klimatyczna i bardzo szczegółowa. Każda lalka również jest doskonała, od tych kangurów na Hoth kończąc na samym Yodzie - po prostu perfekcja, to wszystko działałoby nawet dziś. Bitwy w kosmosie też są warte uwagi, czuć ciężar i rozmiar Niszczycieli, a rozmiar kosmosu jest odczuwalny (choć w pewnym momencie Han tak manewruje, że dwa Niszczyciele na siebie wpadają... że jak?!). Samo zakończenie, ostatnie 30 minut, wypada całkiem nieźle. Jest słynny zwrot akcji, jest całkiem niezły pojedynek (przerywany co chwila z jakiegoś powodu...), a decyzje co ma przytrafić się bohaterom by całość była bardziej dramatyczna są naprawdę świetne. Bardzo podobało mi się zachowanie Luke'a, który walczył do ostatniej chwili, nawet gdy wszystko było przegrane, i wczołgał się za tę przeszkodę... Kiczowate. Ale tak by to wyglądało w rzeczywistości, tak zachowują się ludzie w takiej sytuacji jeśli nie chcą się poddać. Jasne, tutaj też są błędy i minusy, choćby ucieczka jednej z postaci spowoduje u tych złych: "e, nie, teraz odpoczynek. Wrócę go gonić dopiero w kolejnej części, teraz przerwa na cokolwiek ja tu piję". Ale to nie przeszkadza, bo co miało działać, po prostu działa. Tutaj po prostu powinna być przerwa, więc nie przeszkadzało mi byle jakie doprowadzenie do niej. I przede wszystkim, zaznaczone tu wyraźnie jest jedno: to część większej opowieści. Tu już można czegoś oczekiwać po trzeciej części. Doceniam.

[SPOILER] Ten film nawet nie ma w zasadzie fabuły przez większość czasu. Luke widzi Bena który mu się objawia z jakiegoś powodu dopiero teraz. Potem jest atak Vadera na tych partyzantów, co wygląda jak finał drugiej części "Transformersów" - banda dzieci biega z karabinami pod nogami dużych robotów, mimo że wiedzą, że nic nikomu tym nie zrobią, więc tylko ładnie umierają. Debile. Po udanym ataku Leia z Hanem uciekają, a Luke przypomina sobie o tym, że Ben mu się objawił. Nie zadaje pytań, bo po co. Po prostu gdzieś leci i szuka Yody. Yoda okazuje się być panem Miyagi, gdyby ten był dupkiem. Otwarcie. To tyle z fabuły przez następną godzinę. Han sobie lata aż stwierdzają, że muszą się ukryć... I wybiera jedyne miejsce w całej galaktyce, gdzie ich złapią (gdyby Uniwersum było bardziej rozbudowane, to może by nie wpadł...). Luke po przebrnięciu przez część wciskania mu kitu przez Yodę pt. "Będę cię robił w chuja, a gdy się zniecierpliwisz to cię opierdolę za brak cierpliwości". Reszta treningu to w zasadzie też wciskanie kitu, "moc" okazuje służyć do telekinezy i przewidywania przeszłości, Ben okazuje się być Wielkim Bratem (czemu więc się wcześniej nie objawił? I jak to działa?), do tego kilka porcji "Trzeba czuć i będzie fajnie". A na końcu Luke zapyta "Ale jak odróżnię dobro od zła?". Bo jebnę. A Yoda: "Dobry Jedi użyje mocy do obrony, nie ataku". Chyba, że atakujesz Gwiazdę śmierci. A więc nowa zasada: "dobry" Jedi bije się ze "złymi", ok?



Bo przecież nie powiedzą wprost: "bycie dobrym polega na ślepym wykonywaniu rozkazów bez zastanowienia", bo potem ktoś w Internecie połączy w photoshopie Yodę z komunistyczną flagą i się wyda. I "moc" przestanie brzmieć fajnie...

Pod koniec treningu Luke zobaczy przyszłość z uwięzionymi Leią i Hanem, więc po prostu zdecyduje, że ich uratuje (to na pewno stuprocentowo pewne wizje, też bym nie sprawdzał - nie pytać też, czemu właśnie to Luke zobaczył!). Ale Yoda go ostrzeże, że jeśli poleci to zniszczy o co oni walczą. I wyniknie z tego dylemat, tak poważny i istotny, że Luke będzie potrzebował 2 sekund zanim powie "Aha" i scena się zmieni. Serio. "Dla dobra sprawy o którą walczą musisz pozwolić im umrzeć" - i jaka to sprawa? Pokonanie Vadera? W jaki sposób ich śmierć pomoże komukolwiek w jakikolwiek sposób? Zero wyjaśnienia. Zresztą - pojmanie Hana jest bez sensu, skąd ci źli wiedzieli, by ich śledzić? I kiedy dowiedzieli się gdzie lecą, zanim oni się tam zjawili? I tak dalej, aż do końca, kiedy uzmysławiasz sobie, że ta epicka opowieść mogła spokojnie zostać opowiedziana w 20-30 minut, albo i streszczona w kilku słowach na początku kolejnego filmu. Spróbujmy: "Gdy Luke trenował u mistrza Jedi, Yody, jego przyjaciele wpadli w pułapkę. Luke ruszył im na ratunek, i odniósł sukces mimo kilku nieprzyjemności. Stracił rękę, a Han wciąż jest w kłopotach." Coś pominąłem? Aha - baty za robienie widza w konia gadaniem o tym, że "jak polecisz to zniszczysz wszystko o co walczyli". Poleciał, nic nie zniszczył, gópi film [/SPOILER]


5/10.
http://rateyourmusic.com/film/the_empire_strikes_back/

2 komentarze: