sobota, 5 października 2013

LABIRYNT (premiera)

Thriller & Crime, 2013


Mała spokojna mieścina, pełna deszczu, ziemnych zieleni i domów jednorodzinnych, na które (i wiele więcej) stać tu nawet zwykłego stolarza. Nazywa się on Keller Dover, i właśnie wybiera się ze swoją rodziną do przyjaciół z okazji Święta Dziękczynienia. Małe dziewczynki z obu rodzin wychodzą i nie wracają, a RV który stał na ulicy, z jakiegoś powodu sobie zniknął... niepokojąca atmosfera, nieźli aktorzy, zagadka oraz kilka mocnych momentów.

Co trzeba powiedzieć natychmiast: dialogi są najgorsze od czasu "Titanica". Może nawet gorsze. Nienaturalne. Istotne kwestie brzmią jak skróty fabularne "bo jakoś musimy dojść do tej sceny która będzie potem". Istotne momenty z kolei zostają zniszczone przez kwestie, od których chce się śmiać i śmiać... Gość strzela sobie w twarz, mózg jego leci na ścianę, wszędzie krew, dramatyczny moment, może już nigdy dziewczynek się nie znajdzie... A policjant mówi w tym momencie: "Dzwońcie po karetkę!" i całe kino w śmiech. Kevin Smith musiał zajrzeć akurat na plan. Często.

I bez tego śmiechu film radził sobie raczej średnio. Niepokojącą atmosferę osiągnięto w ten sposób, że... nic się nie dzieje i jest zwyczajnie nudno. Reżyser oczekuje od widza sporej cierpliwości, nie dając mu po prostu niczego. Dopiero gdzieś po 50-60 minutach seansu zaczyna być ciekawie. Dopiero po takim czasie zaczyna działać budowanie sennej atmosfery miasteczka, "bezpiecznego" życia które jest tylko przykrywką dla nieustającego zagrożenia, do czego nawet widz w końcu zaczyna się przyzwyczajać. Potem w końcu śledztwo nabiera tempa i zaczyna być coraz lepiej, coraz bardziej intensywnie. Znalezisko w piwnicy, niepokojący Paul Dano, dziwne działania pewnego człowieka... Będzie naprawdę ciekawie i wciągająco. Chciałem wiedzieć, o co tu do cholery chodzi!

W sumie więc przez 4/5 filmu było całkiem nieźle, pomijając ostatnie 20 minut. Rozwiązanie jest rozczarowujące, przez co to całe czekanie (a.k.a. "budowanie atmosfery") okazuje się być tylko dłużyzną. Wyjawienie intencji porywacza to wiadro bzdur, sporo wyjaśnień brzmi tak, jakby nie chcieli powiedzieć za wiele, bo to może się rozlecieć, jeśli widz się przyjrzy. Kilku istotnych scen nie pokazano, dodatkowo część widzów odgadła kim jest porywacz w 1/3 filmu (po seansie jedna z nich wytłumaczyła mi to, i faktycznie głupio, że sam tego nie wyłapałem), więc się nudzili jeszcze bardziej przez resztę seansu. Poczułem się zawiedziony, na końcu miałem tylko jedno, ale za to bardzo ważne pytanie: "Skąd tam do cholery ten gwizdek się znalazł?"*

Aktorzy sprawdzili się całkiem nieźle, ale "Breaking Bad" to nie był. Dosyć szybko każda z postaci zaczęła chodzić na skróty i krzyczała, ilekroć trzeba było coś "mocniejszego" wyrazić. Keller Dover niemal natychmiast zacznie obijać twarze do gołej kości, ale to raczej kolejna mielizna w scenariuszu, żadnego rozwoju ta postać nie przejdzie. Po reszcie nazwisk nawet tego nie oczekiwałem, większość z nich stworzono bo powinny w takiej historii być (np. rodzeństwo porwanych dziewczynek) i same w sobie nie mają osobowości. Podobał mi się policjant, którego zachowawczość i taka profesjonalna postawa żółtodzioba wydała mi się całkiem naturalna. Z drugiej strony przeszarżowano z księdzem, eks-pedofilem i alkoholikiem, który na dodatek... a, sami zobaczycie. Z pewnością był też astronautą, bo czemu nie.

Rozczarowujące zakończenie i dłużący się seans to dwie poważne minusy. Sama historia i klimat są warte poznania, fani kryminałów dostaną co najmniej 100 minut opowieści, która przypadnie im do gustu.


6-/10.
http://rateyourmusic.com/film/prisoners_f1/

*gwiazdek został zabrany przez tego wariata, który chodził po domach i podbierał różne drobiazgi, jak skarpety, dlatego ten gwizdek zniknął na samem początku. Do tego sam doszedłem. Ale skąd on się znalazł w tej dziurze? Po seansie już spotkałem osoby chcące mnie przekonać, że gwizdka nikt nie zabrał, tylko dziewczynki go znalazły po powrocie do domu, i wtedy je porwano. Po ponad 130 dniach od zgubienia, akurat teraz go znalazły, by na końcu Jackman mógł zostać cudem uratowany... I bez tego epilog jest strasznie naciągany, i jest "akceptowalny" jedynie dlatego, że nie podano ram czasowych. Rozgrywa się w 3 dni czy 3 miesiące po zakończeniu? Nie wiadomo, i dzięki temu brzmi wiarygodnie. Ledwo. Mam nadzieję, że wersja z dziewczynkami które znalazły gwizdek nie jest prawdziwa. W takim wypadku musiałbym mocno obniżyć ocenę.

1 komentarz:

  1. Zakończenie jest żałosne. Ale ten cały czas zarywający deszcz, później śnieg (szkoda, że to nie była jakaś uber-śnieżyca) - fajnie to wyglądało. Klimat fajnie budowany, scenariusz trzeba by było porządnie poprawić, ale generalnie i tak nieźle. Ale może dlatego, że ostatnio ni chuja dobrych kryminałów na filmowym firmamencie nie ma. A na bezrybiu...

    OdpowiedzUsuń