niedziela, 28 grudnia 2014

Infiltracja (6/10)

Gangster Film, 2006


Powtórzyłem sobie, w telewizji puścili o ludzkiej porze. I nawet lepiej się oglądało, dzięki lektorowi który ograniczył ilość przekleństw. Zapamiętałem "Infiltrację" jako wulgarny film, w której każda linijka musiała być dodatkowo przełożona kilka razy "kurwami", "pizdami" i innymi. "Zajdziesz w górę tak szybko jak fiut 12-latka". Najbardziej niedorzeczne i nieumiejętne przeklinanie na ekranie jakie w życiu widziałem do dnia dzisiejszego, a dzięki lektorowi "cunt" stało się "dziadem" ("Masz nas za dziadów?!") i już szło to oglądać.

Jest dwóch chłopów: Matt Damon i Leonardo DiCaprio. Pierwszy był wychowany przez gangstera Jacka Nicholsona, by stać się policjantem i dzięki temu zostać wtyką przestępcy u federalnych. Drugi pochodzi z gorszej dzielnicy, jednak chce zostać gliną, chociaż ma kwalifikacje na więcej niż to. Więc zostaje tajniakiem, trafia do więzienia a po wyjściu zaczyna się spoufalać z gangsterem Jackiem Nicholsonem. Pomysł ciekawy. Plus dla oryginału.

"Infilltracja" ma dziwny styl. Zamiast pokazywać, że coś się dzieje albo w ogóle pozwolić na dzianie się, wybrano inną drogę. Opowiedziano, że coś się działo, i to tyle. Dla przykładu, zarówno federalni jak i gangster dowiedzą się, że są infiltrowani. W jaki sposób? Nie wiadomo, po prostu powiedzą: "Jestem pewny, że mam wtykę". Strasznie dziwny efekt, jakby z historii wyssano całą akcję i życie. Nawet z momentami, nad którymi się zatrzymano, jest coś nie tak. Gdy oferują DiCaprio rolę tajniaka, poświęcają kilka minut by go wkurwić i złamać, ale nic z tego nie zostaje w pamięci. Nie uwierzyłem w tę przemianę, nie wiedziałem skąd cokolwiek w tej scenie się znalazło. Mogli powiedzieć: "Chcesz być policjantem? Pierdol się, idziesz do więzienia i stul pysk". Plus 15 przekleństw, by trzymać poziom reszty, oczywiście.

Taki styl mógł przejść dzięki sprawnej reżyserii, ale zaskakująco, wyróżnia się tu montaż. Kilka scen jest tu zmontowanych razem w zaskakujący sposób, ale szczególnie trafia do mnie kontrast narastający pomiędzy głównymi bohaterami, los który ich spotkał jest tak różny, a nawet niesprawiedliwy. Ten zły ma białe ząbki i od razu natrafia na tę jedyną kobietę w filmie, która jest tu po to, by ktoś się w niej zakochał. Chwila zapadająca w pamięć: Matt Damon na kolacji z przyszłą żoną, przebijany z obrazem Leonarda DiCaprio będącego gdzieś w szpitalu, pielęgniarka bodaj szyła mu ranę a pacjent tak jakoś nieśmiało na nią spoglądał... I pomyślałem, że to chyba pierwsza chwila w filmie pokazująca tę postać razem z kobietą.

To zresztą dzięki postaci dobrego tajniaka to tak przyjemny w oglądaniu film. Jego strach i charakter są wyraziste, nie ma dla niego szansy na udaną przyszłość. Boi się, ale zaraz na początku spalił za sobą wszystkie mosty. Jasne, nie był na tyle cwany by coś innego wymyślić, ale sam film nie miał takich aspiracji, więc wszystko się zgadza. Ciekawy, zajmujący gorzką historią i nic więcej - chociaż w kilku elementach potrafił mi zaimponować.

sobota, 27 grudnia 2014

Dwa filmy na święta: "White Christmas" i "A Garfield Christmas"

Miałem pewne opory, czy pisać o odcinku serialu zamiast o jakimś nowym filmie. Wątpliwości minęły, gdy obejrzałem "Garfielda" i problem zniknął. O obu warto coś napisać, więc skorzystam z tego zbiegu okoliczności.

"A Garfield Christmas" to krótki metraż trwający 22 minuty, który mnie zaskoczył. Raz, tutejszy futrzak naprawdę przypomina tego, którego znam z kart komiksów. Dwa, dostarcza sporej dawki rozrzewnienia i zadumy. W jakiś sposób te dwa elementy w ogóle się nie gryzą, i to największa zaleta tej produkcji.

Zawsze mi przeszkadzało niezrozumienie materiału źródłowego. Garfield nie jest głównym bohaterem w tradycyjny sposób, bo on rzadko robi cokolwiek. Najczęściej jest elementem tła, który powie trzy słowa w reakcji na coś, co robili inni. Dlatego nie działają seriale oraz filmy z nim w rolach tytułowych, podczas gdy w tej produkcji świątecznej uwaga skupia się na Jonie i jego rodzinie. To oni jedzą, grają na pianinie, wyczekują poranka - w skrócie, to oni spędzają święta. Garfield jest gdzieś z tyłu, gadając do samego siebie, jęcząc w swój sposób na wszystko. A ludzie nie zważają na niego i po prostu spędzają ze sobą czas. Nic więcej. Jest miło, zabawnie i ciepło.

W tym wszystkim jest tylko jeden wątek, który jest kwintesencją patrzenia na śnieg za oknem, albo siedzenia przy choince i wdychania jej zapachu. Z związku z tymi scenami Garfield da pewnej osobie prezent. Słowa nie zdradzę więcej, ale z pewnością się wzruszycie. Piękny moment. Niczego więcej nie mógłbym sobie życzyć po takiej produkcji.

http://garfield.com/comic/1979-12-25
"White Christmas", o którym teraz piszę, to specjalny 70-minutowy odcinek mini-serialu "Black Mirror". Kto oglądał ten się ucieszy, że tak niespodziewanie wyszedł kolejny epizod. Dla całej reszty - produkcja ta to zbiór odrębnych opowiadań, będących wariacją na jeden temat: futurystyczna technologia. Niedaleka przyszłość ukształtowana przed jeden lub więcej wynalazków, ściśle związanych z daną historią. Tym razem jest to blokowanie ludzi w prawdziwym życiu. Nie chcesz mieć z kimś kontaktu? Odcinasz się. I widzisz tylko zarys, jakby został wycięty z papieru. Teraz tamta osoba nie może się z tobą skontaktować. Nie słyszysz, co mówi. Dopóki blokada nie zostanie zdjęta. Tak, ludzie bardzo sobie życzą czegoś takiego już dziś. Chcą robić to co mogą robić w Internecie.

Fabuła tyczy się dwojga mężczyzn, będących gdzieś na śnieżnym zadupiu od kilku lat. Niewiele mówią o tym, czemu tu są, i nie jest jasne wiele elementów (np. czy mogą wyjść kiedy chcą). Sam myślałem, że są gdzieś na biegunie i pracują. Dziś jest jednak Wigilia, i jeden z mężczyzn postanawia znieść barierę milczenia. Tyle lat prawie nie gadali ze sobą, to teraz przy świątecznym śniadaniu sobie porozmawiają. W ten sposób widz pozna kilka historii, również związanych pośrednio z samymi Świątami.

W przeciwieństwie do "Garfielda", "White Christmas" to prawdziwa tortura. Ponura, depresyjna i porażająca niesprawiedliwa produkcja o końcu świata dla człowieczeństwa w kilku bohaterach. Zabrakło dosłownie trzech rzeczy, by ten odcinek był równie genialnym dramatem psychologicznym co "Johnny Got His Gun".

1) Dwoje ludzi rozmawia? Od początku śmierdzi to oczywistym zakończeniem, w którym jeden mówi tak długo, dopóki drugi nie poczuje się na tyle przyjaźnie, by też zacząć gadać. Mogli się z tym bardziej postarać.
2) Jakkolwiek dramat bohaterów jest silny, widz nie spędza z nimi na tyle dużo czasu by to go nim wstrząsnęło jak mogło to zrobić. Może wychodzę na masochistę, ale uznaję to za minus.
3) W pewnym momencie fabularnym zastanowiłem się, czemu zrobiono tak a nie inaczej (bo można było i w ten sposób uniknąć dramatu). I jedyną odpowiedzią jest... żeby tak potoczyła się opowieść. Można poczuć się szantażowanym w takich chwilach.

Odcinek i tak uderza w czułe miejsce z ogromną siłą. Samotność, życie pozbawione sensu i człowiek pozbawiony człowieczeństwa - a najstraszniejsze w tym jest to, jak łatwo to wszystko było robione. Prawie bez namysłu i refleksji. "Black Mirror" to współczesny "Twilight Zone" i warte jest uwagi. Zobaczcie sami, wokół czego ja tu tańcuje od 5 minut, nie dopuszczając do zdradzenia czegokolwiek istotnego.

piątek, 26 grudnia 2014

(felieton) Postanowienie na Nowy Rok: nie musisz tego robić


Jakiś czas temu natknąłem się na profil jakiejś osoby, która w metryce "Informacje o mnie" wpisała z dumą, że ma "własne zdanie na każdy temat". To całkiem dobry wstęp do tekstu, który wymyśliłem sobie jeszcze w połowie tego roku. Moje pytanie brzmi:

Po chuj ci zdanie na każdy temat?

Miałem w planach wypisywać tutaj wszystkie wydarzenia, którymi przejęła się tajemnicza "opinia publiczna", by teraz, pod koniec roku, każdy mógł sprawdzić, czy w ogóle pamięta o rzeczach, którym wcześniej poświęcał czas. Oczywiście tego nie robiłem, bo miałem wszystko równo w dupie, a same tematy rozpływały się w powietrzu same. Wiem, że ludziom gotowało się pod czaszką z powodu Eboli, faceta przebranego za kobietę, polskiej reprezentacji w piłce nożnej, wyborów w Szkocji, wyborów do PE, wojny na Ukrainie...  Tak bardzo odległe od siebie tematy, tak bardzo różne, ale wszyscy mówili o nich to samo. I co teraz? Wróciliście do swoich spraw, czy też wyczekujecie kolejnego tematu który pozwoli wam wypełnić swoje życie, powtarzając kolejny raz te same zdania?

Na bok chcę odłożyć teraz kilka rzeczy:
1) większość tego bałaganu to szum medialny, mający was otumanić i wykorzystać ten stan. To nie jest istotne dla tego tekstu, ale mam nadzieję, że o tym wiecie.
2) większość z was wypowiada się na "gorące tematy" dla poklasku by pokazać, jak to przejmujecie się problemami w sprawie których nic nie możecie zrobić. Do was w ogóle nie piszę.
3) Nie ma czegoś takiego jak "posiadanie zdania na każdy temat". Byle chłop średnio rozgarnięty w jakimkolwiek temacie rozłoży cię na łopatki jednym pytaniem. Ty masz zdanie na temat podsunięty ci przez media i społeczeństwo, i nawet nie pytasz, dlaczego na ten a nie inny, bo innych nie znasz.

Przesłanie tego noworocznego tekstu jest tylko jedno: zajmij się sobą. Przestań się rozkojarzać tym, co ci jest wmawiane jako istotne, podczas gdy nie masz w tym temacie nic do powiedzenia ani też stosownej wiedzy by wiedzieć, czy to co ci mówią, jest prawdą (patrz: pkt 1). Skup się na tym, co tworzy twoje życie. Ilość rzeczy, które ma na nie wpływ z wyjątkiem twojej osoby, nie jest taka duża.

I jeśli myślisz teraz: "Wal się Garret! Będę się interesować czymkolwiek tylko chcę!" to zrozumiałaś mnie prawidłowo.

środa, 24 grudnia 2014

Boże Narodzenie (7/10)

Christmas & Historical Drama


Podczas I wojny światowej doszło do zawieszenia broni na ziemi niczyjej, pomiędzy oddziałami wojsk Francuskich, Niemieckich i Szkockich. Był to rok 1914, w nocy z 24 na 25 grudnia. Wszyscy wyszli z okopów, w większości bez wrogich zamiarów. Zaczęli się poznawać, śpiewali razem, spędzili razem czas a nawet uczestniczyli w mszy odprawionej po łacinie.

Ten film to wyłącznie obietnica fabularna tego, co wydarzy się w środkowej części seansu. I zapewniam: nie zepsuli tego. Nie ma tu wielu słów, czuć napięcie i niepewność żołnierzy. Wiadomo co myślą - to zasadzka - i jest to zrozumiałe. A mimo to do spotkania dochodzi, a wszystko niemal wyłącznie dzięki muzyce. Jeden oddział podejmie śpiewaka operowego, który zaśpiewa a capella kolędę - w oddali na drugim końcu polany, słychać będzie szkota który dołączył się grając na dudach. Chwila pełna magii i małych kroczków. Jeden za drugim, "swoi ludzie" wypełniają plan. Tacy, którzy nie chcą walczyć. Nie są źli, za to wyrozumiali i pomocni. Duży ciężar opowieści położony jest na tym, co będzie się dziać w ciągu kolejnych dni. Jak na to zareagują przełożeni? Czy teraz wrócą do bycia nieprzyjaciółmi? Oczywiście, że nie. Mają więcej wspólnego z tymi inaczej umundurowanymi niż z ludźmi, którzy wysłali ich na tę wojnę, a swoją Wigilię spędzając we własnym ciepłym domu. Jak z tego wybrnąć?

Oczywiście, film mógł być lepiej wyreżyserowany i sfotografowany. Nikt znany lub doceniony przy nim nie pracował. W scenie na mrozie nie czułem zimna. Podczas pojednania, nie czułem rozmiaru wydarzenia. Jak wielką odległość musieli przejść, ryzykując w końcu każdym krokiem. Można było to wszystko lepiej wykonać. Można się rozmarzyć na myśl o tym, co z tej opowieści zrobiłby Anderson, Scorsese, Polański, Nolan... a gdyby była wykonana w stylu "Breaking Bad", intensywna i wyśrubowana, nie prosiłbym o więcej. To byłaby dobra odmiana od "Opowieści wigilijnej". Co roku pojawiałaby się kolejny cover "Joyeux Noel". Już teraz mogę się założyć, że najlepsze byłyby wersje Tarra i Zwiagincewa

Historia, którą warto znać. Nie zepsuto jej, a z pewnością zachowano całą magię tamtej nocy.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

(serial) Newsroom - sezon III. Nienajlepsze wspomnienie

Political Drama, 2014


Miało być dziś o "Wszyscy jesteśmy mordercami" razem z napisami, ale pojawiły się problemy techniczne. Musiałem przywracać system do stanu sprzed paru dni i całe 2CD szlag trafił. Postaram się to wykonać na Wigilię, i w ten sposób już będzie jako dosłowny prezent na Gwiazdkę. A tymczasem notka która miała pierwotnie pojawić się w środę z rana, czyli finałowa seria "Newsroom".

Seans tych 6 odcinków podzielić można na trzy etapy

Pierwszy to negacja. Jeśli ktoś, tak jak ja, spodziewał się w końcu zakończenia wątku z 2 sezonu, czyli podjęcie walki w sądzie o odszkodowanie, udowodnienie swoich racji, starcie z systemem prawniczym pozwalającym na takie cyrki... To tego nie ma. Całe budowanie dramaturgii rozmyło się i popadło w zapomnienie. Absolutnie nic nie ma, jedynie w kilku chwilach postaci mówią rzeczy pozwalające mieć pewność, że cały 2 sezon w ogóle się wydarzył.

W zamian są oczywiście nowe historie oraz telenowelowe schematy nałożone na ciekawe postaci.


I to jest drugi etap: zachwyt.

Trzecia seria dosyć szybko zaczęła mnie przekonywać, że jest połączeniem najlepszych stron dotychczasowych. Dramaturgia drugiej połączona z interesującym pismem pierwszej. Tym razem widz dostaje tu wybuch bomby podczas maratonu w Bostonie (2012) i historię trochę przypominającą E. Snowdena (nie zapomnieliście, kim on był, prawda?...). Mianowicie ktoś kontaktuje się z Neilem i przekazuje mu kilkanaście tysięcy dokumentów rządowych, na których jest dowód, że propaganda amerykańska w kraju Arabskim doprowadziła do śmierci prawie 40 obywateli USA. Do zabawy przyłącza się oczywiście FBI, rząd cały czas powtarza, że publikacja tych danych zagraża dobru społecznemu, Neil spierdala do Ameryki Południowej... Cudowne, absolutnie wspaniałe. Zobaczyć tych bohaterów, szczególnie Willa McAvoya z wypiętą piersią stawiający czoła setce agentów rządowych wpadających do jego redakcji by zabezpieczyć dowody... To się ogląda. Ta fabuła zaskakuje, trzyma w napięciu i z każdym kolejnym epizodem spełnia tę olbrzymią obietnicę.

W tym wszystkim co chwila pojawiają się jakieś malutkie scenki, prowadzące niby donikąd, a jednak zapadające w pamięci. Zupełnie jakby miały ciężarki przy kostkach.


4 odcinek jest zdecydowanie najlepszy. Szczególnie ośmiominutowe zakończenie tegoż, które w tak przegadanej produkcji udało się napisać bez większego dialogu. Obietnice zostały spełnione, postaci przeżywają ważne chwile w swoim życiu, wiele się zmienia...

A wtedy wszystko trafia szlag wraz z finałem.

Znowu udano, że to co było wcześniej, nie ma żadnego znaczenia. Podejmuje się nowe wątki w ostatniej chwili, twórcy stosują każdą sztuczkę jaką tylko wymyślono przed nimi, byle tylko przekonać widza o jednym: to wielki, podniosły epilog, zamykający wszystko w całość. Problem w tym, że robi to tak, jakby pomiędzy pilotem i nim nic nie było. Przejście jest idealne. Oglądacie pierwszy i ostatni odcinek po kolei, dokładacie sobie pomiędzy nimi napis "Trzy lata później" i nie czujecie, że coś was ominęło. A że było w cholerę wydarzeń, to tylko pokazuje cały fałsz tego wszystkiego.

I co teraz?

Pilot oczywiście polecam. To kawałek wspaniałego kina. Problem jest tylko jeden: składa obietnicę większą niż miał zamiar unieść. Miał być Don Kichot, a wyszło... bezproblemowe robienie wiadomości, zadowolenie z pracy, nie patrzenie na wyniki oglądalności... Wspaniała lekcja. Jakikolwiek rewolucjonizm, zmiany, walka o lepsze jutro? Nie tutaj. Ten serial chciał być mniejszy, prostszy i pragnął się wycofywać gdy presja była za duża. Olano walkę z systemem w drugim i trzecim sezonie, a walkę o lepsze wiadomości rozmyto po całości i nawet nie wiadomo, co twórcy chcieli osiągnąć. Nie robili złej roboty, ale to wszystko.

Obejrzyjcie pilot, a potem możecie w sumie doczytać o losach bohaterów w necie. Kto umarł, kto jest z kim i kto ma dziecko. Tak, to wszystko co się zmieniło i rozwinęło przez te sezony. A miała to być historia o lepszych wiadomościach. Bez których Ameryka osunęła się do poziomu, który obecnie prezentuje.
Sezon I - 7+/10
Sezon II - 7/10
Sezon III - 6/10

niedziela, 21 grudnia 2014

Nietykalni (5/10)

Crime, 1987


Jeden z moich pierwszych ulubionych filmów. Widziałem go tak dawno temu, że nic z niego nie pamiętałem. Tylko dlatego obeszło mnie, że okazał się po latach taki banalny. Za jakiegoś klasyka chyba nie jest uznawany, zgadza się? Więc to tylko porcja marudzenia Garreta. Wyjątkowo bez spoilerów.

Film opowiada o policjancie granym przez Costnera, który zasadza się na Ala Capone'a. Czasy prohibicji, zakazano alkoholu. Czemu? Nieważne. I bohater będzie pilnować tego przepisu, ruszy na krucjatę przeciwko gangsterom zarabiających na alkoholu. Powód? Takie jest prawo. I to wszystko. Dokładnie, postacią pozytywny jest tu ktoś, kto kilka lat wcześniej walczyłby w imię niewolnictwa. Głębokie.

A jak walczy? Przy pomocy Seana Connery'ego, który ma informatora, który pozwala dojść do kolejnych punktów fabuły. Dzięki niemu wiadomo, gdzie uderzyć by zabolało Capone'a. Zero śledztwa, po prostu otwierane jest ciasteczko z wróżbą... Przynajmniej by tak było, gdyby scenarzyści nie byli zbyt leniwi nawet na to.

A to tylko jeden ze ułomnych stron, nie pozwalających zaistnieć jakiejś dramaturgii. Drugim jest brak przekonania mnie w cokolwiek. Costner jest na krucjacie przeciwko alkoholowi, pierwsza jego akcja. Okazuje się, że nie wyszło. Bo nie. Informator się mylił, a może specjalnie podał mu złe dane? A po co to komu? Grunt, że nie wyszło. I gazety od razu piszą o "porażce". Dużymi literami. I to najwyraźniej wystarczyło, by Costner popadł w depresję. Ta, nie brzmi to zbyt poważnie, prawda? I tak jest z całą fabułą. Zero dramaturgii.

Bo jak może być, skoro tu co chwila są tak dziwne rzeczy, że to zahacza o absurd? Sean Connery tłumaczący Costnerowi jak strzelać do przeciwnika - to brzmiało jak astronauci w "Interstellar" wyjaśniający sobie hiperprzestrzeń. Nietykalni uderzają mocno w interes Capone'a po raz pierwszy. W gazetach piszą o Costnerze, że jest na misji przeciwko prohibicji. Co robi Capone'a? Wysyła gościa, by dał łapówkę naszemu szeryfowi. A ten w odpowiedzi mówi: "Nie" i wypycha go przez drzwi, zamiast aresztować. Trochę później - ktoś zakrada się do domu jednego z bohaterów. Wydaje się, że go zaskoczy z nożem, ale nasz człowiek jednak jest cwany i odwraca się w samą porę. Ze strzelbą w ręku. Zastrzeli go? A gdzie tam, woli wygonić go z domu jakby był muchą. Mądre. Przecież nic niefortunnego z tego nie wyniknie, prawda?

Nawet w jednej z ostatnich scen na peronie, która miała przecież potencjał na bycie jedną z najlepszych w historii kina - nawet w niej trzeba było wsadzić jakiś leniwy absurd. Tym razem jest to kobieta która nie potrafi biec w linii prostej. Woli się położyć i wyciągać ręce w kierunku swojego dziecka, oraz krzyczeć niemo. To jest tak bolesne, że mi wykrzywiło ryj. Przecież to tak łatwo dałoby się naprawić, przecież reszta była tak piękna. Idealnie zmontowana i wyreżyserowana, a wślizg Garcii jest kozacki, aż chciałem podskoczyć na kanapie i wybić łbem dziurę w suficie by sąsiadowi z góry przybić piątkę. Tak bardzo chciałbym pokochać tę scenę...

Ale nie da się. Cały film jest banalny, leniwy i do bólu podstawowy. Policjanci i złodzieje, piu, piu, piu, Yupikajej gówniarzu. The End.


Top 5 De Palmy

1. Wybuch
2. Człowiek z blizną
3. Ważniaki
4. Czarna Dalia
5. Życie Carlita

piątek, 19 grudnia 2014

(felieton) Prezenty! W tym jeden dla was, ode mnie

"Winter" to tytuł jednego ze świątecznych epizodów "Różowych lat 70'tych". Jestem świadom minusów tego serialu, ale też wciąż obstaję przy swoim: miał on swoje genialne momenty. Wiedziano o czym opowiadać, i to robiono. Tym razem Kelso, pracujący na komisariacie, przychodzi do piwnicy Formana obładowany prezentami. Ktoś zostawił je na posterunku, więc co się będą marnować? - pomyślał. I spora część dalszej historii to bohaterowie bawiący się zabawkami spod choinki. Strzał w dziesiątkę, bo gdzie indziej takie rzeczy stanowią trzon fabuły? Zamiast ruszania na przygodę, dramatów z dorastaniem czy innych wyolbrzymień, dostałem prostą, beztroską i dziecinną frajdę z podarunków.

Jak byłem mały, fajnie było oglądać Kevina radzącego sobie z obowiązkami dorosłego. Teraz wyglądam i szukam tego typu scen jak w "That 70's Show". Niby w świętach chodzi o prezenty, a tak trudno to zobaczyć na ekranie. Trudno się dziwić, że teraz ludzie nie umieją wręczać ani też ich przyjmować.


środa, 17 grudnia 2014

(serial) South Park, sezon 18. Jeśli macie obejrzeć tylko jeden, to wybierzcie ten!

Comedy, 2014


Ponoć wciąż są ludzie postrzegający tę kreskówkę jako coś głupiego, wulgarnego, przedstawiającego niski poziom humoru o pierdzeniu i kawałku gówna jako tutejszej maskotce bożonarodzeniowej. Ponoć tak myśli wielu ludzi. Nie znam co prawda nikogo, kto by to potwierdzał, a fakt, że właśnie skończono nadawać 18 (!) sezon oznacza tylko jedno: jest masa ludzi oglądających tę produkcję. Jeśli jednak plotki są prawdziwe, i jesteś jednym z tych ludzi o których napisałem na wstępie, to mam dobrą wiadomość. Najnowsza seria "South Parku" jest dla ciebie idealna. To jeden z dwóch najlepszych sezonów, jakie ta produkcja miała, a przy tym najbardziej innowacyjna. To nie tylko zbiór 9 świetnych odcinków, w tym jednego dwuczęściowego. To przede wszystkim spójna komedia, w której większość epizodów podejmuje jakiś motyw lub wątek z poprzedniego. Wiele żartów przewija się przez całość, by dosłownie eksplodować w wielkim finale, którego nie da się w pełni zrozumieć, jeśli nie oglądałaś od początku.


wtorek, 16 grudnia 2014

Retrospekcja Lost - sezon 1, część 12 + podsumowanie


1x23-25
"Exodus"
reżyser: Jack Bender [6, 7, 8]
scenariusz: Damon Lindelof [7, 8, 9] & Carlton Cuse [3, 4, 5]
zdjęcia: Michael Bonvillian [9, 10, 11]


Trzyodcinkowy finał, którego pierwsza część to budowa obszernego fundamentu. Francuzka zjawia się w obozie Zagubionych, by ostrzec ich. "Others" nadchodzą. Widać ich dym, taki sam gdy 16 lat temu przyszli by zabrać jej dziecko. Teraz najwidoczniej chcą zabrać syna Claire. Zaczyna się przygoda na trzech frontach: Michael woduje tratwę razem z Jinem i Sawyerem, by uciec ze swoim synkiem z tej wyspy. To najważniejszy plan, przygotowywany od kilku odcinków. Potem trzeba się zatroszczyć o pozostałych, którzy tu zostają. Trzeba im zapewnić bezpieczeństwo. Tu rozwiązaniem jest właz odkryty przez Locke'a. Francuzka z kolei może pomóc go otworzyć, przy pomocy dynamitu którym wysadziła własną bazę. Ostatni atrakcja objawi się w następnym odcinku, gdy Danielle postanowi z jakiegoś powodu zaatakować Claire i zabrać jej dziecko. "Exodus" to ponad półtorej godziny biegania, napięcia i finałowego clifhangera, który rozrywa na kilka sposobów jednocześnie. Tego można było oczekiwać po takim serialu. Na koniec orientujesz się, ile tak naprawdę nie wiesz o tym świecie.

niedziela, 14 grudnia 2014

33 sceny z życia (8+/10)

Psychological Drama, 2008


Gdy historia zaczyna się, wszyscy są razem. Odpoczynek gdzieś poza miastem, mała chatka pośród natury, biesiada pod rozgwieżdżonym niebem... Nie ma fabuły, jest tylko życie, którego cała produkcja jest dramatycznie pozbawiona. Może jakaś nadzieja na takowe pod koniec, ale większość czasu bohaterowie nie żyją. Zamiast tego zajmują się śmiercią, radzeniem sobie z nią, obcowaniem z nią... próbują żyć ze śmiercią. Bo wkrótce jedna z postaci okaże się mieć raka. Po kolei, jej otoczenie zacznie się wykruszać. Zostaną nieliczni, który będą z nią razem do końca chemioterapii. Albo dalej.

"33 sceny z życia" są bardzo bolesne. To przeciąganie przez wszystkie etapy obcowania ze zjawiskiem śmierci w rodzinie, bez żadnych uproszczeń i pójść na skróty. Bohaterowie są jacy są, a prawda jest taka, że nie mają zielonego pojęcia co robić. Nie wiedzą co się dzieje, nie potrafią zrozumieć lub zaakceptować. Każdy jest inny, ale zgadzają się w jednym: nie ma tu kogoś pozytywnego. Silnego dorosłego, który wytrzyma. Każdy z tej historii wyjdzie na kolanach, będą się różnić tylko momentem, w którym na nie upadli. Albo chwilą, w której uświadomili sobie, od jak dawna na nich są. To mocny film. Nie dziwię się, że został oparty o doświadczenia osobiste reżyserki. Tu ludzie nie mogą wytrzymać ze sobą, wyładowują na sobie nawzajem złość, chorą czuje się "chujowo", a dawne życie idzie w odstawkę. Po wypiciu pół litra zaczyna się inna strona tego spektaklu.



sobota, 13 grudnia 2014

"Zaginiona dziewczyna" miało kilka słabych momentów

"Gone Girl" Davida Finchera, adaptacja książki której autor przyrządził również scenariusz (co widać, tzn. słychać) to porządny produkt. Solidna historia, o logicznej narracji, całkiem nieźle zagrana. Czuć tutaj upływ czasu, jak mija dzień, od rana do wieczora. Sporo tu zmęczenia, poddenerwowanego napięcia w oczekiwaniu aż okaże się coś ważnego, wciągającej gry głównego bohatera który z jednej strony musi wiarygodnie grać przed kamerami zatroskanego męża, któremu zaginęła żona, a z drugiej musi ukrywać, jak bardzo miał jej dosyć. Jest tu porządek, wiarygodność, widać wyuczony warsztat. I tyle. W pamięci nie zostaje z niego nic, poza śmieszną miną pana Afflecka gdy uradowany zorientował się, że rozumie co żona do niego napisała. Sympatyczny moment.

Reszta jest idealnie wygładzona, nie wybija się ponad poziom... poza kilkoma momentami, które naprawdę zaskakują w negatywny sposób. Kilka uwag i garść spoilerów. Lepsze to niż kolejna nudna recenzja tego filmu, za późno widziałem ten film by pisać normalny tekst o nim. Wina kin, że nie puszczali go w mojej okolicy.


O co chodziło z tym zakończeniem?

Albo inaczej: co twórca chciał tym filmem powiedzieć? Małżeństwa to zajęcie dla pierdolniętych? Czy może tylko to, że sama koncepcja małżeństwa zmienia cię w pierdolca? Po co w ogóle ta historia powstała? Bo mogła? Jaki powód ludzie mieli, by ją komuś opowiedzieć? Choćby jakiś najbardziej podstawowy, o czym ten film jest? Nie mam zielonego pojęcia. Historia toczy się i nagle urywa, bez satysfakcjonującego zamknięcia.

To zresztą ten moment w którym zaczynałem wątpić, czy psychologia postaci jest tak spójna jak mi się wydawało. I stwierdziłem dosyć szybko, że lepiej się nie przyglądać, bo film szlag trafi.


Amy od początku była pierdolnięta?

W pewnym sensie jest to połączenie kilku minusów w kolejny. To jak to w końcu było - Amy na początku faktycznie była słodka, czy to tylko bujdy jak reszta dziennika? Jeśli tak, to czemu w takim razie Nick się z nią ożenił? A skoro tak, to gdzie zaszła przemiana? Czy od początku taka była? Dlaczego to ukrywała? Tak w razie czego? Skąd to jej się wzięło? Czy ktoś jest w stanie rozpisać psychikę tej postaci, czy po prostu autorka poszła na łatwiznę i miało w życi spójność?


piątek, 12 grudnia 2014

(Felieton) Wciąż myślę o Boyhood - to najważniejszy film tego roku

Nie mam i nie miałem ku temu wątpliwości, nawet gdy okazało się, że to wcale nie jest film o dojrzewaniu, i sporo rzeczy które ludzie o tym filmie mówią to ściema. Oglądam go teraz po trochu, gdy akurat mam nastrój i chęć. Bardzo podoba mi się aktor grający główną rolę, jego inteligentne spojrzenie które miał od najmłodszych lat, włosy i intrygujący głos. Rozpływam się nad montażem, przepięknie filmowym. W końcu dostrzegam ile pracy włożono w ten film, coraz więcej szczegółów dostrzegam. Nie patrzę już na całość (kolejny alkoholik? kolejny rozwód?), ale po trochu, na fragmenty i widzę, że to jednak był pewien problem, żeby co roku wymyślić COŚ. I by to było również ciekawe samo w sobie a potem wcisnęło się razem z resztą w płynny obraz. Czuję czas tej opowieści. Zaskakuje mnie różna długość kolejnych części - tempo filmu jest idealne. Pod względem reżyserii również jestem zachwycony, szczególnie wobec pracy z młodymi aktorami. Małomówny główny bohater, córka Linklatera której po paru latach się odechciało grać - to mogło wyjść bardzo źle, a efekt jest zgoła inny. Wiem, że ta produkcja będzie ze mną, ale nie tak jak "Winter Soldier", które odpalę w całości parę razy do roku. "Boyhood" ma coś w sobie z ulubionej książki - nosisz ją ze sobą i co jakiś czas otwierasz by przeczytać losowy fragment.

Ale oceny nie zmienię. Bo coś się we mnie gotuje na samą myśl, by wysoko ocenić film tak mało konkretny. Naprawdę, zadajcie sobie to jedno pytanie: o czym jest ten film?


Ustaliłem już, że to nie jest film o zmianach w życiu Teksańczyków lub obywateli Stanów Zjednoczonych. Nie jest też o dorastaniu, dojrzewaniu, postaci są nijakie co do sztuki, psychologi brak, fabuła jest oklepana, dramaturgii nie miało być i nie ma... Nie ma sensu oceniać go poprzez scenariusz lub aktorstwo, widzę też jak wielu ludzi próbuje się zesrać i wsadzić tę produkcję w standard trzyaktowej struktury, i tak też ją ocenić. Sama reżyseria i zdjęcia przecież filmu nie tworzą, chyba że dokumentalny lub pojebany, jak "Kwiat Granatu". "Boyhood" pojebany też nie jest, to całkiem zwykła opowieść, z logiczną i przystępną akcją. Tylko co z tego? Czy to czyni go dobrym? Długo można wymieniać, czym ta produkcja nie jest, i nie dość, czym w takim razie jest.

Im dłużej to oglądam tym większą mam pewność, że ten film nie miał być czymś konkretnym. Zbyt wiele wysiłku włożono w to wszystko, by osiągnąć ten właśnie efekt. Cały czas twórcy pilnowali, by wyhamować w idealnym momencie. Gdy tylko coś konkretnego zaczynało się dziać, bohater zaczynał mieć jakiś zarys charakterologiczny - natychmiast się wycofywano. Dialogi pisano z pietyzmem by osiągnąć taki poziom. I patrząc po swojej reakcji, udało się. "Boyhood" to idealne lustro, które pokaże co tylko widz będzie chciał w nim zobaczyć. Dostrzeże tu fragment swojego życia, dorastania, zobaczy coś, co zachęci go do refleksji nad tym, co sam przeżył - chociaż w żaden wyraźny sposób nie łączy się to z życiorysem Masona. Sam odebrałem ten film w bardzo osobisty sposób, szczególnie pod koniec. Jaki - nie zdradzę. Czy reżyser to planował? Wątpię. Czy można za to chwalić sam film? Ani myślę.

Równie dobrze można tu dostrzec owalne zero. Seans może cię znudzić, zawieść, być o niczym i nakręcony bez powodu. Chciałbym zobaczyć jakiegoś fana, który ci udowodni, że wcale nie. Jestem pewny, że miałbyś prawo do takiej opinii. Sam nie mam pojęcia, jak miałbym bronić tej produkcji i jak udowodnić, że jest dobra. Jedyną jego obiektywną zaletą jest wybitna filmowość, ale to wciąż nie czyni go zwyczajnie dobrym. By zobaczyć więcej, musiałbym na to spojrzeć z jakiejś szerszej perspektywy, tylko teraz nie wiem jakiej, ani też, czy taka jest.

Ostatecznie dochodzę do wniosku, że "Boyhood" to postmodernistyczne arcydzieło w którym chodzi o oglądanie samego siebie, gdy ogląda "Boyhood". 1/10.

Ale nie mam zamiaru na tym poprzestać.

środa, 10 grudnia 2014

(miniserial) The Corner

Drama, 2000


Słabi z was fani "The Wire", jeśli nie znacie nawet tego serialu. "The Corner" to swego rodzaju duchowy wstęp do tamtej produkcji. Akcja 6 odcinków toczy się na znanych ulicach Baltimore, a bohaterowie to co do jednego ćpuny, którzy już nie mieli za wiele do gadania w "Prawie ulicy", nie licząc postaci Bubblesa i jego ziomka. Tytułowy "Corner" to róg, na którym kupisz towar. A skrzyżowania tego typu są wszędzie. Ta produkcja to opowieść o uzależnieniu, życiu w takim miejscu, walce o powrót do życia, współżyciu z innymi uzależnionymi. Policja czy inne instytucje grają tu marginalne role, kamera woli podejść do przychodnia i jego zapytać o dwa słowa komentarza. Każdy odcinek zaczyna się od pojedynczego ujęcia, niczym z dokumentu, w którym ktoś nosi kamerę i rozmawia z jakąś postacią, jakby była prawdziwa, a ta mu odpowiada. Potem już zaczyna się fabuła. Aż do samego końca, czyli 10-minutowego epilogu w którym twórcy rozmawiają z realnymi ludźmi będącymi inspiracją do tej produkcji. Wzięli ich imiona, historie, i przedstawili na ekranie. A na końcu pokazali pierwowzorom efekt, i to jest zdecydowanie najmocniejsza chwila tego miniserialu.

To produkcja równie prosta i zwykła, jak "The Wire", ale jednak więcej się dzieje, i jest ciekawiej skonstruowana. Każdy odcinek jest skupiony na kim innym (wystarczy rzucić okiem na tytuły epizodów), zachowując przy tym spójność i filmowość. To historia grupy ludzi przewijających się przez cały seans, i wynika z tego całościowa fabuła. Kradzież gratów z włamaniem, sprzedawanie metalu za pojedyncze dolary, umawianie się na odwyk, czekanie w kolejce 8 tygodni, szukanie pracy, próba w fast-foodzie, sklepie z ubraniami, w zakładzie z krewetkami. Cyrki z ciążą 14-letniej narzeczonej, próby powrotu do szkoły, i w efekcie powrót na corner, by móc cokolwiek zarobić. A tam oczywiście policja i inne gangi. Będzie tu jedna z najbardziej realistycznych ulicznych strzelanin jakie w kinie zobaczyłem. Banda 15-letnich dzieci strzelających na oślep, byle gdzie, aby w kierunku z którego strzały dobiegły, aż będzie cisza.


Bardzo istotne są retrospekcje, przedstawiające życie bohaterów zanim zaczęli brać. Nie tylko dlatego, że nagle okazują się normalnymi, zdrowymi ludźmi. Oni tu przede wszystkim wyglądają jak normalni ludzie. Gdy oglądam taką produkcję to nie myślę wiele o procesie przygotowywania się - w zasadzie oglądam jakbym założył, że wyszli z badziewną kamerą na ulicę i zaczęli kręcić prawdziwych ludzi, ciesząc się, że przy okazji zaoszczędzą na duperelach jak światło. Teraz dostrzegam ich metamorfozę, nie tylko ze stanu zdrowej skóry do szarej i z bąblami, ale też z aktora w postać. Tu nie ma jednego błędu! To zachowanie, ten makijaż, kostiumy! Nagle uderza mnie świadomość, że to jedne z najlepszych ról jakie w życiu widziałem!

I wszystko to, by pokazać życie wśród narkomanów. Ludzi, którym nie wolno ufać bo pierwsi są by cię okraść. Są tam, przy tobie, by nie pozwolić wybić się ponad ich poziom, bo ściągną cię z powrotem. Też kradłeś i brałeś, powiedzą. Ale też jako jedyni będą przy tobie, by cię wesprzeć w trudnych chwilach. Można to zrozumieć. Produkcja jedyna w swoim rodzaju, chociaż w teorii brzmi jak wiele jej podobnych. Na końcu nie miałem problemu by uwierzyć, że to opowieść o prawdziwych ludziach.

Plus można zobaczyć Lestera Freamona biorącego strzał w kark. To rozwala moje fan-fiction.
7/10.

wtorek, 9 grudnia 2014

Retrospektywa Lost - sezon 1, cz. 11


1x21
"Greater Good"
reżyser: David Grossman
scenariusz: Leonard Dick
zdjęcia: Michael Bonvillian [8]


Taki tam, odcinek. Bohaterowie mają ból, ale potem się rozmyślają i jednak go nie mają i będzie tego.

Początek jest solidny - pogrzeb Boone'a, żegnanie się, żałoba, smutek. Powrót Locke'a, atak na niego. Udane sceny, nie ma się do czego przyczepić. Potem Shannon chce zabić Locke'a, ale się rozmyśla. Jack też chce mu coś robić, pochodzi trochę, ponarzeka nieco, że chce to zrobić, i cześć. Jeszcze Aaron popłacze, ale posłucha głosu Sawyera i stwierdzi, że mu wystarczy do końca życia.

Retrospekcja to gotowy schemat fabularny, nic czym można sobie głowę zawracać. Federalni chcą infiltrować złych, biorą jednego na wtyczkę, szantażują go, by współpracował, robi to i potem ma dylematy, czy tak można. Wszystko dopasowane do uniwersum "Lost" i tylko tyle wysiłku to kogoś kosztowało. Ale niech będzie, przynajmniej kilka rzeczy o Sayidzie i Nadii powiedziano.

W sumie jedno co się w tym epizodzie dzieje to pokazanie innym postaciom tego, co widz wie. O samolocie, włazie, takich tam.
5/10.

niedziela, 7 grudnia 2014

Personel (8+/10)

Kino Moralnego Niepokoju, 1975


Film to taka sztuka, która zna wielu ale też trudno znaleźć kogoś, kto ją zna. Może 2 osoby w tym kraju wiedzą, na czym polega praca reżysera, ale to on się wyróżnia i na nim opiera się często promocja. Czasem zamiast niego jest aktor/aktorka. Raz na parę lat jest film reklamowany nazwiskiem scenarzysty. Widzowie zwrócą jeszcze uwagę na muzykę, zdjęcia. A kostiumy też trzeba uszyć. "Personel" opowiada o życiu początkującego pracownika teatru, zajmującego się właśnie kostiumami razem z całą gromadą sobie podobnych. Świat mały, będący z tyłu, siedzący cicho, ale mający swoją rolę do odegrania.

Ta opowieść to portret ówczesnej Polski w sposób, który nie rzuca się w oczy. Tylko raz jedna z postaci mówi, że na to wszystko trzeba spojrzeć szerzej - wszędzie indziej jest to prosty, skromny film o młodym człowieku zagubionym w życiu, dostający pierwszą pracę, poznający pierwszych dorosłych ludzi i zafascynowany duszą swojej pracy. Przypadkowej kobiecie w metrze opowiada o "momencie prawdziwego szczęścia", gdy nadchodzi premiera i kurtyna idzie w górę... Lubię tę scenę. Lubię cały film.

Ale tak. To stary teatr, w którym grają stare sztuki, mało ludzi przychodzi, pracownicy są źle traktowani, żyją normalnie jak ludzie tak bardzo, że ledwo widać klosz nad ich głowami nie pozwalający się wyprostować i podnieść głowy. W pewien sposób, to film genialny w swojej metaforze. Jest zaskakująco żywy. Połowa scen wygląda jak dokument, z kamerą wśród pracowników teatru - dziś nawet łatwo zapomnieć, że główną rolę gra Juliusz Machulski, a na drugim planie włóczy się reżyser "Ćmy", Tomasz Zygadło. Fabuły tu niewiele, jakby przez połowę filmu nic się nie działo. Bohaterowie żyją swoim życiem - nawet pod koniec, pomiędzy dwoma zwrotami akcji tworzącymi tak naprawdę całą tę produkcję, główny bohater proponuje założenie kabaretu. Zupełnie jak pod koniec odcinka w serialu, rozpoczynają wątek który będzie kontynuowany w przyszłości.

Zakończenie jest najlepsze. "Personel" oglądałem teraz kolejny raz, wiele lat od pierwszego seansu, i pamiętałem tylko tę jedną scenę. Jego klasę tworzy optymizm w oparach smutnej rzeczywistości. Widz wie na 90%, jaka jest prawda, co się naprawdę stanie, ale jednocześnie zatrzymano się w tej sekundzie, gdy wciąż jest możliwa inna droga. Ta chwila staje się wtedy wiecznością, pełną dobra i uśmiechu. Takie otwarte epilogi mogę lubić - niby nie ma pewności, ale to tak naprawdę jedynie oszukiwanie się. Zakończenie będzie tylko jedno, ale też trudno wskazać moment w którym reżyser nakazuje oglądającemu tak myśleć. Podobnie jak z całą resztą tej opowieści, tutaj też widać chłodny obiektywizm narracyjny.

Mały, duży film.

sobota, 6 grudnia 2014

W zawieszeniu (7/10)

Psychological Drama, 1987


Czy egzystencja z wyboru wciąż może być życiem? Bohater tej opowieści, uciekający przed niesłuszną karą śmierci Marcel, znajduje schronienie w piwnicy swojej żony, Anny. Nikt nie wie, że wzięli ślub, nikt nie kojarzy jej osoby z tym człowiekiem. Jest bezpieczny... może tu się urządzić. Przeczekać. Nie musi wychodzić... Życie wypełnione czekaniem, bezruchem, samotnością. Wszystko w kontekście powojennej Polski roku 1949.

To mógł być beznadziejny film, i za sam fakt, że jest inaczej, należą mu się brawa. To film o facecie, który siedzi w piwnicy. Źródłem konfliktu jest upływ czasu - im dłużej film trwa, tym jest gorzej i dłużej Marcel żyje bez nadziei, coraz trudniej jest mu utrzymać przytomność umysłu i powód, do dalszego oddychania. Ani przez chwilę widz nie musi sam sobie o tym przypominać, by nie zasnąć, twórcy sami sobie radzą, tworząc jednak intensywną i gorzką opowieść Bardzo subtelnie i naturalnie opowiadają o upływie czasu albo przeżyciach bohatera. Marcel to twardy chłop, nie chce nawet by jedyna osoba która wie o jego miejscu przebywania - żona - go odwiedzała. Nie ma tu też podpisów, informujących o tym, że minęło 100 czy 50 lat.

Sporo się jednak dzieje w życiu Marcela i Anny, ale szczegółów nie zdradzę. Dość powiedzieć, że mimo wszystko nie ma powodu, by się nudzić. To ciężkie, depresyjne, smutne kino, które potrafi utrzymać uwagę widza przez 90 minut pomimo bardzo trudnego materiału, będącego bazą opowieści. Mądre, wrażliwe polskie kino.
 (sam musiałem dodać...) https://rateyourmusic.com/film/w_zawieszeniu/

piątek, 5 grudnia 2014

(felieton) Przecież współczesna muzyka jest w porządku!


Jest kilka rzeczy, których nigdy nie zrozumiem, a o tej chcę popełnić cały tekst. Cały czas słyszę, że współczesna muzyka to jedynie cycki i plastik, podczas gdy ja nawet nie wiem co musiałbym zrobić by podzielać podobny pogląd.

Parę osób w bliskim otoczeniu pracy, które tak mówią, to słuchają radia - a nawet więcej. Stawiają radio ponad własnoręczny dobór tego, co się w pracy słucha, nawet jeśli nie za pośrednictwem streamingu to YT czy innych. I będą radia bronić. A potem będą mówić, że współczesna muzyka ssie. Jeśli kogokolwiek zapytam jaką muzykę lubią to odpowiedzą: "A, niczego konkretnego" lub "Lubię każdą muzykę"... Generalnie, brak opinii, z drobnymi wyjątkami. Nikt nie lubi "Umpa umpa", czymkolwiek to jest, oraz "metalu", chociaż nie potrafią też uściślić, którego rodzaju metalu. Odnoszę wrażenie, że jako jedyny słucham świadomie, i nie traktuję muzyki jako czegoś, co ma być tłem zagłuszającym ciszę. Ja wolę zainstalować sobie Spotify w pracy i słuchać tego co chcę. Tylko jedna osoba powiedziała mi konkretnie, co lubi. Od razu jej to włączyłem i miałem z tego samą przyjemność. Cała reszta jest szczęśliwa, mogąc się denerwować z powodu "Last Christmas", gdy ja słucham Binga Crosby'ego.

I tu moje pytanie: jest was więcej rodzajów? Czy uważacie, że dzisiejsza muzyka to syf chociaż jednocześnie nie słuchacie radia? Tak czy inaczej, chętnie przeczytam argumenty i dowiem się, gdzie wy w tym Internecie się obracacie, że trafiacie wyłącznie na syf. Bo dla mnie jedyna różnica jest taka, że kiedyś czczono hard-rocka, o nim się mówiło, a tego, czego nie lubiano, pozwolono popaść w zapomnienie. Dziś jest na odwrót. Nie zaprzeczam, że słaba muzyka powstaje, jednak czemu nie dostrzegacie, że powstają również świetne piosenki na poziomie takim samym jak nie wyższym jak klasyki sprzed dekad? Nie wiecie? Nie chcecie wiedzieć?

To trochę jak z kinem. Niby cały czas słyszę tego jednego typa, mówiącego, że współczesne kino to tylko efekty specjalne i szmira, a jak powiesz takiemu, że rocznie powstaje więcej niż 5 filmów, to ci nie uwierzy.

A może po prostu słuchacie współczesnej muzyki, tej samej co ja, i tego nie lubicie? Nie będę udawać, że wiem, co czyni muzykę dobrą lub nie. Wiem, że cały czas natykam się na płyty i piosenki, które mogę natychmiast polubić, a ludzie naprawdę słuchający nowej muzyki są zadowoleni w swoim segmencie gatunkowym. Czy to chodzi o indie, hip-hop, metal, hard-rock, country, art-rock, rap, modern classic, jazz, progresywny metal, progresywny rock, nu-disco, IDM, folk... Oczywiście, sam tego wszystkiego nie słucham. Patrzę po gatunkach i wybieram to, co powinno mi podejść. Poważnie nie wiem, czemu ludzie przyczepili do współczesnej muzyki.

Jeśli nie znacie nowych wydawnictw bo wierzycie plotkom, przestańcie i wybierzcie się w tę podróż na własną rękę. To jest możliwe tylko w tej chwili, teraz jest na to czas. Za chwilę coś nowego będzie  nowością, i potencjalny kandydat na Twoją płytę roku może ulec zapomnieniu w przeszłości, z braku zainteresowania. Sam bym przegapił wiele wydań, bo w momencie premiery nie wybiły się, nikt o nich nie mówił, ale na szczęście dla siebie byłem we właściwym miejscu o właściwym czasie.

Mój ranking ulubionych piosenek 2014 roku na początku stycznia.

środa, 3 grudnia 2014

(serial) Newsroom - sezon II

Drama, 2012


Wątki drugoplanowe zostają kontynuowane, a przed szereg wysuwa się nowy wątek, opowiedziany niczym w "Detektywie" - główni dziennikarze zeznają swojemu adwokatowi, jakie zdarzenia doprowadziły do operacji Genoa. 11 miesięcy temu usłyszeli o działaniach wojskowych z użyciem broni chemicznej na cywilach. Brzmi nieprawdopodobnie, ale z czasem zbierali coraz więcej dowodów. Okazuje się, że USA ma wciąż takie toksyczne zabawki, chociaż powinna je zniszczyć. Kolejni świadkowie są gotowi zeznawać przed kamerą, ale Charlie wciąż nie zezwalał na emisję historii. Wiadomo już jednak, że w końcu się na to zgodził. Co się takiego stało? Jakie efekty dało ujawnienie tej historii?

Wstęp bardzo mnie zaintrygował. Chciałem wiedzieć, co się stało i co tak naprawdę oglądam w futurospekcjach. Sporo tu budowania napięcia razem z ujawnianiem kolejnych fragmentów opowieści, co wiąże się z prowadzeniem większości wątków równocześnie przez cały sezon. Skutek tego jest taki, że początkowe epizody mogą nużyć, by finałowe urwały łeb. I nawet im się to udaje, ryzyko się opłaciło. Czułem ciężar operacji Genoa.

Jest lepiej pod względem dramaturgicznym, mnóstwo tu dopinania spraw na ostatnią setną sekundy, wiele rzeczy dzieje się poza kamerą a Will McAvoy musi po nich wrócić przed obiektyw i z kamienną twarzą oraz spokojnym głosem relacjonować wiadomości. Jest stres, napięcie i gra na nerwach.

Ależ ona ma śmieszną twarz :)

niedziela, 30 listopada 2014

Wolny strzelec (+ anegdota z kina)

Neo-noir, 2014


Po ulicach Los Angeles jeździ kilku ludzi z kamerami. Nie są związani z żadną ze stacji telewizyjnych, ale zależy im, by być na miejscu zdarzeń pierwszymi i sprzedać nagranie do którejś. To może być wypadek, pożar, strzelanina, katastrofa, napad z włamaniem - cokolwiek. Lou Bloom jest samotnikiem - ma własną kamerę, jeździ własnym samochodem, sam zatrudnia pomocnika który robi za drugi obiektyw oraz GPS. Z pozoru liczy się tylko mięsisty materiał, który będzie można skadrować i wziąć za niego hajs. Sprawa jednak nie jest tak banalna - temat kontrowersyjności oraz pokazywania treści graficznych przez media to tu wątek ledwo obecny. Sama prezentacji pracy w stacji czy policji na miejscu zbrodni jest nieco zbanalizowana i "byle-jaka". Szczególnie, jeśli oglądaliście wcześniej "Newsroom".:)


Mnie zaintrygował główny bohater, który nie jest jasny i łatwy do przewidzenia. To głównie zaleta całej produkcji - wiele tu chwil które nie są standardowe i nie idą zgodnie z myślą widza oczekującego typowego kina. Główny bohater jest niespodzianką w każdej kolejnej scenie, pokazuje niebywałą klasę i styl, a wszystkiego jego skrajności łączą się w całość, reżyser nie utrudnia ani też nie ułatwia dokładnego poznania go. Wszystko jednak tworzy spójny, logiczny obraz, który dostarcza odpowiedzi, chociaż w związku z zakończeniem - o którym za chwilę, bez spoilerów - nie bardzo wiem, co z tymi odpowiedziami mam teraz zrobić.

Lou Bloom z jednej strony zatrudnia pomocnika, by ten pomagał mu z nawigacją gdy ten będzie prowadził swoje auto z dociśniętym gazem przez nocne LA, z drugiej - zna miasto lepiej od niego, i orientuje się w tym, które ulice są w trakcie remontu. Nagrywa fenomenalny materiał na którym widzi bandytów, by następnie wyciąć wstęp i nie pokazać go policji. A resztę zanosi do najpodlejszej telewizji w mieście by wytrzeć tamtejszą prezes o podłogę, dobitnie uświadamiając jej, że bez jego materiałów oglądalność spadnie i ta poleci ze stanowiska. Kim jest bohater i jakie są jego prawdziwe motywacje? Zastanawiałem się nad tym gdy razem jeździliśmy rozświetlonymi w mroku ulicami Los Angeles jego klasycznym, czerwonym samochodem.

To po prostu porządna produkcja. Sprawnie wyreżyserowana, dobrze odegrana, ciekawie napisana (najlepszy składnik). Ma prawie wszystko co było trzeba, po seansie powinniście być usatysfakcjonowani. Ja na pewno, bo nawet zakończenie było słabe w taki obiecujący sposób. Moja ocena byłaby wyższa, gdyby nie finał. Napisać, że film się urywa, to za mało. On się dopiero zaczął rozkręcać. To powinna być dopiero pierwsza trzecia opowieści. To był jedynie pilot serialu, który anulowano i nie zobaczę drugiego odcinka. Prezentacja bohatera, pomysłu, tylko rozwinięcia brakuje. Co też wywołuje we mnie pozytywne uczucie - chciałem więcej.

A może za rok Netflix zapowie pierwszą serię "Nightcrawlera"? Byłoby miło. Opening z Judas Priest itd...
6/10


Anegdota: nie widziałem początku filmu. Seans był w innym mieście, do którego jedzie się 20 minut. 16:20 bus, o 16:45 "Wolny strzelec" miał się zacząć. Pierwszy się spóźnił, byłem na miejscu o 16:50. Miasta w ogóle nie znałem, jeszcze się zgubiłem, na szczęście starsza para mnie zaprowadziła do kina, bo miała po drodze. Będę im to pamiętał. Tu najlepsze: z powodu wyborów wejście do kina było "Obok". Wchodzę z boku i nikogo, żywego człowieka. Otwieram jedne drzwi, kotara i film słyszę za nimi. Drugie drzwi otwieram, to samo. Innych nie ma, to stwierdzam, że zapłacę po seansie i wchodzę. Przyszedłem na scenę, w której Lou zatrudnia chłopaka, jadą, tamten pomylił się o 2 przecznicę, potem ćwiczyli nawigację podczas szybkiej jazdy.

Jakoś na 30 minut przed końcem, gdy Lou i chłopak kłócili się o wynagrodzenie przed czuwaniem pod domem podejrzanych, do sali kinowej wszedł mężczyzna. Bez kurtki, z plakietką. Wtedy jakoś dotarło do mnie, że ten wieczór mogę skończyć w areszcie. Natychmiast wymyśliłem sobie, że zobaczył na kamerze jak wchodzę i tylko czeka jak będę wychodził. To zagadałem do niego, wyjaśniłem sytuację, a on: "Aha... Tak, nie ma problemu" i wrócił do oglądania. Zamieszanie w związku z wyborami, nawet przeprosił. A po seansie stwierdził, że nie ważne. Nawet jak nalegałem, że chcę zapłacić, to nie chciał (bo wciąż zamieszanie i problemy w związku z wyborami). Jest jeszcze opcja kupna przez Internet, jeśli będzie więcej seansów to na pewno kupię. W końcu to tylko 13 złotych miało być... W sumie obejrzenie filmu wyniosło mnie tyle ile bilet na bus w obie strony, czyli 8 zeta.:)

Tak w ogóle to pierwszy raz byłem w sali kinowej z balkonem. Albo drugi. Pamięta ktoś kino Kosmos w Lublinie? Byłem w nim na Spider-Manie 2, i nie mam pewności.

sobota, 29 listopada 2014

Nausicaa z Doliny Wiatru (8+/10)

Anime & Adventure, 1984


Bogata i piękna kraina, której od tysiąca lat zagraża trujący las. Bronią go ogromne robale, nie pozwalające by ludzie cokolwiek mu zrobili. Główna bohatera, tytułowa księżniczka Nausicaa, próbuje zgłębić tajemnicę stającą za tym zdarzeniem. Zamieszkuje ona Dolinę Wiatru, która dzięki Boskiemu Wiatru wciąż opiera się szkodliwym oparom lasu. Dosyć łakomy kąsek dla ludzi walczących o przeżycie, prawda? Ale wydarzy się też coś jeszcze...

Bajka dla młodszych, traktujących ich z powagą oraz szacunkiem, która nadaje się bez oporów również dla starszych i dorosłych. Miyazaki w końcu potrafi opowiadać do wszystkich uszu jednocześnie, tym razem z rozmachem kreśli historię antywojenną i proekologiczną, której głównym morałem jest nauka zrozumienia oraz życia w harmonii - dwa motywy mi bliskie, a ich ujęcie w tej opowieści jest mądre oraz naturalne, nie wynika bezpośrednio od twórcy ale od samej produkcji i motywacji postaci. Historia Nausicki to wielka opowieść ze starożytnymi przepowiedniami, herosami budzącymi podziw jak spojrzenie w gwiazdy oraz scenami akcji które ogląda się z otwartą paszczą zaprojektowaną by przejmowała pokarm. Mistyczne posągi rozmiarów pomników natury, plenerowe bitwy - wszystko ściśle powiązane z tym uniwersum, z wykorzystaniem unikalnym widoków i zwierząt. Rozmiar, skala, animacja - "Nausicaa z Doliny Wiatru" wie, jak zrobić na mnie ogromne wrażenie.



To jeden z pierwszych filmów, po których zacząłem lubić maskotki oraz domagać się ich w innych produkcjach. Teraz maskotką jest małe zwierzątko, na które napotyka się główna bohatera. Próba oswojenia kończy się ugryzieniem jej... co jednak nie prowadzi do jej odsunięcia ręki. Zamiast tego zachowała spokój, a zwierzaczek zaufał jej. I zostali razem aż do końca. Nazywa się Teto i w zasadzie nie robi w tej historii nic więcej, poza dodaniem konieczności zarywania nocy by dorysować go siedzącego na ramieniu Nausicki. Tak się wzbogaca film oraz rozwija sylwetkę postaci. Sama Nausicaa to kozak jakich mało. Jej pozycja w społeczności doliny, zachowanie i miłość do natury to świetny początek, ale gdy wpadła do pokoju i zaczęła się bić... Kurczaki, co za scena. A to co robi od połowy filmu do końca nawet nie wymaga komentarza. Ta dziewczyna nie mogłaby być bardziej męska nawet gdyby zapuściła brodę i chodziła z gołą klatą.

Fajnie, że w telewizji zaczęto nadawać powtórki Miyazakiego w sobotnie poranki (chociaż to chyba był ostatni z serii?). Ta powtórka wiele mi dała. Teraz już widzę, że Nausicaa jednak nosi spodnie.:D

piątek, 28 listopada 2014

(felieton) Byłem na chrzcinach.

Jako gość całkiem bliskiej rodziny. I było to całkiem zabawne doświadczenie. Było chłodno, budynek był jakąś podróbką oryginalnych Kościołów, wciśnięto gdzie akurat było miejsce. Ja lubię te budynki, ale te prawdziwe, które budowano by mogły również służyć do obrony przed najeźdźcą - w nich jest ta unikalna cisza. Mało kto z gości - a było ich wielu - wysilił się, by poruszać wargami w rytm piosenek czy innego "Amen". Ilość ludzi naprawdę religijnych to tam może promil całości. Ale przynieśli swoje pociechy, ponieważ... święty spokój, o ironio. Strzelam.

Ksiądz próbował w przemowie zażartować, że niemowlaki sobie lubią pokrzyczeć lub popłakać podczas tej imprezy, ale to niczego nie zmieniło. Każdy berbeć przebijający wyciem mikrofony był na wagę komediowego złota. Tak czy siak owe przemowy miały być zapewne bardzo inspirujące, tylko słowa nie było w nich o chrzcie, albo dlaczego za to się płaci... Porcja "samozaprzeczania" pomiędzy kolejnymi anegdotami też była zabawna. Sam już nie wiem, czy ja pójdę do piekła za to, że sam nie miałem chrztu, czy może Bóg na to nie zważa, bo i tak mnie kocha, czy mam jeszcze szansę wziąć chrzest czy mogłem to wziąć tylko wtedy...


Po wszystkim wszyscy wyszli przed budynek, i jedna kobieta zapaliła papierosa. Otoczona tymi dziećmi, co chyba tylko ja uznałem za zabawne. Reszta uznała to chyba za coś normalnego, co mnie bawi jeszcze bardziej. Ale gdy ksiądz to zauważył i ją mocno ochrzanił (za palenie przed Domem Bożym, oczywiście) to już wszyscy się zaczęli śmiać.

Największy ubaw jednak miałem z faktu, że to nijak nie pokrywało się z moimi oczekiwaniami. Do tej pory, gdy myślałem o chrzcinach, widziałem tę scenę ze "Scrubs": mała, przyszpitalna kapliczka, kilku gości, skromnie i szybko, ale z pietyzmem (zanurzanie głowy w misie itd.). W rzeczywistości wygląda to tak, że cały kościół był wypchany po sufit, kolejka dzieci do maźnięcia po czole robiła wężyk. Ksiądz był tu w zasadzie robolem przy taśmie, powtarzającym te same formułki tyle razy, że zapewne zwariował w połowie. "Czy przyjmujesz wyznanie, które tu wspólnie omówiliśmy", dziecko: "Agu?", rodzic: "Tak", ksiądz: "Ja ciebie chrzczę". Symbolicznie, palcem po czole, bo kolejka. I tak 60 razy pod rząd.

Aż wymyśliłem kolejny serial, o zakładzie chrzczącym na modłę "Six Feet Under". Prywatny biznes reklamujący się tym, że nie chcą być korporacją w której pracownicy się robolami przy taśmie. Nie, oni stawiają na rodzinę, uczucia, i nie robią tego tylko dla pieniędzy... Im zależy na ludziach! Hehe. Niestety, to tylko materiał na jeden z tych przypadkowych skeczy w "Latającym Cyrku Monty Pythona". Po początkowym szoku humor szybko by wyleciał i trzeba by robić telenowelę.

środa, 26 listopada 2014

(serial) Newsroom - sezon 1

Political Thriller ;-), 2012


Wiecie, że ten serial ma tylko 25 odcinków, i to licząc z trwającym właśnie trzecim sezonem, który ma być ostatnim i kończy się na dniach? Na co czekanie? Na zachętę? To proszę:

"Newsroom" ma najlepsze dialogi w historii kina.
To czyste kino rozmawiania, dyskutowania, kłócenia się. Akcja opiera się na tym, co zostanie powiedziane, wykrzyczane i wypracowane poprzez komunikację głosową. Każda linijka została ujęta w uniwersalny, ciekawy sposób, najmniejsza pierdółka była tak opowiedziana by była fascynująca. Nie ma tu jednego pudła, każda sekunda jest idealna i bezbłędna, cudowna. Tego się słucha wybitnie dobrze. Postaci są ciekawe i wyróżniają się, nawet jeśli jest to akurat stażysta mający 20 linijek w całym sezonie. Nie ma tu zasady bawienia się gniewem choleryków, charaktery są zróżnicowane. Każdy jest inny i toczy z kimś jakąś wojnę co chwila, nawet jeśli jest spokojny, niezręczny, małomówny lub zajęty, ale będzie się kłócił do końca.

Najlepsze jest to, że wszyscy są cholernie błyskotliwi. Zdają się potrafić prowadzić kilka rozmów jednocześnie, nie gubią wątku i pamiętają wiele detali, posiadają ogromną wiedzę z ekonomii, polityki, kultury. Gadają szybko, inteligentnie, rozumieją się w lot i nie zatrzymują się. I powtórzę: wszystko mówią w bajerancki, przyjemny sposób. Jakby grali w programie "Jeden z dziesięciu", to trwałby na antenie bez przerwy przez tydzień, i wszyscy nadal mieliby po trzy szanse. Ich mobilność i praca umysłu jest imponująca.

Tym, czym narracja jest dla "Lost", tym jest dialog dla "Newsroom".

I’ve bought milk before your relationship started that was still good to drink after it ended.

wtorek, 25 listopada 2014

Retrospektywa Lost - sezon 1, cz. 10


1x19
"Deus Ex Machina"
reżyseria: Robert Mandel
scenariusz: Carlton Cuse [2] & Damon Lindelof [6]
zdjęcia: Michael Bonvillian [7]

Bardzo intrygujący odcinek, ale przy powtórce... hm, to już nie to samo.

Sporo nadprzyrodzonych zjawisk - wizja we śnie itp. - jednak wiele z tego nie ma sensu lub celu. Taki samolot - po co się pojawia? Jaką rolę odegrał w sprawie rozbicia banku (włazu)? Żadną. Będzie istotny pod koniec tego sezonu i w dwóch następnych, jednak tutaj... okazuje się wymówką, zapychaczem czasu, by doszło do 1x20. I tym samym osłabia impakt następnego epizodu. Tragedia osobista Locke'a z zatraceniem czucia w nogach dotyka mnie, czuję jego krucjatę jak własną, ale... po co ona była? I tak dalej. Wszystko tu jest dobre do pewnego stopnia. Czy to oznacza, że na końcu jest słabe? Raczej niezrozumiałe.

Retrospekcja jest świetna, ale też przekombinowana. Zamiast trzymać sprawy najprościej jak się dało, scenarzyści zaczynają od matki gadającej o niepokalanym poczęciu i tym, jaki to John jest specjalny... A mógł po prostu sam z siebie zacząć szukać ojca. Cholera, ten dzieciak-klient mógł go do tego zainspirować w jakiś sposób i byłoby dobrze, dzięki temu też znalazłby się czas na szersze pokazanie relacji Johna i Anthony'ego Coopera. Tak naprawdę nie wiadomo do końca, ile ona trwała. Spotkali się raz, potem drugi na polowanie, trzeci - ten został pokazany, czwarty i ostatni... i tyle?

Trzeba jednak oddać, że postać Coopera była wiarygodna. I miał świetny, intrygujący głos. A zachowanie Locke'a było idealne - 40-letni, łysiejący mężczyzna, reagujący jak mały chłopczyk w wiarygodny sposób na pierwszą ojcowską troskę jakiej w swoim życiu doświadczył. Wzruszający moment.

Jest nawet "prawie-niemy" finał. Brak przemowy Coopera, nic z tych rzeczy. Jedynie cisza... potem krzyki... i muzyka.

Plus jeden z najzabawniejszych pobocznych wątków w serialu, czyli Sawyer ma ból głowy.
6/10

PS. Locke otrzymuje czerwoną kopertę po czym jest cięcie na czerwony samochód, którym jedzie do ojca... zauważyliście? Celowo dobrali taki samochód do tego cięcia?

niedziela, 23 listopada 2014

Ida (5/10)

Drama, 2013


Cóż... Jeśli zależy wam na obejrzeniu kina, które wie jak film powinien wyglądać, "Ida" będzie znakomitym wyborem. Jest tu perfekcyjny montaż i zdjęcia, każdy kadr coś wnosi i jest niezbędny, a przy tym służy do opowiedzenia w satysfakcjonujący sposób o psychice bohaterek. Mało tu słów, mało tu właściwie wszystkiego, i poetyka obrazu zajmuje najważniejsze miejsce. To opowieść niezwykle skoncentrowana i przemyślana... w aspektach reżyserskich i z nimi związanymi.

Bo gdy scenariusz zacznie odwracać uwagę od fotografii, powrót będzie bardzo trudny. Historia jest skonstruowana wręcz w haniebny sposób (całe to przepychanie głównej bohaterki przez kolejne wydarzenia przywodzi na myśl produkcje tworzone od razu na rynek VHS). Pierwsza połowa filmu to w zasadzie nudne klisze, a potem następuje właściwa część filmu w której bohaterka reaguje na wcześniejsze doświadczenia. Również w banalny sposób. Nie ma tu jakiejś subtelności, życia w "Idzie" ma dwie skrajności: żałosne tankowanie wódki lub celibat i malowanie Jezusa do końca życia. A jak trzeba tragedii, to koniecznie z grubej rury odwołać się do jednej z największych wojen w historii. Nie mam pojęcia, czemu akcja rozgrywa się w latach 60'tych.

To piękny film. Dobrze, że powstał, bo jakby nad tym się zastanowić - takie czyste kino staje się powoli legendą, o którym czytam czasem w książkach. Tak właśnie powinni grać aktorzy, taką robotę powinien wykonać reżyser. Taką głębię psychologiczną powinny mieć postaci na ekranie. Chociaż pod względem szeroko pojętej treści to wydaje się znajoma historia, jest tu odrobina delikatności nadającej seansowi posmak zgłębiania jej na nowo. Trzeba się chwilę zastanowić, co w kilku scenach się wydarzyło i co doprowadziło do tego, co się dzieje.

Żałuję tylko, że to taki monotonny film jest.

sobota, 22 listopada 2014

Chce się żyć (5/10)

Drama, 2013
Pani zajmująca połowę plakatu to
Katarzyna Zawadzka


Generalnie - nie mam zamiaru pisać już o filmach, których nie polubiłem. Ten jednak ma mocną bazę fanów i trzeba wyjaśnić swoją niską ocenę.

Znajoma napisała: "Oasis to to nie jest", mając na myśli film "Oaza" Chang-dong Lee z 2002 roku. Trafne, jednak co to znaczy? U Koreańczyka kalectwo było środkiem do opowiedzenia pełnoprawnej fabuły, co w efekcie pozwoliło zatoczyć koło i opowiedzieć przy okazji o samym kalectwie. Tam głównym bohaterem był idiotą który zakochał się w kalece - miał ku temu powód, ona w logiczny sposób odwzajemniła uczucie. Relacja była przejrzysta, widać była na czym ona się opiera. W "Chce się żyć" nie ma fabuły ani bohaterów, jest tylko kalectwo i kobiety mające zapewne fetysz facetów dziwnie wyginających palce. I cycki. Jest tu sporo cycków.

Sam do "Oazy" porównywać więcej nie będę, bo w polskiej produkcji chciano osiągnąć coś innego, porównując większość elementów ob produkcji widać między nimi diametralną równicę. Mi tamten film kojarzył się wyłącznie w momentach, gdy bohater znajdował - z braku innego słowa - wielbicielkę. I wyglądało to tak, że siedzi sobie bohater, kobieta do niego podchodzi... i to tyle. Już na niego leci. Nic o niej nie wiadomo, jak ma na imię, czemu na niego leci, czy na pewno leci, czy wszystkie tak na niego reagują, czy może napisał (hehe) do Mikołaja i dlatego teraz tak jest. Takiego kina wybitnie nie trawię.

piątek, 21 listopada 2014

(felieton) Statystowałem u Stuhra w "Obywatelu"



"Obywatel" w reżyserii pana Jerzego Stuhra miał premierę kilka tygodni temu, a mi udało się zatrudnić ponad rok temu, by statystować w dwóch scenach. Jak wygląda samo statystowanie innym razem, teraz w kontekście tego konkretnego filmu. Ale najpierw...


0.1 Minirecenzja
Jeśli ktoś chciałby poznać moją opinię, to proszę: opowiada on o życiu Polaka imieniem Stuhr, poczynając na latach 70'tych i kończąc dzisiaj. Film w większości to zbiór scenek które niewiele łączy i czasem trudno jest powiedzieć, jaki jest ich sens. Bohater pracuje jako nauczyciel. Uczeń nakłada mu kosz na głowę, ten krzyczy na ucznia, uczeń nagrywa co on wrzeszczy i Bratek zostaje zwolniony. I co? Nic. Zero wstępu, konsekwencji, kontekstu. Ponoć w całym filmie chodzi o to, by te fragmenty interpretować w stylu: "To się wydarzyło w nowoczesnej Polsce" lub "Tak zachowuje się nowoczesny Polak". Ale równie dobrze te sceny mogłyby nie mieć żadnego sensu, bo nawet z tym wyjaśnieniem nie mogę dojść: co z tego? Po co ta scena? Po co ten film?

Brak kontekstu jako całości. Jeśli nie oglądaliście filmów Wajdy lub nie poznaliście tamtych czasów na własną rękę w inny sposób (bo w szkole o tym nie mówią), to Stuhr wam w ogóle nie pomoże. To opowieść skierowana wyłącznie do Polaków. Pozostali nie będą wiedzieć, skąd inwigilacja, strajki głodowe i inne atrakcje.

Humor z kolei jest udany. Cała sala wyła ze śmiechu. Nic dziwnego, w końcu był to żart na poziomie polskiego kabaretu, i do jego widzów wyraźnie "Obywatel" mruga okiem. "Mnie nie obchodzi wzrost ceny paliwa, ja zawsze tankuję za 50 złotych". Byłem chyba jedynym, który nie śmiał się ani razu podczas całego seansu.

Ogólnie film przeciętny, nietrzymający się kupy. Daleko mu do "Darmozjada polskiego" czy "Dnia świra". Tu wizja jest chaotyczna i nieprzejrzysta.

wtorek, 18 listopada 2014

Retrospektywa Lost - sezon 1. cz. 9


1x17
"...In Translation"
reżyseria: Tucker Gates [2]
scenariusz: Javier Grillo-Marxuach [4] & Leonard Dick
zdjęcia: Michael Bonvillian [6]


Wciąż trzeba czekać na kolejne konkretne odcinki. Te dwa są tylko świetne i przyjemne, ale od dawna nie było jakiegoś kopa w łeb. "...In Translation" to taki odcinek, który powstał, bo mógł. Był czas, było miejsce i nawet trochę materiału wokół którego można się było zakręcić z fabułą. Ale nie musiał powstać, mimo wszystko. Zmianę w relacji Jina i Sun można było wsadzić do innego odcinka zamiast któregoś z pobocznych wątków, jak Sawyer mający nieustanne bóle głowy (chociaż wybiegam tu w przyszłość, bo ten wątek rozwija się przez 18 i 19 epizod). Tratwa ulegnie zniszczeniu, żeby zaczęli ją budować jeszcze raz, ale tak po prawdzie - nie musieli. To wciąż tratwa, a w świecie serialu minął dopiero miesiąc od rozbicia się, tratwę budują jakiś drugi tydzień. Dla mnie to wiarygodne, by budować ją tak długo.

Ale odcinek powstał i ma swoje dobre momenty. Retrospekcja Sun jest teraz pokazana z punktu widzenia Jina - widz dowiaduje się, czyja była krew na jego ręku i skąd wziął się pies. Koreańską parę pokazano tu bardzo wiarygodnie - jednocześnie są podobni do siebie, chcą tego samego i w zasadzie robią to samo niezależnie od siebie (chcą uciec), a w ich  przyszłe problemy bardzo łatwo uwierzyć.

Teraźniejszość ma wyczekiwane ujawnienie kłamstwa, przemowę Locke'a i całkiem niezłą dramaturgię z aferą wokół tratwy. To może wystarczyć.

Aha: zwróćcie uwagę na to, co ogląda mała dziewczynka w telewizji, gdy Jin pierwszy raz przychodzi do dłużnika.:)
6/10

niedziela, 16 listopada 2014

Mój sąsiad Totoro (7+/10)

Low Fantasy & Anime, 1988


Najlepsza dobranocka jaką w życiu widziałem.

Podczas gdy żona kuruje się w szpitalu, mąż zajmuje się przeprowadzką, zabierając ze sobą dwie córki. Wydarzenia obserwowałem z pozycji najmłodszych, mających po 4 i 8 lat - dla nich to pełny magii i możliwości dzień. Każdy pokój oferuje jakąś zagadkę, cień jest potworem którego trzeba wygnać, a las z tyłu zamieszkują duchy. Miyazaki zachował tu idealny balans między doświadczeniem a fabułą - z jednej strony seans polega na oglądaniu życia dzieci, z drugiej rozgrywa się tu pewna historia. Jednak łatwo zdradzić za wiele tylko wspominając o niej, dlatego w ogóle nic nie napiszę.:) Pewną rolę odegra tu jednak olbrzymi Pan Puszysty, którego dziewczynka znajdzie pomiędzy drzewami. Nazwie go Totoro. Nie jest raczej człowiekiem, ale też trudno sprecyzować, jakim mógłby być zwierzęciem. Nie bardzo lubi mówić i w sumie trudno powiedzieć, czy jest przyjazny, czy może zaraz zje którąś dziewczynkę.

Ten film opiera się na dwóch rzeczach: rewelacyjnych relacjach dziewczynek z ich ojcem oraz pozostawieniu stanu rzeczy niewyjaśnionymi. Nie wiadomo do samego końca, czy Totoro był prawdziwy, czy też jest owocem wyobraźni młodych bohaterek. Nie ma tu na szczęście jęczenia "nie mówmy o tym nikomu, i tak nam nie uwierzą". A gdzie tam, bohaterki zaraz lecą do taty by mu o wszystkim opowiedzieć. I jego odpowiedzi są idealne. Rola tej postaci dla całego filmu jest ogromna - on wychowuje, trzymając wyraźnie własne problemy dla siebie, pozwalając pociechom być dziećmi. Zachęca ich do poznawania świata i cieszenia się życiem.

O tym jest film - o czerpaniu przyjemności z bycia dzieckiem. I w moim przypadku, działa bezbłędnie. Nawet jeśli co jakiś czas seans zostaje przerwany licznymi ujęciami na majtki głównej bohaterki, tak jakby nieletniej... albo sceną wspólnej kąpieli ojca i dwóch małych córek... Wydawałoby się, że powinienem się do takich atrakcji w anime przyzwyczaić, nie?

sobota, 15 listopada 2014

Posada (7/10)

Coming-of-Age, 1961


Przyjemny, staroświecki film. Czarno-biała taśma, posmak neorealizmu, brak akcji i prostota. Główny bohater ledwo skończył szkołę i idzie do pracy. Rodzina namawia go na większe zarobki więc udaje się do Mediolanu by przejść test w pewnej korporacji. Ermanno Olmi portretuje tu młodego człowieka zaczynającego pierwszą robotę: jego niepewność wynikającą z tego, że nie wie, czego się spodziewać. Nieśmiałość, echo dziecinności które zaraz zniknie. Nawet odrobina strachu.

"Posadę" można potraktować jako poważne kino o obrazie ówczesnej sytuacji na rynku pracy. Nepotyzm, społeczeństwo nieradzące sobie z tym, co dziś jest podstawą, ogólną biedę i biurokrację wewnątrz firm. Jako taki radzi sobie świetnie, ale daje sobie radę jeśli zobaczę w nim zaledwie opowieść o dorastaniu, konfrontacji młodzieńczych oczekiwań z pozbawioną perspektyw pracą za biurkiem. Bohater chce znaleźć pewną, stałą pracę, będącą luksusem tych czasów - ale gdy zasiądzie na stanowisku, pojawia się tylko jedna myśl: "To wszystko. Nic już więcej nie będzie".

A do tego "Posada" radzi sobie jako film obyczajowo-romantyczny. Bohater podczas tekstów kwalifikacyjnych spostrzega dziewczynę która rozjaśnia mu dzień. Nawet jeśli wszystko co z nią zrobi to pogada lub zobaczy przechodzącą obok. Chyba dopiero teraz zrozumiałem, skąd wzięła się idea stawiania dziewczynie kawy i podobnych cudów. Tutaj bohater nie wydaje się zmuszony konwencją lub jej oczekiwaniami. Ona po prostu nie miała pieniędzy, chciał zrobić jej prezent... I to tyle. Zrobił to dla siebie i z własnej woli. Piękne.

Cały film jest ładny. Chociaż nie opowiada o czymś radosnym, jego ton mogę określić jako... pozytywny. Stylowo nakręcony, naturalnie zagrany.

piątek, 14 listopada 2014

(felieton) Wybory samorządowe


16 listopada będą u mnie wybory na burmistrza, radnego oraz wójta gminy*. Na początku miesiąca przyjrzałem się liście kandydatów, startujących na stanowisko burmistrza.

1) Wioletta Joanna Machniewska. Kobieta, która parę lat temu na państwowej posadzie zarobiła pół miliona złotych za nieprzychodzenie do pracy.
2) Krzysztof Franciszek Nałęcz. Chłop będący na tym stanowisku już trzecią kadencję, od 2002 roku. Teraz ubiega się o czwartą.
3) Jan Zbigniew Nadolny. Ninja z PiSu. Trzeba było się doczytać, że stamtąd.
4) Wojciech Prokocki. Nieśmiały ninja z PO, dopiero po jakimś czasie obok jego twarzy zaczęło się pojawiać logo tej partii. Dostałem od niego spam na skrzynkę pocztową, reklamuje się m.in. "stworzeniem miejsc pracy". To już dwa powody, by na niego nie głosować.
5) Piotr Petrykowski. Chłop z SLD.
http://bartoszyce.wm.pl/225428,Chca-byc-wojtami-burmistrzami-Czy-to-wszyscy-kandydaci.html

Nie ma dobrego kandydata, więc metodą eliminacji wybrałem ostatniego pana. Na jego korzyść przemawia nie bycie przy korycie oraz to, że w sumie nic do SLD nie mam. Znaczy - są jak każda z pozostałych większych partii i powinna zniknąć... ale zostaje mniejsze zło. Nazwisko zapamiętam i jeśli wygra, będę go obserwował przez najbliższy czas. Ot, dla budowy własnego doświadczenia.

A jak będzie stereotypowym politykiem... To i tak będzie on nowym stereotypowym politykiem. Starzy polecą na bezrobocie, nowi przyjdą i będą musieli budować swoje piekiełko od podstaw. A na tym trochę czasu i nerwów im zejdzie. Cały czas będą myśleć, że za kilka lat też wylądują na bezrobociu, bo ludzie zagłosują znowu na kogoś nowego bez przeszłości... Idealista ze mnie. Oni na bezrobociu też będą sporo zarabiać przecież.:)** To tylko mały krok do przodu. Ale lepsze to niż kilka lat cofania się.

Poznanie kandydatów i wyrobienie sobie zdania zajęło mi ledwo 20 minut. Tu już nawet nie ma co się tłumaczyć lenistwem. Jak dajecie im swoje pieniądze i nie obchodzi was, kim oni są ani co w ten sposób kupujecie - to już jest głupota. Jeśli nie wy zagłosujecie, to zagłosują wyłącznie sami politycy. I zagłosują na siebie samych. I będą kontynuować co zaczęli w poprzednich wyborach i wcześniej. To nie jest tak, że "nic się nie da zmienić". Politycy cały czas udowadniają, że wszystko można zmienić, tylko dla siebie trzymają wiedzę, że można to robić w obie strony.

* Czym się różni wójt gminy Bartoszyce od burmistrza Bartoszyc? Nie wiem, ale uznaję to za zabawne.
** znajomy powiedział, że najlepiej być bezrobotnym, posługując się przykładem rodziny, w której nikt nie pracuje legalnie, są rozwiedzeni więc ona pobiera jeszcze kolejny podatek dla matki samotnie wychowującej dziecko, pracują na czarno za granicą i mają takie samochody, na jakie normalnie pracujący nie zarobi i za 10 lat.
*** "Widziałem Naziola" - dla przypomnienia. Oglądam to kilka razy do roku. Dla przypomnienia..

wtorek, 11 listopada 2014

Retrospektywa Lost - sezon 1, cz. 8


1x15
"Homecoming"
reżyseria: Kevin Hooks [2]
scenariusz: Damon Lindelof [5]
zdjęcia: Michael Bonvillian [5]


Claire pojawia się w lesie, Ethan jednak chce ją odzyskać. Czyli co, wypuścił ją i zmienił zdanie? Samej udało się uciec? Jest jego szpiegiem? Czy może chodzi tu o co innego?

Nieważne. Trzeba się bronić. Ethan zagroził, że będzie mordować jedną osobę dziennie do czasu, aż dostanie co chce. Więc zagubieni organizują się i bronią. Ustawiają pułapki, planują, czuwają. Super zobaczyć tych ludzi współpracujących tak naprawdę pierwszy raz, przynajmniej na taką skalę. Nawet anonimowi rozbitkowie w tle zdają się tworzyć zgraną grupę z pierwszoplanowymi bohaterami, których widz zna. Wszystko rozwija się w męskie polowanie po lesie i świetną scenę bijatyki.

Plusy jednak ledwo równoważą minusy, a te są poważne. Claire wracająca z amnezją (!), Ethan wychodzący na mordercę ze slasherów (!), Charlie biorący sprawy w swoje ręce to, cóż, pójście na łatwiznę. Jedno z niewielu w kontekście całego serialu. Zawodzi tym bardziej, że na dobrą sprawę cała retrospekcja była budowaniem wiarygodności takiego obrotu spraw. Wyszło na słowo honoru, a więc... porażka.

Plus postaci poboczne w retrospekcji, które znowu są przedmiotami a nie ludźmi. To samo w kolejnym epizodzie...
5/10

poniedziałek, 10 listopada 2014

Interstellar

Science Fiction, 2014


Lubię filmy Nolana. Widać pieniądze, które w nie włożono. Są duże i spektakularne, tu krótka scena napadu na bank mogła być monumentalna - dlatego czekałem na "Interstellar" z ciekawością. Pierwsze recenzje zapowiedziały katastrofę, ale przeplatały się z opiniami ludzi, którzy wyszli z sali kinowej odmienieni. Nie miałem pojęcia, gdzie ja będę.


Pierwsze 20 minut...
...BARDZO mnie zaskoczyło. Nie spodziewałem się, że to będzie takie solidne kino. Dosłownie pierwsze linijki dialogu - starsza kobieta mówiąca o swoim ojcu, że "Był, jak wszyscy wtedy, farmerem" - wprawiły mnie w osłupienie. To podręcznikowa, schludna ekspozycja. Parę słów, a już zawierają w sobie bombę informacji. Już wiadomo, że jest przyszłość. I coś się stało, i zmienił się obraz ludzkości. Świat który znamy, odszedł. Ziemię toczy piach niosący jakąś chorobę, coraz więcej roślin przestaje rosnąć, więc wszyscy rzucili się uprawiać to co jeszcze rośnie. Główny bohater grany przez Rusty'ego to były pilot i inżynier, teraz uprawiający kukurydzę w rodzinnych stronach. Ma mądrą córkę i wychowuje ją, by była mądra, opowiada jej o czarnych dziurach i nauce. Ich relacja to najmocniejszy punkt filmu, bez dwóch zdań. W tym momencie, cała historia toczy się żwawo, ale bez pośpiechu. Jest czas na wszystko i nie ma większych ograniczeń. A najważniejsze: jest pewna tajemnica. Bardzo to wszystko polubiłem. Tajemnicze znaki pojawiające się w pokoju córki, pył opadający w konkretny sposób, książki spadające w sposób który sugeruje obecność ducha... Chciałem znać ciąg dalszy.


sobota, 8 listopada 2014

Wóz do Wiednia (7/10)

War, 1966


Typowy Europejski thriller.:) Opowieść o kobiecie jadącej konnym powozem przez las, wioząca na tyle leżącego mężczyznę. Po drodze spotyka żołnierza, która dosiada się, cały w uśmiechach. Wojna się skończyła, można wracać do domu. Kim są ci ludzie? Co stało się leżącemu? Dlaczego i gdzie ona go wiezie? Jakie ona ma plany wobec dwójki mężczyzn? "Wóz do Wiednia" łączy pod szyldem kina autorskiego wojnę, thriller, dramat i kino obyczajowe.

Zaskakująco dużo osiągnięto tu przy pomocy małej liczby środków. Cały film to troje ludzi jadących przez las - to wszystko. Mówi w zasadzie tylko jedno z nich - radosny żołnierz. Baba prowadząca wóz ledwo się odzywa, najczęściej po to, by zawołać "prr" na konie. I z tego wynika naprawdę konkretna historia, w której jest sporo zwrotów akcji oraz napięcia. Wszystko ujęte jest symbolicznie, za pomocą niedopowiedzeń. Nie jest powiedziane, że kobieta wyjdzie z tego bezpiecznie, że żołnierz naprawdę złożył już broń. W każdej chwili role mogły się odwrócić.

I wszystko to opowiedziano czystym językiem obrazu. Nie popełniono błędu innych historii, w których bohaterom buźka się nie zamyka, bo tylko w tej sposób twórcy mogą przedstawić swoją opowieść. Autorzy "Wozu do Wiednia" radzą sobie z budowaniem konfliktów jak w prawdziwym życiu - postaci budują do siebie zaufanie, to zaraz je tracą, czają się by na końcu okazało się, że nie są tacy źli. Do tego, z pełną mocą wykorzystane zostało tło tej opowieści. Zimny las otulony we mgle, na czarno-białej taśmie - piękny widok.

Film trwa bardzo krótko, i to z jednej strony zaleta. Wszystko co tu napisałem było miłe, ale było tego za mało. To zbyt skromny i podstawowy film, poświęcony z grubsza banalnemu tematowi antywojennemu, który już nieraz na ekranie widziałem. Pierwszy raz w takiej formie, racja. Jednak jak na tak krótki czas, ocena ode mnie nie jest zawyżona. Z drugiej strony - wycięty przez cenzurę materiał odejmuje kontekstu. Pierwsze istotne wiadomości widz poznaje pod sam koniec, podane w nachalny, pośpieszny sposób.