środa, 15 października 2014

(miniserial) Berlin Aleksanderplatz

Kino autorskie, 1980
Około 900 minut


I trójka najważniejszych seriali w historii za mną. Ale jeszcze ich nie zaliczyłem. "Berlin..." z pewnością muszę powtórzyć za kilka lat, bo tym razem oglądało mi się to bardzo, bardzo ciężko. 14 epizodów oglądałem dwa miesiące, może nawet więcej. Nie wiedziałem, czego się spodziewać, i odbiłem się od tego, co zastałem. Co nie znaczy, że nie polubiłem. Ledwo nadążałem, ledwo rozumiałem, ale całość z pewnością ogląda się... dobrze. Tylko nie w takich dużych dawkach, jakie reżyser narzucił - od godziny do dwóch na epizod.

Serial jest tym, co obiecuje pełny tytuł: dziejami Franciszka Biberkopfa. Lata 20'te XX wieku, Berlin. Bohater wychodzi po 4 latach z więzienia i szuka swojego miejsca. pracy, mieszkania, kobiety, a na końcu powodu by żyć. To również obraz samego miasta, Niemiec i jego mieszkańców w konfrontacji z szerzącą się ideologią oraz warunkami po pierwszej wojnie. Wszystkie epizody układają się w jedną całość, między niektórymi epizodami jest wręcz ułamek sekundy różnicy, kontynuując ujęcie wieńczące wcześniejszy fragment życia Biberkopfa. Romans, surrealizm, kryminał, kino obyczajowe, społecznie zaangażowane. Wszystko rozmyte i rozświetlone, z barwami i pracą kamery jak we śnie.

Realizacyjnie jest to bajka. Wiele scen nagrano w tak żywiołowy sposób, że nie umiem ich sobie wyobrazić na scenariuszu. Nie widziałem aktorów ani reżysera za kamerą karzącego zrobić powtórkę. Serial łączy wiele skrajności, między innymi będąc opowieścią bardzo naturalistyczną, a z drugiej co chwila jawa zamienia się w sen jeszcze w tym samym ujęciu.

Jednym z takich sygnałów jest narrator (głos samego Fassbindera), pod którego wszyscy aktorzy nagle zamierają. Kamera robi kółka wokół postaci zamienionych w posągi, a narrator... czyta chyba ustępy z książki, na podstawie której serial nakręcono, a których nie dało się wyjaśnić za pomocą obrazu.

Ten film jest zawalony słowami. Bohaterowie gadają i gadają, a jak się zamkną, to narrator wypełnia limit. Kilka razy na epizod pojawi się też ściana tekstu, do tego wielokrotnie film zmienia się w sztukę, gdzie postać po prostu mówi, np. o swoim śnie albo o tym, co aktualnie czuje i myśli. Tego było dla mnie za dużo, szczególnie że był w tym sporo rozrzut. Mówią o jednym, nagle zaczynają opowiadać o czymś innym, a potem nie wracają do żadnego z tego. Gdzie narracja obrazem?

"Berlin..." pod kilkoma względami mi imponuje, i jestem zadowolony, że w końcu go obejrzałem w całości. Najbardziej podobały mi się pierwsze minuty epilogu, około kwadrans. Jako całość, ta produkcja to nie jest moja bajka i tyle. Mam teraz plan: obejrzeć te 8 filmów Fassbindera, które czekają w kolejce (do tej pory widziałem jedynie "Strach zżerać duszę", którego nie cierpię), a potem powtórzyć sobie "Berlin...". Do napisania za kilka lat.

2 komentarze:

  1. Wyobraź sobie, że jest starsza wersja tej opowieści, cała historia ujęta w jednym filmie. A "Strach zżerać duszę" to znakomity film, ja podziwiam Fassbinder, to człowiek, który nie dożył nawet 40-tki, a zrobił tyle kina, na które pomysłu innym nie starczyło by na jeden film. Musze się zgodzić, że w jego filmach jest zawsze coś teatralnego, i często postacie mają dość odstręczające osobowości. Moim jednym z ulubionych filmów jest "Tęsknota Veroniki Voss", niby nie jest to jego arcydzieło, ale film robi na mnie niemienie duże wrażenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Film z 1930 roku obił mi się o oczy, ale nie zamierzam póki co go sprawdzać. Jedynie domyślam się, jak w nim wygląda fabuła (koncentracja na związku z Mitze, inne kobiety wycięto, coś w tym stylu).

      Usuń