wtorek, 28 października 2014

Retrospekcja Lost sezon 1 cz. 6


1x11
"All the Best Cowboys Have Daddy Issues"
reżyser: Stephen Williams
scenariusz: Javier Grillo-Marxuach [2]
zdjęcia: Michael Bonvillian [3]


Ilekroć wspominam o wyjątkowości narracyjnej "Lost", piszę coś w stylu "Wyobraźcie sobie, jakby tam tylko usiedli wkoło ogniska i opowiadali co robili zanim się tam rozbili". Taki przykład pójścia na łatwiznę, które jest ponad tą produkcją. Cóż - w tym odcinku robią coś podobnego. Prawie. Claire i Charlie zostaje uprowadzeni, ludzie ruszają na poszukiwania. Jack chodzi z Kate i gadają. Locke i Boone chodzą i gadają. Wszyscy w tym odcinku gadają, nic się nie dzieje. Kate opowiada, jak chodziła po lesie z ojcem, Locke opowiada gdzie pracował. Michael narzeka Hugo, Walt gada z Jamesem, James gada z Sayidem (swoją drogą, ta rozmowa to szczyt absurdu). W sumie to wypełniają czas do wielkiego finału. Nie było wiele innych opcji, i to co zrobili było najlepsze w zaistniałych okolicznościach... A jednak, czuję zawód. Zbyt wiele tu nie gra. Zbliżenia na twarz są za duże. Źle wprowadzono do akcji postać Boone'a. Zbyt wiele tu wypełniaczy czasu.

Najgorszym elementem jest śmierć Charliego. Poważnie, jeśli kiedyś zrobię listę "16 rzeczy które ssą w LOST", ten temat będzie jednym z nich. Głównie dlatego, że to cholernie imponująca scena. Zrobiono wszystko jak trzeba - jest nerwowe szukanie po dżungli, przerażający wisielec, podnoszenie go resztką siły jaka Jackowi została, Kate nie sięgająca lian, ujęcie na stopy Jacka ślizgające się na błocie... Po nich następuje prawdziwie masakryczny masaż serca, które przeradza się w bicie zwłok. Kate nie może patrzeć, krzyczy na Jacka, ten w końcu się poddaje, Michael Giacchino puszcza "Life and Death"... Porażająca scena. Śmierć przyszła znikąd, i tak trudno ją zaakceptować. Taka niewytłumaczalna i niepotrzebna. Wszystkie krzyki i słowa zlewają się w jedno z melodią, tworząc niemy moment kulminacyjny którego esencję nie da się wyrazić słowami... I w tej chwili Jack stwierdza, że to pierdoli, uderza dwa razy, Charliemu anioły wylatują z dupy i alleluja, chłopak jednak żyje.

Okropny moment. Zmusza mnie, bym chciał śmierci jednego z bohaterów, bo to byłoby lepsze. Czysty absurd! I nic w nim nie gra. Nie jestem lekarzem, więc nie wiem, czy to w ogóle jest możliwe, ale z punktu dramaturgii - Charlie zbyt długo nie dawał znaku życia. Jego ratunek trwał za długo. Jeśli scenarzyści chcieli go uratować, trzeba było jak normalny człowiek napisać, że Jack ściąga go z bambusa, wali dwa razy i to wszystko. Ale nie, ten masaż serca trwa w nieskończoność. Oczy mnie bolą, ilekroć oglądam tę scenę. Po tym wszystkim ja nie dam rady uwierzyć, że go uratowali. To groteska.

Trochę mniej, ale wciąż niesatysfakcjonujący, jest moment wprowadzenia Boone'a do akcji. Teraz to nie jest zbyt istotne, ale za kilka odcinków będzie mieć ogromne konsekwencje, że teraz zdecydował się iść na wyprawę. Bo... miał taką ochotę. No dobrze, ale potem się ściemnia, ma wracać, Locke go wygania, ale ten twardo zostaje, ponieważ... no właśnie, to co ma się zdarzyć za kilka odcinków. Cała reszta jest już bezbłędna, czyli to co wydarzy się potem, ale sam początek jest słaby. To poziom orłów z "LotR". Dopiero w następnym odcinku powie, że nie chciał się czuć bezużyteczny i z tego powodu coś daje od siebie. Ale to już było po fakcie, bardziej jako wymówka.

Oczywiście, są chwile które lubię. To pierwszy odcinek gdy Locke włącza się do fabuły. Dialogi w większości są udane. Walka Ethana z Jackiem jest świetna. Finał zachwyca, to esencja "Lost". Najbardziej mi imponuje retrospekcja i przemowa Christiana, która jest bardzo autentyczna. Mówi przez dwie minuty i tak gra na emocjach, że naprawdę potrafię zrozumieć diametralną przemianę jego syna. Zachwycam się, bo to scena której równie dobrze mogło nie być. W innym odcinku, w którym więcej się dzieje w teraźniejszości i retrospekcja musiałaby zostać skrócona, Jack od razu by powiedział prawdę radzie i tyle. Ale było więcej czasu, dano tę przemowę, i pozwolono widzowi poczuć każdą jedną emocję, jaką ten bohater czuł w tamtym okresie swojego życia. Gdy z pełną świadomością obrócił życie własnego ojca o 180 stopni.

A przy pierwszym oglądaniu, ten odcinek poważnie jednak kopie oglądającego. Tajemnica, napięcie, pytania, to wszystko tu jest. Odpowiada też przy okazji na istotne pytanie dotyczące Jacka. Trzeba obejrzeć, choć przy powtórce nieco traci.
6/10




1x12
"Whatever the Case May Be"
reżyser: Jack Bender [4]
scenariusz: Damon Lindelof [4] & Jennifer Johnson [2]
zdjęcia: Larry Fong [7]


Szukanie zalet w tym odcinku przypomina czepialstwo. Dobrze, że dano czas duetowi pracującemu nad tajemniczym żelastwem w dżungli. Dobrze, że wrócono do notatek Francuzki, przygotowano materiał pod przyszłą retrospekcję w 1x13, pozwolono Charliemu odreagować stratę Claire i rozpoczęto relację Sayida oraz Shanon. Miło zobaczyć powrót do ciała szeryfa albo grę słów w tytule. Fajnie się słucha tych zabawnych tekstów Sawyera.

Ale retrospekcja jest po prostu mdła i nie zapada w pamięć. Z początku figurka samolotu intryguje, jednak do końca serialu w ogóle już jej nie pamiętam. Jest jak tatuaż Jacka. Zawody o walizkę to chamski zapychacz czasu.

Ten odcinek pełni jakąś rolę w tym serialu, ale bardzo, bardzo niewielką. Nawet trudno znaleźć tu materiał pod screenshot. Ot, w historii nie przyszedł jeszcze czas na ciekawe retrospekcje Hugo czy Michaela, więc musieli improwizować.
5/10

1 komentarz:

  1. Wspaniale było odwiedzając tego bloga przypomnieć sobie o Locku, czy Dominicu Monaghanie; który wcielił się w jedną z ról...

    OdpowiedzUsuń