wtorek, 14 października 2014

Retrospektywa Lost - Sezon 1, cz.4


1x07
"The Moth"
reżyseria: Jack Bender [3]
scenariusz: Jennifer Johnson & Paul Dini (tak, ten PD)
zdjęcia: Michael Bonvillain [2]

Wcześniejszy odcinek miał się koncentrować na małżeństwie Koreańczyków, a bardziej uwypuklał Charliego. Ten miał być centrum uwagi w tym epizodzie, a zamiast tego rozbudowuje postać Johna Locke'a. Konsekwencja wybranej konstrukcji serialu. Niby najważniejszy jest tu teraz wątek przechwycenia sygnału kobiety mieszkającej gdzieś tu od 16 lat, ale Kate ma to gdzieś. Pod koniec epizodu przypomina sobie o tym, i odkłada sprawdzenie tego do jutra. Dziś liczy się, że Jack jest cały i zdrowy, a ucieczka z Wyspy jest na dalszym planie. To bardzo ważny znak rozpoznawczy całego serialu.

Fabuła jest znowu bardzo prosta do śledzenia: ściana w jaskini się zawaliła, trzeba uratować stamtąd człowieka. Ratują i wracają do nudnego życia. Przeplata się to z historią Charliego, pierwszej bomby czasowej tego sezonu. Jego uzależnienie w końcu dało o sobie znać, John to przewidział i zabrał mu prochy. Bo wierzy, że nasze Bóstwo Rocka jest silniejsze niż to się wydaje. Dlaczego? Ot, miał taki kaprys, by komuś pomóc. Musi to ci wystarczyć.

Dobrze wykorzystano w tym odcinku otoczenie jako źródło konfliktu i przedmiotów. Locke wyjaśniający na podstawie schwytanego dzika różnicę między człowiekiem i zwierzęciem, a potem przy pomocy ćmy w kokonie wyjaśnia, o co mu chodzi z trzema próbami. Bardzo to naiwne, ale też w dobry sposób. Wiadomo, normalnie ćpun by poprosił trzy razy w ciągu sekundy, ale służy to historii, więc nie spinam się za bardzo. Podoba mi się też scena w której decydują, kto wejdzie po Jacka. Udowadniają wtedy, że się nawzajem znają, troszczą się o siebie, mają swoją rolę w tym wszystkim. Najlepszy moment epizodu to Walt patrzący pierwszy raz w życiu z podziwem na swojego ojca, gdy ten zaczyna dowodzić grupa ratującą. A chudość narkomana znajduje tu swój użytek. Miłe.:)

Retrospekcja jest zbyt bogata. Obejmuje spory okres czasu: zanim jeszcze kapela miała kontrakt płytowy po sukces, narkotyki, wewnętrzne kłótnie, nałóg, rozpad kapeli, długi okres ciszy a na końcu próbę zjednoczenia która się nie powiodła. Flashbacki wchodzą w dziwnych miejscach, odwracając uwagę od teraźniejszości, przeszkadzają, rozkojarzają. Charlie zaczyna się przeciskać przez tunel, i ja chcę zobaczyć, czy tam dotrze, a zamiast tego... koncert. Ech. Przydałoby się to jakoś uprościć i skrócić. W końcu będą kolejne retrospekcje, a inne postaci mają wyraźny podział. Wciąż nie wiadomo chociażby, co Jack i Kate zrobili.
Przeszłość Charliego sama w sobie dobra. Chłopak zaczyna wierzyć, że bez kapeli jest niczym, i jedynym sposobem, by w niej być, jest dołączyć do brania prochów. Wciąż jest to cichy, niemy punkt kulminacyjny, chociaż daleko mu do spokoju.

Przeszkadza mi też bardzo napuszony styl Sayida i jego części tej historii. Gdy na końcu patrzy nad drzewami, zaciska kciuki i mówi do siebie: "No dalej, liczę na was, jeszcze jedno, Kate, daj z siebie wszystko!", ja na chwilę przestaję oglądać "Lost". Nie wiem, co to. Może trener przedszkolnej drużyny w zbijaka.
7/10

Jeszcze jedno: gdy Charlie dobija się do Jacka, zapytany o halucynacje odpowiada: "Żadnych, poza rozmową z tobą w lesie przed godziną". Tylko żart? Otóż nie. Tę scenę faktycznie nagrano, i Charlie spotyka Jacka w dżungli ubranego w koszulkę Drive Shaft. Polecam poszukać, dobra schiza.:)




Odcinek 8
"Confidence Man"
reżyseria: Tucker Gates
scenariusz: Damon Lindelof
zdjęcia: Larry Fong [5]


Kiedyś bardzo lubiłem ten odcinek. Potem zaczęły mi pewne elementy przeszkadzać. Teraz obejrzałem kolejny raz i zacząłem się zastanawiać, jakby tu go poprawić?

Epizod naprawdę świetny w kontekście całości. Stanowi jasny wstęp do kolejnego odcinka, nawiązuje do wcześniejszego oraz startuje wykorzystując bogatą bazę. Widz zna każdego bohatera i wie, czemu każda z postaci robi co robi. Dlaczego Boone przeszukiwał skrytkę Sayaera, dlaczego ten ostatni zbił pierwszego, dlaczego Sun angażuje się w robienie lekarstwa itd. Fabularnie, ma też jeden z najważniejszych twistów w serialu. Dialogi to w większości perełki, także pod względem warsztatowym.

Co więc nie zagrało? Sprzeczność z duchem serialu. Główny bohater podający list Kate by go przeczytała, ta robi to na głos... raz, że James by tego nigdy nie zrobił, a dwa: gdzie się podziała narracja obrazem? Gdzie jest przyjemność z oglądania, gdy już wiesz co się stanie, ale oglądasz bo liczysz na obejrzenie poezji obrazu? Nie w tym odcinku. Za dużo gadania, scenarzysta poszedł po linii najmniejszego oporu. To tym dziwniejsze, że za ten epizod odpowiada jeden z twórców całej produkcji! Widać jest lepszy w tworzeniu fabuły niż narracji. Do tego pierwszego nie można się przyczepić - emocje, mocne sceny, zaskoczenie. Ale zamiast skupić się na opowiedzeniu historii, chciano na siłę szokować.

Nie ma też niemego punktu kulminacyjnego. Za taki co najwyżej mogę uznać pocałunek między Kate i Jamesem. Magnetyzujący, cichy, kipiący od emocji moment. Można oglądać i oglądać, raz za razem obserwować uważnie twarze bohaterów by dojść, co tam się tak naprawdę stało. Co myśleli, czuli, jaka była ich prawdziwa reakcja. Przed pocałunkiem, w trakcie i po... Mistrzostwo świata. Czy w historii kina był lepszy?

Tylko te włosy Forda zmieniające się co kilka ujęć - raz są na obie strony, a raz zaczesane na twarz. Trochę to przeszkadza, w końcu miał związane ręce. Ale też oglądam scenę 10 raz i dopiero teraz widzę ten detal.

Pierwszy odcinek, który wymaga poprawy. Trudno, Sun udająca, że nie zna angielskiego - to musi zostać, zbyt wiele dobrych rzeczy trzeba by zmienić razem z tym wątkiem. Ale 8 odcinek musi wyglądać lepiej. Kate musi inaczej poznać treść listu. Teraz wymyśliłem, że powinna go przeczytać w którymś z wcześniejszych epizodów, i dopiero tu powinno to odegrać swoją rolę. Obecnie, tak naprawdę nie ma to znaczenia. Gdyby nie przeczytała, fabuła potoczyłaby się identycznie. Retrospekcja również bym zmienił, ale całkowicie. Najprościej byłoby pokazać genezę powstania Jamesa S. Jak był kiedyś delikatny, ale w końcu przegrał i został swoim nemezis. To byłby całkiem niezły materiał pod kolejny niemy punkt kulminacyjny, zgodnie z tradycją.

I wyciąłbym w cholerę wątek masła orzechowego. Tylko jedno mogę miłego o tym napisać: to największe (negatywne) "Ki diabeł?" w serialu, potem nic tego nie przebije. Oglądam i oglądam, i nie mogę zrozumieć, co twórca miał na myśli. Cieszę się, że mam to już za sobą.

Dobrze, że Jacka wciąż boli ramię po przygodzie w jaskini.
7/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz