poniedziałek, 10 listopada 2014

Interstellar

Science Fiction, 2014


Lubię filmy Nolana. Widać pieniądze, które w nie włożono. Są duże i spektakularne, tu krótka scena napadu na bank mogła być monumentalna - dlatego czekałem na "Interstellar" z ciekawością. Pierwsze recenzje zapowiedziały katastrofę, ale przeplatały się z opiniami ludzi, którzy wyszli z sali kinowej odmienieni. Nie miałem pojęcia, gdzie ja będę.


Pierwsze 20 minut...
...BARDZO mnie zaskoczyło. Nie spodziewałem się, że to będzie takie solidne kino. Dosłownie pierwsze linijki dialogu - starsza kobieta mówiąca o swoim ojcu, że "Był, jak wszyscy wtedy, farmerem" - wprawiły mnie w osłupienie. To podręcznikowa, schludna ekspozycja. Parę słów, a już zawierają w sobie bombę informacji. Już wiadomo, że jest przyszłość. I coś się stało, i zmienił się obraz ludzkości. Świat który znamy, odszedł. Ziemię toczy piach niosący jakąś chorobę, coraz więcej roślin przestaje rosnąć, więc wszyscy rzucili się uprawiać to co jeszcze rośnie. Główny bohater grany przez Rusty'ego to były pilot i inżynier, teraz uprawiający kukurydzę w rodzinnych stronach. Ma mądrą córkę i wychowuje ją, by była mądra, opowiada jej o czarnych dziurach i nauce. Ich relacja to najmocniejszy punkt filmu, bez dwóch zdań. W tym momencie, cała historia toczy się żwawo, ale bez pośpiechu. Jest czas na wszystko i nie ma większych ograniczeń. A najważniejsze: jest pewna tajemnica. Bardzo to wszystko polubiłem. Tajemnicze znaki pojawiające się w pokoju córki, pył opadający w konkretny sposób, książki spadające w sposób który sugeruje obecność ducha... Chciałem znać ciąg dalszy.




A potem...
...zaczęło sporo szwankować. Mniej więcej od momentu, gdy Rusty wziął córkę i znalazł NASA. Tamci okazują się mieć plan ratunku ludzkości: opuścić Ziemię i przenieść ludzi do innej galaktyki, albo tylko "nasiona" ludzi, jeśli pierwszy wariant nie wypali. Od tego momentu postaci w filmie zdają się zapomnieć, jak ludzie ze sobą rozmawiają. Wszystkie sceny przekonywania Rusty'ego do tej podróży poziomem merytorycznym są zbliżone do przygotowywania Logana i wysłania go w przeszłość w "Days of Future Past". Bardziej rozbudowane, dłuższe i mają więcej szczegółów, ale znaczy je ten sam pośpiech i brak powagi. Nie robią w tym momencie tego, co zrobiliby normalni ludzie. Nie potrafią prosto i od razu powiedzieć, o co im chodzi, i nawet nie prześpią się z tą decyzją, nie dojdą do niej jak prawdziwy ludzie dochodzący do jakichś wniosków... Nie, zamiast tego idą do sklepu po jajka, widzą na ulicy Rusty'ego jak gra "Wonderwall" na garnkach, i pytają go: "Ej, polecisz do innej galaktyki? To byłoby bardzo miłe z twojej strony".


Hard-sci/fi
Przeczytałem w tym roku dwie książki Asimova wywodzące się z tego nurtu, obie bardzo mocno oparte dramaturgicznie na tzn. "science mambo-jambo" i rozumiałem je bez problemu, nawet bez wczytywania się i powtarzania po kilka razy. Zrozumiałem jak działały podróże w czasie albo czemu ludzie urodzeni na Księżycu żyli bez ubrań i nie mogli podróżować na Ziemię. "Interstellar" wykorzystuje na pewno teorię hiperprzestrzeni, czyli podróży z jednego miejsca do drugiego jakby te były obok siebie gdy w rzeczywistości oddziela je wiele lat świetlnych. Potem jednak zaczęło się rzucanie terminami takimi jak "grawitacja" w znaczeniu innym niż po prostu siła przyciągająca... chyba. I tego nie wyjaśniają w żaden sposób. To byłoby ok, nie miałbym z tym żadnego problemu - jestem niedoedukowany, moja wina, a film jest kierowany wyłącznie do tych, którzy zgłębili temat na własną rękę. Pochwaliłbym to.



Ale...
...jednocześnie, obok nie wyjaśniania co się dzieje, jest masa scen w których inne rzeczy wyjaśniane są w bardzo dosadny, i bardzo banalny sposób. Teoria hiperprzestrzeni wyjaśniana za pomocą przebijania ołówkiem kartki papieru, postaci posługują się metaforami i przykładami z książki dla dzieci. A zamiast "science mambo-jambo" jest "emotional mambo-jambo", gdy bohaterowie mówią takie rzeczy, jak: "Może miłość jest kluczem do wszystkiego, odpowiedzią ostateczną, tylko jeszcze jej nie rozumiemy do końca?". A więc to jest film dla studentów fizyki czy niedojrzałych nastolatek, wpadających co jakiś czas w depresję, bo gdy jedzą pączka to myślą, że go w ten sposób ranią? Tu nie ma nic pomiędzy.


"Interstellar" podzielił ludzi na dwa obozy
Jeden chłonie opowieść, cokolwiek to znaczy, drugi czepia się, że wiele kwestii nie wyjaśniono lub nie rozwinięto jak trzeba. Garret z kolei... głównie się nudził. Jakiekolwiek wykorzystanie tematu ocalenia ludzkości, drugiej szansy dla człowieka, było bardzo płytki, wykazując się wtedy o wiele mniejszą wiedzą lub empatią niż twórcy "Battlestar Gallactica" albo David Weber w "Schronieniu". Nie miałem, czego podziwiać. Wszystkie ujęcia planet czy pierścieni wokół nich były całkiem... podstawowe. Słyszałem, że ludzie porównują tę produkcję do "Grawitacji", teraz nie wiem dlaczego. Chyba nawet na palcach jednej ręki można by było wyliczyć wszystkie ujęcia, w których pokazano postaci w stanie nieważkości. Nie sceny, ale ujęcia. Zwykle pokazywano tylko ludzi w kombinezonach z twarzą przy ścianie i to wszystko. Nie czuć było przestrzeni za kadłubem, stanu nieważkości, nie zachwyciłem się ani razu scenografią tudzież widokiem Wędrowca z odległości tych setek tysięcy kilometrów. Ledwo w ogóle coś widziałem przez okna, bardzo rzadko i bardzo niewiele pokazywano coś oprócz wnętrz i tej garstki aktorów. To zaskakująco ciasny i kameralny film, w którym kamera nie miała co przedstawiać widzowi. Sporo tu schematów, kilka z nich było wyciąganych z szuflady pt. "Na ostatnią chwilę" (dwa słowa: Matt Damon). Cała fabuła jest sztampowa i nikt z załogi w ogóle jej tak naprawdę nie urozmaica. Postaci to w większości przedmioty - czarny to czarny, czwarty to czerwona koszulka, Anne Hathaway to baba w kosmosie, która w głupi sposób doprowadzi do śmieci towarzysza, a przez resztę filmu Rusty będzie gadać z robotem, który okaże się mieć więcej informacji i generalnie będzie bardziej przydatny. Jest tu kilka emocjonujących momentów, wszystkie jednak znaczy ten sam pośpiech, brak zaangażowania, niechęć do zatrzymania się i pełnego przeżycia danej chwili przez samego widza. Zamiast tego, trzeba mówić jakieś banalne kwestie, w stylu: "Zaczynamy... Jesteście gotowi?" przy opuszczeniu Układu Słonecznego. Ależ ta produkcja potrafi być płytka...



Najlepszy moment:
Rusty zostawiający rodzinę i odjeżdżający z farmy. Wsiada do samochodu, silnik hałasuje, nagle zaczyna się odliczanie z offu: 10... 9... 8... W pewnym momencie dźwięki auta okazują się być obecnie rykiem startującej rakiety. Gdy odliczanie dojdzie do zera, następuje cięcie i odjeżdżający samochód staje się promem kosmicznym, a bassy z głośników telepią Garretem siedzącym w czwartym rzędzie sali kinowej. Super chwila.


Najgorszy moment:
Zakończenie. Poważnie się zastanawiam, czy było głupsze od tego w pierwszym "Supermanie", czy może jednak nie było aż tak źle. Nie przeszkadza mi to, że wywołuje ono tyle pytań, ile cały film ma pikseli. Przeszkadza mi, że wzięło się z niczego, że jest leniwe i twórcy na jego potrzeby wymyślili sobie tak wiele wygodnych zasad według których ich film ma od teraz działać, które nijak się mają do reszty filmu - plus, zwyczajnie zawodzi. Wzięto cytrynę, pokazano ją widzowi, powiedziano, że to niebieskie kiwi i gdy ten wyrzuci je przez okno to będzie najedzony przez trzy tygodnie, bo teoria strun. I zrobiono to z ogromną powagą.

2/4
I tak obejrzycie.


Przed zakończeniem, "Interstellar" odbierałem jako przeciętne, nudne kino, z kilkoma udanymi elementami. Twórcy akurat się nudzili, wzięli z półki jeden schemat fabularny i wykorzystali go w podobny sposób, jak wykorzystuje się komedię romantyczną w okolicy Walentynek. Potem obejrzałem zakończenie, zawodzące moje oczekiwania, które samodzielnie wcześniej we mnie umieściło, Ja wiem, że po napisaniu tego testu, "Interstellar" opuści moje życie i tyle - jedyne co mi dało to pomysł na spektakularny film, który będę się zapewne bał dotknąć przez najbliższe kilka lat, bo póki co mnie przerasta swoimi rozmiarami. Są ludzie, którzy wyszli z sali kinowej odmienieni, i im nawet zazdroszczę w pewnym sensie takiego uczucia po trafieniu na "swój" rodzaj kina. Jeśli kiedyś się spotkamy, np. na przyszłorocznych Nowych Horyzontach, chętnie uścisnę wam rękę.


PS. Napisałbym coś o muzyce, ale soundtrack wychodzi dopiero 17 listopada. Bez sensu.

22 komentarze:

  1. O właśnie ...


    "Jeden chłonie opowieść, cokolwiek to znaczy, drugi czepia się, że wiele kwestii nie wyjaśniono lub nie rozwinięto jak trzeba"

    No może bez tego "cokolwiek to znaczy", bo to znaczy, to co znaczy :) Czyli chłonie opowieść. Równie dobrze można napisać dalej "...nie rozwinięto jak trzeba, cokolwiek to znaczy".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobra, czepiam się. Polubiłem ten film i tyle :)

      Usuń
    2. "Nierozwinięto" jest dla mnie jasne, np. nie wyjaśniono jazdy z traktorami na początku, one po prostu to robią. Mogę zrozumieć kogoś, komu to nie pasuje.

      "Chłonąć opowieść", z tego co się zorientowałem, oznacza oglądać z przyjemnością bez względu na poziom wykonania dla samej historii. I tego nie rozumiem, jak dla kogoś może nie mieć znaczenia, czy coś jest opowiedziane z pazurem i świeżością, czy też po linii najmniejszego oporu.

      Ale pewnie nie wiem po prostu, co to znaczy i tyle.:)

      Usuń
    3. "Chłonąć opowieść" to też odciąć się od tego co jest "nierozwinięte". Naprawdę mieli wyjaśniać jak te traktory jeżdżą? Garreeet, wyobrażasz sobie jak typ tłumaczy to? No i komu miał tłumaczyć? Przecież właśnie wszyscy wokół to wiedzieli. Pazur był, emocjonalny. Cieszę się że zwróciłeś uwagę na scenę odjazdu z farmy. Już sobie wyobrażam jak by to zrobił Michael Bay w Armageddonie (jeżeliby takowa była). Murphy wybiega z domu, Cooper zaciąga ręczny, wybiega z trucka. Wpadają sobie w ramiona, slow-motion. Tralalala. "Nie odjeżdżaj!!", "Muuuuszę!". John Lightow odciąga Murphy itd. Nolan zrobił to ze smakiem. Też bym wolał inne zakończenie tej historii, a co za tym idzie jestem ciekawy, czy na etapie pisania scenariusza chodziło po głowie braciom Nolan jakieś pesymistyczne zakończenie. Pewnie się nie dowiemy

      Usuń
  2. Zgodzę się w pełni i generalnie podziwiam Cię za tak spokojną i wyważoną recenzję przy filmie, który budzi tak wiele emocji. Jest fantastycznie z chwaleniem pod niebo albo fatalnie z masą krytyki. Ja w swojej recenzji, która pojawi się dopiero na tygodniu także raczej mocno krytykuję ten film, głównie za te same rzeczy, co Ty, lecz u mnie wywołały one więcej wściekłości. Czekałem na Interstellar, wiele sobie po nim obiecywałem i miałem wrażenie że Nolan robi ze mnie głupa podobnie jak w Incepcji, ale jeszcze z większą siłą. Dlatego podoba mi się Twoje stonowane podejście, podkreślasz to, co warte uwagi i krytykujesz to, co najgorsze. I generalnie się zgadzam. Podobnie z wyborem najlepszego momentu. W ogóle mimo wszystko dylematy moralne i kwestie emocjonalne w tym filmie moim zdaniem były świetne. Córka nie chcąca pożegnać się z ojcem, który być może nigdy nie wróci, a on płacze, że nie chce się tak rozstać - to kapitalne. Ileż skrajnych myśli musi walczyć w głowie takiego człowieka? Szkoda jedynie że to tak łopatologicznie przedstawiono, z takim patosem i takimi drętwymi dialogami. Nawet ten pociąg Hathaway do swojego ukochanego na innej planecie można było przedstawić poruszająco w bardziej subtelny sposób, który nie wywoływałby głupiego uśmiechu na twarzy widza. No ale to sobie już można gadać, a jest jak jest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O! I to jest dokładnie to, co mam do powiedzenia na temat tego filmu. Amen. Najważniejsze, że "miłość pokona czas i przestrzeń" ;).

      Usuń
    2. EEe tam, cynicy z Was wychodzą. Źle podeszliście do tematu i tyle. Jeżeli miałbym racjonalnie wytłumaczyć patos, który Nolan zastosował to...

      Po pierwsze. Musicie ogarnąć kinową skalę patosu. Naprawdę w historii kina poprzeczkę zawieszano już kurewsko wysoko jeżeli chodzi o ckliwość. Zarzucając tutaj patos i pompatyczność, musicie cofnąć się pamięcią do innych tytułów, niekoniecznie s-f. Kino wojenne, dramaty, s-f. Powtarzam, Nolan zrobił to ze smakiem.

      "miłość pokona czas i przestrzeń" - Potrafię się wczuć w sytuację gdy apokalipsa jest za drzwiami i rzuca się takie zdania. No bo co innego pozostaje. Porównując tę sytuację do na przykład takiej osoby chorej na coś nieuleczalnego. Ile jest przykładów gdy obserwuje się przykłady zachowania zupełnie irracjonalnego. Kurde gdybym ja był w takiej sytuacji i nie pomogłoby już NIC, to nawet o tej miłości co pokona przestrzeń bym gadał. Do czarownika we Władywostoku bym pojechał. Tyle w temacie.

      Usuń
    3. @Simon! Nie zauważyłem twojego postu wcześniej! Dziękuję bardzo za miłe słowo, bardzo się starałem by tak wyszło. Też lubię od czasu do czasu napisać recenzję.:)

      Teraz tylko się gryzę, że jednak porównałem do "BSG" i "Schronienia", bo to jednak nieprofesjonalne... jednak chyba nie gryzie tak jak myślałem.

      @Panie Patryk.;-) Mi akurat patos nie przeszkadzał - więcej, w ogóle bym go sam z siebie nie znalazł w filmie. Teraz jeśli miałbym go wskazać, to był zapewne w samej końcówce, gdy Rusty gadał z robotem przez walkie talkie. A wcześniej... normalny film. I tyle.

      A tak z ciekawości, zobacz tę scenę i powiedz mi, co o niej myślisz:
      https://www.youtube.com/watch?v=TA2LjpfTcdg (z Babylon 5, bez spoilerów)

      Usuń
    4. Nie widziałem Babylonu5, chociaż wiem że to wartościowa rzecz. Odnosząc się do fragmentu i zmarłego aktora. Koleś fajnie zagrał, a od "all of this" - świetnie :).Naturalnie wypadł. Blondyna do wymiany. Chodzi ci o zaaplikowanie w "Interstellarze" takiego czegoś? Spokojnego, wyważonego, bez histerii? Jak masz serial na 100 odcinków, to dawkowanie emocji można rozłożyć w czasie. Na 3 godziny to trzeba na szybko podłożyć parę ładunków emocjonalnych.

      Usuń
    5. Dobre rymy! :)

      Blondynka to epizodowa postać, miała kilka scen. Ogólnie pytałem, czy podobnych pytań nie wolałbyś w tym klimacie i wykonaniu. Dla mnie tu więcej powiedziano niż w całym "Interstellar". A też jest romantycznie i z patosem (zwykłe pytanie a on w odpowiedzi porusza temat losów całej ludzkości)

      A serial ma 110 odcinków. I kilka filmów... Scena pochodzi bodaj z 1x04.

      Usuń
  3. No i bohaterowie beczą 120 minut. Co za film. Kosmos. Otchłań beznadziei, rzekłbym...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że płacz akurat mi nie przeszkadzał? Przebudzenie Damona lub reakcja na video z kilkudziesięciu lat - to były całkiem prawdziwe chwile. Oczywiście, jak wszytko w tym filmie, za krótkie i pobieżne, ale widziałem w tym zarys dobrego kina.

      Usuń
    2. Akurat sceny z tych "straconych lat" są udane - z jednej strony banalne, ale z drugiej ujmujące (chyba nawet uroniłem łzę").

      BTW, oglądając je nakreśliłem w pamięci fabułę jakiegoś filmu sci-fi, z klimatem a'la 'Moon', że bohater próbuje (z pomocą robota, a jakże) odtworzyć filmy z Ziemi, dostarczane na stację kosmiczną na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Jestem pewien, że kiedyś chyba coś podobnego czytałem, ale mniejsza z tym - ogromne pole do popisu.
      Ale scena fajna. Nie będę kłamał, że mi się nie podobała...

      Usuń
    3. Znaczy - to wszystko co masz póki co, czy tylko tyle chcesz mi zdradzić? ;>

      Usuń
    4. Tak, to wszystko co mam. I wyobraziłem sobie, że mogę pójść w 10 rożnych gatunków filmowych. I że głównego bohatera raz pokochają, a raz znienawidzą w zależności od przekazu (jeśli sensownie wytłumaczę, że działanie bohatera miało jakiś wpływ na życie Ziemian). I zaburzę chronologię. Albo podzielę, rzecz na dwie połowy - perspektywa kolesia ze stacji kosmicznej, który otrzymuje niepełne wiadomości z Ziemi, i Ci co je wysyłają.
      Mogę zrobić z tego romans, thriller, dramat, albo typowe post-apo.
      Tak mi wpadło do łba podczas tej sceny filmu Nolana. Bo to fajna scena była :)

      Usuń
  4. Filmu nie widziałem i nie planuję, takie kino kompletnie mnie nie interesuje. Ale tekst mi się podoba, a idea cytryny szczególnie.
    Ale najbardziej chyba to, że wyniosłeś z niedoskonałości tego filmu inspirację do czegoś tam dla siebie - taki jest pożytek z pękniętych filmów : ich braki zawsze mogą zostać wypełnione zaskakująco nie raz trafionymi rozwiązaniami w wyobrażni myślącego ( wrażliwego ) odbiorcy .
    Oczywiście, skąd mam wiedzieć, co Ci się tam w głowie rodzi i co to jest warte, ale chodzi przede wszystkim o sam mechanizm.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiedziałem czy o tym pomyśle tu pisać... Mimo wszystko, to ma być blog, racja? :)

      Mój pomysł nie ma wiele wspólnego z samym "Interstellar", bardziej ogólnie ideą exodusu ludzi na inne planety, gdy Ziemia przestanie się nadawać do życia. A o wypełnianiu dziur i inspirowaniu się niewyjaśnieniem nie musisz mi pisać, w końcu inspirację czerpię z "Lost" :D

      Usuń
  5. Stary, ja nie siedzę w Twojej głowie, nie mam pojęcia skąd i co czerpiesz, a czego nie. Także nie czytuję wszystkich Twoich tekstów, na prawdę nie jestem ekspertem w kwestii Ciebie - po prostu napisałem o tym, co odebrałem, jako wartościowe w tym konkretnym wypadku i to wszystko .
    ,,...Nie wiedziałem czy o tym pomyśle tu pisać...''
    A czemu nie, ktoś Ci zabroni ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ok.:) Aleś ostro zareagował!

      Wiesz, to jednak recenzja. Zasady obowiązują, a ja je łamię tak troszkę. Troszeczkę.

      Usuń
  6. Ostro ?? Wydaje mi się , że bardzo spokojnie i taktownie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. http://www.jennazine.com/jz/jzassets/Katie-Cassidy-Wink.gif

      Usuń
  7. Czyli ściskasz mi rękę, stary.

    OdpowiedzUsuń