wtorek, 25 listopada 2014

Retrospektywa Lost - sezon 1, cz. 10


1x19
"Deus Ex Machina"
reżyseria: Robert Mandel
scenariusz: Carlton Cuse [2] & Damon Lindelof [6]
zdjęcia: Michael Bonvillian [7]

Bardzo intrygujący odcinek, ale przy powtórce... hm, to już nie to samo.

Sporo nadprzyrodzonych zjawisk - wizja we śnie itp. - jednak wiele z tego nie ma sensu lub celu. Taki samolot - po co się pojawia? Jaką rolę odegrał w sprawie rozbicia banku (włazu)? Żadną. Będzie istotny pod koniec tego sezonu i w dwóch następnych, jednak tutaj... okazuje się wymówką, zapychaczem czasu, by doszło do 1x20. I tym samym osłabia impakt następnego epizodu. Tragedia osobista Locke'a z zatraceniem czucia w nogach dotyka mnie, czuję jego krucjatę jak własną, ale... po co ona była? I tak dalej. Wszystko tu jest dobre do pewnego stopnia. Czy to oznacza, że na końcu jest słabe? Raczej niezrozumiałe.

Retrospekcja jest świetna, ale też przekombinowana. Zamiast trzymać sprawy najprościej jak się dało, scenarzyści zaczynają od matki gadającej o niepokalanym poczęciu i tym, jaki to John jest specjalny... A mógł po prostu sam z siebie zacząć szukać ojca. Cholera, ten dzieciak-klient mógł go do tego zainspirować w jakiś sposób i byłoby dobrze, dzięki temu też znalazłby się czas na szersze pokazanie relacji Johna i Anthony'ego Coopera. Tak naprawdę nie wiadomo do końca, ile ona trwała. Spotkali się raz, potem drugi na polowanie, trzeci - ten został pokazany, czwarty i ostatni... i tyle?

Trzeba jednak oddać, że postać Coopera była wiarygodna. I miał świetny, intrygujący głos. A zachowanie Locke'a było idealne - 40-letni, łysiejący mężczyzna, reagujący jak mały chłopczyk w wiarygodny sposób na pierwszą ojcowską troskę jakiej w swoim życiu doświadczył. Wzruszający moment.

Jest nawet "prawie-niemy" finał. Brak przemowy Coopera, nic z tych rzeczy. Jedynie cisza... potem krzyki... i muzyka.

Plus jeden z najzabawniejszych pobocznych wątków w serialu, czyli Sawyer ma ból głowy.
6/10

PS. Locke otrzymuje czerwoną kopertę po czym jest cięcie na czerwony samochód, którym jedzie do ojca... zauważyliście? Celowo dobrali taki samochód do tego cięcia?



1x20
"Do No Harm"
reżyser: Stephen Williams
scenariusz: Janet Tamaro
zdjęcia: John Bartley [2]


Wysoce prawdopodobne, że oglądam ten odcinek dopiero drugi raz w życiu. Pierwszy seans był zbyt mocnym doświadczeniem, które omijałem gdy powtarzałem sobie w całości pierwszy sezon. Teraz zebrałem się i odświeżyłem... To fenomenalny odcinek, bez dwóch zdań.

Każda postać pełni tu jakąś rolę. Nawet John Locke, który nawet na sekundę nie pokazał swojej twarzy, jest tu obecny, i wnosi wiele właśnie poprzez niepokazywanie się. Jednocześnie rozgrywa się kilka historii zaczętych dawno temu - w 11 odcinku Boone i John poszli do lasu i znaleźli sens życia. W 17 odcinku Jin i Sun nieformalnie weszli w separację. W 1 odcinku poznaliśmy Claire, ciężarną Australijkę, będącą drugą tykającą bombą tej opowieści. W 5 odcinku poznaliśmy Jacka, człowieka który nie potrafi poradzić sobie z przegraną. Wszyscy są na bezludnej wyspie, i chociaż radzą sobie całkiem nieźle, teraz to się kończy.

Może stąd się bierze całe napięcie tego odcinku? Nie wymieniłem przecież retrospekcji, a i bez niej dzieje się tyle, że trudno to ogarnąć. Jednak właśnie ta bezradność prymitywnych warunków wobec wymogów chwili podnosi odcinek przy powtórnym oglądaniu. To się nie nudzi. Prosta diagnoza złamanej nogi, brak chwili oddechu, nawet światła jest za mało. A trzeba jakoś zrobić transfuzję krwi - ha, żeby tylko! Wszystko jest problemem.

Mówi się: "Kuj żelazo, póki gorące". W tym odcinku scenarzyści wykorzystali każdą okazję jaką mieli, i napierdalali w kowadło aż pękło. Niebywale intensywny odcinek, przez pełne 43 minuty rzucający widzem od stołu operacyjnego po ołtarz i polarodówkę kończąc. Prawie każdy bohater daje tu z siebie wszystko, byle tylko był cień szansy na udane zakończenie.

A najwięcej daje Jack Sheppard, aka Matthew Fox. Ten człowiek praktycznie chodzi na  rzęsach, a kropla potu spadająca z jego nosa to piękny widok. I był to przecież zaledwie początek. Zgadzam się, że czasem pan MF gra monotonnie, ale ten odcinek jest monumentalnym dowodem, że potrafi też grać fenomenalnie. Niesie cały epizod na własnych barkach od początku do końca, trudno opisać jego pasję i zaangażowanie. A scenarzysta dał mu każdy powód, by na końcu nazwać go bohaterem.
8+/10.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz