środa, 5 listopada 2014

(serial) Battlestar Galactica - sezon II

Space Opera, 2005-06
19 odcinków po 45 mn
+ finał trwający 65 min.


Ideał militarnego sci-fi, ciąg dalszy. Konstrukcja scenariusza jest wciąż idealna, cały czas byłem zaskakiwany tempem oraz ilością wydarzeń, często dziejących się jednocześnie. Nie ma żadnego przystanku, akcja cały czas pędzi do przodu. Kilka razy, szczególnie na początku sezonu, byłem w szoku, jak wiele odważnych posunięć scenariuszowych tu się podejmuje. Jak często zmienia się zasady gry i dzieli bohaterów na obozy lub miejsca akcji. Jedna osoba wprowadzi stan wojenny, druga bez mrugnięcia okiem wybierze stronę w konflikcie robiąc taką kaszanę, że hej, inna skoczy bez zezwolenia na rodzinną planetę, teraz przecież będącą pod okupacją Cylonów... Co też scenarzyści mają w zanadrzu, że decydują się z takim spokojem na podobne numery? Praktycznie cały sezon zadawałem sobie to pytanie, bo miałem ku temu okazje.

Bo tu na pierwszy plan wychodzi konstrukcja fabuły, która jest niebywale precyzyjna. Nie wierzę, ile razy byłem zaskakiwany, oglądając wstęp do nadchodzącego epizodu. Wybierano do niego urywki z przeszłości, fakty będące teraz istotne. Naprawdę, to będzie mieć swoją kontynuację? To było istotne? Kontynuowania wątków zakrawa na magię. Wciąż jestem w szoku, do czego doprowadził na przykład wątek relacji między Shannon i Szefem. Tak, motyw rozpoczęty w pilocie. Swoją drogą - w 2x18 wracają do niego, bezpośrednio. By dodać nowe fakty do paru scen, wyjaśniając i dając odpowiedzi na całkiem ważne pytania.

Najważniejsze pozostają relacje Cylonów i Ludzi. Twórcom udało się idealnie przedstawić w wiarygodny sposób tych pierwszych, którzy przeszli na stronę tych drugich. Mogłem im uwierzyć i ich wspierać, być po ich stronie i nie życzyłem im, by znaleźli się sam na sam z człowiekiem, który im nie ufa. Jednocześnie, wciąż sam nie ufam im do końca. Wciąż pamiętam, kim są, i to wszystko może być tylko długoterminowy plan. Rozumiem wszystkie strony konfliktu i bardzo go przeżywam. Równie znakomicie rozwija się wątek problemu "ludzkości" Cylonów. Jeśli przeszli na naszą stronę, jeśli trzymają się swoich wspomnień, a ludzi z którymi do tej pory żyli, traktują jak rodzinę - czy mogą być ludźmi? Najlepsze jest to, że to Cyloni jako pierwsi zadają sobie to pytanie. Co ich tak naprawdę odróżnia od ludzi, czy może dojść do transferu? I na końcu - czy jest jakaś "druga szansa" dla takiej istoty? Czy jeśli ludzie wygrają tę wojnę, to co spotka "robotów" - eliminacja? Izolacja? Czy oni mają szansę na szczęście?

I tak, to wciąż piorunująca militarystyczna space-opera. Wciąż liczy się dowództwo, szybkie decyzje, bitwy oraz życie z podjętymi decyzjami. Dla przykładu: w pewnym momencie pilocie zaczną pękać, bo uderzy ich świadomość, że nie mają dla czego żyć. Mają jedynie powód, za który mogą umrzeć.

Ależ jestem zadowolony, że w końcu tak porządnie pochwaliłem ten serial. Szczególnie dlatego, że tym razem zdałem sobie sprawę, czemu nie lubię tej produkcji tak jak w teorii powinienem.

Po pierwsze, od groma tu malutkich i średnich błędów które rzutują również na dramaturgię. Dla przykładu, w krótkim czasie zostaną tu postrzelone trzy osoby. Po prostu: ranne - bez wyjaśnienia w jakim stopniu. Pierwsza trafi na intensywną terapię i wydobrzeje po kilku odcinkach. Druga umrze prawie na miejscu, bez pierdolenia. Trzecia od rany zemdleje na polu walki, zostanie porzucona... ale też przeżyje po wizycie w szpitalu. Trudno to brać na poważnie, prawda? Widać jak na dłoni lenistwo twórców (którzy wypocili siódme poty przy konstrukcji fabuły). Rozpraszają i zadziwiają, nie nabierałem się. Trudno mi wytłumaczyć, czemu nie przeszkadzają mi one bardziej, inaczej niż w tej sposób: "Hej! Przecież każdy z nas kocha "Toy Story", mimo że Buzz zamierał bez ruchu przy ludziach. Tak dobrze bawiliśmy się z powodu reszty opowieści i tyle."

Po drugie... fabuła niewiele się zmieniła tak naprawdę. Zabawne, prawda? Z jednej strony cały czas coś się dzieje, akcja urywa łeb, a tak patrząc na to z dystansu - wciąż uciekają przed Cylonami. To wciąż cała fabuła. Zdanie którym podsumowałem pilota, wciąż obowiązuje gdy piszą o drugim sezonie. Dlatego też cała produkcja nie emocjonuje tak, jak w teorii powinna.

Zmienia to ostatnie minuty finału. Akcja przenosi się o rok do przodu, wszystko stoi na głowie, bez zwalniania tempa zakopują widza pod stosem wydarzeń... I znowu się cieszę, że nie musiałem czekać na kolejny sezon. To w końcu nie jest serial o uciekaniu przed Cyklonami. Reguły gry się zmieniły. Omar Approved.
sezon II - 7/10
Sezon I - 7/10
Miniserial / Pilot - 6-8/10 (zależy, czy traktować jako oddzielny twór czy pilot)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz