niedziela, 14 grudnia 2014

33 sceny z życia (8+/10)

Psychological Drama, 2008


Gdy historia zaczyna się, wszyscy są razem. Odpoczynek gdzieś poza miastem, mała chatka pośród natury, biesiada pod rozgwieżdżonym niebem... Nie ma fabuły, jest tylko życie, którego cała produkcja jest dramatycznie pozbawiona. Może jakaś nadzieja na takowe pod koniec, ale większość czasu bohaterowie nie żyją. Zamiast tego zajmują się śmiercią, radzeniem sobie z nią, obcowaniem z nią... próbują żyć ze śmiercią. Bo wkrótce jedna z postaci okaże się mieć raka. Po kolei, jej otoczenie zacznie się wykruszać. Zostaną nieliczni, który będą z nią razem do końca chemioterapii. Albo dalej.

"33 sceny z życia" są bardzo bolesne. To przeciąganie przez wszystkie etapy obcowania ze zjawiskiem śmierci w rodzinie, bez żadnych uproszczeń i pójść na skróty. Bohaterowie są jacy są, a prawda jest taka, że nie mają zielonego pojęcia co robić. Nie wiedzą co się dzieje, nie potrafią zrozumieć lub zaakceptować. Każdy jest inny, ale zgadzają się w jednym: nie ma tu kogoś pozytywnego. Silnego dorosłego, który wytrzyma. Każdy z tej historii wyjdzie na kolanach, będą się różnić tylko momentem, w którym na nie upadli. Albo chwilą, w której uświadomili sobie, od jak dawna na nich są. To mocny film. Nie dziwię się, że został oparty o doświadczenia osobiste reżyserki. Tu ludzie nie mogą wytrzymać ze sobą, wyładowują na sobie nawzajem złość, chorą czuje się "chujowo", a dawne życie idzie w odstawkę. Po wypiciu pół litra zaczyna się inna strona tego spektaklu.




Rzadko w ogóle mnie ten aspekt w kinie obchodzi, ale porter Polaków w tej produkcji jest bezbłędny. Nigdzie indziej tak pięknie nie przeklinają, ani też nie są cały czas zwaśnieni. Jeden z nielicznych obrazów, w których nie mam wątpliwości, kogo oglądam. Nie Czechów lub Rosjan, ale "naszych". Ta trudna w uchwyceniu różnica została tu przedstawiona.

Ujęcia są przepięknie długie. Cała konstrukcja opowieści zasługuje na oklaski - to jak bohaterowie poruszają się na planie, jak ujęcia są skonstruowane by maksymalnie wykorzystać kadr... Jedno z najsmutniejszych chwil zaczyna się od bohaterek śmiejących się, by pod koniec, wciąż w tym samym ruchu kamery, wywołać u widza obumarcie mięśni twarzy. Bardzo kojarzyło mi się to z "Ofiarowaniem" Tarkowskiego. A co mi tam, obejrzę jeszcze kolejne filmy Szumowskiej. Niby są nisko oceniane, ale ten też nie jest specjalnie lubiany.

Jest tu coś, czego w kinie nie ma od dawna. Muzyka uderzająca w uszy jak w kowadło, i tak by pękło. Dzieje się tak kilka razy podczas seansu, niczym w średniowiecznej przypowieści, gdy dzwony kościelne obwieszczały ważne wydarzenie. Tutaj jest podobnie, czarny ekran i chwilowy zastój w seansie. Bardzo mi się to spodobało. Podobnie było tylko w "Melancholii" i starym kinie sprzed 1950 roku.

Jeszcze jedno słowo o dźwięku. Zupełnie nie rozumiem, jak to jest możliwe, że ludzie nie słyszą dialogów. Byłem na tym filmie podczas premiery w Kinotece, słyszałem wszystko. Teraz obejrzałem to w telewizji, o 8 rano, jeszcze pralka mi zapieprzała za zamkniętymi drzwiami łazienki, i problem miałem jedynie ze zrozumieniem niektórym bełkotów chorej. Ale tak miało chyba być. Serio, której chwili nie rozumiecie?
Swoją drogą, ciekawy pomysł, puszczać taki film o 8 rano w sobotni poranek. Przecież tu cycki są.

"33 sceny z życia" to wielki film. Opowiada o śmiertelności jak żaden inny. Gdyby dodać tu jeszcze epilog z "Six Feet Under" ludzie zaczęliby zapewne masowo chodzić na terapie antydepresyjne po seansie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz