sobota, 27 grudnia 2014

Dwa filmy na święta: "White Christmas" i "A Garfield Christmas"

Miałem pewne opory, czy pisać o odcinku serialu zamiast o jakimś nowym filmie. Wątpliwości minęły, gdy obejrzałem "Garfielda" i problem zniknął. O obu warto coś napisać, więc skorzystam z tego zbiegu okoliczności.

"A Garfield Christmas" to krótki metraż trwający 22 minuty, który mnie zaskoczył. Raz, tutejszy futrzak naprawdę przypomina tego, którego znam z kart komiksów. Dwa, dostarcza sporej dawki rozrzewnienia i zadumy. W jakiś sposób te dwa elementy w ogóle się nie gryzą, i to największa zaleta tej produkcji.

Zawsze mi przeszkadzało niezrozumienie materiału źródłowego. Garfield nie jest głównym bohaterem w tradycyjny sposób, bo on rzadko robi cokolwiek. Najczęściej jest elementem tła, który powie trzy słowa w reakcji na coś, co robili inni. Dlatego nie działają seriale oraz filmy z nim w rolach tytułowych, podczas gdy w tej produkcji świątecznej uwaga skupia się na Jonie i jego rodzinie. To oni jedzą, grają na pianinie, wyczekują poranka - w skrócie, to oni spędzają święta. Garfield jest gdzieś z tyłu, gadając do samego siebie, jęcząc w swój sposób na wszystko. A ludzie nie zważają na niego i po prostu spędzają ze sobą czas. Nic więcej. Jest miło, zabawnie i ciepło.

W tym wszystkim jest tylko jeden wątek, który jest kwintesencją patrzenia na śnieg za oknem, albo siedzenia przy choince i wdychania jej zapachu. Z związku z tymi scenami Garfield da pewnej osobie prezent. Słowa nie zdradzę więcej, ale z pewnością się wzruszycie. Piękny moment. Niczego więcej nie mógłbym sobie życzyć po takiej produkcji.

http://garfield.com/comic/1979-12-25
"White Christmas", o którym teraz piszę, to specjalny 70-minutowy odcinek mini-serialu "Black Mirror". Kto oglądał ten się ucieszy, że tak niespodziewanie wyszedł kolejny epizod. Dla całej reszty - produkcja ta to zbiór odrębnych opowiadań, będących wariacją na jeden temat: futurystyczna technologia. Niedaleka przyszłość ukształtowana przed jeden lub więcej wynalazków, ściśle związanych z daną historią. Tym razem jest to blokowanie ludzi w prawdziwym życiu. Nie chcesz mieć z kimś kontaktu? Odcinasz się. I widzisz tylko zarys, jakby został wycięty z papieru. Teraz tamta osoba nie może się z tobą skontaktować. Nie słyszysz, co mówi. Dopóki blokada nie zostanie zdjęta. Tak, ludzie bardzo sobie życzą czegoś takiego już dziś. Chcą robić to co mogą robić w Internecie.

Fabuła tyczy się dwojga mężczyzn, będących gdzieś na śnieżnym zadupiu od kilku lat. Niewiele mówią o tym, czemu tu są, i nie jest jasne wiele elementów (np. czy mogą wyjść kiedy chcą). Sam myślałem, że są gdzieś na biegunie i pracują. Dziś jest jednak Wigilia, i jeden z mężczyzn postanawia znieść barierę milczenia. Tyle lat prawie nie gadali ze sobą, to teraz przy świątecznym śniadaniu sobie porozmawiają. W ten sposób widz pozna kilka historii, również związanych pośrednio z samymi Świątami.

W przeciwieństwie do "Garfielda", "White Christmas" to prawdziwa tortura. Ponura, depresyjna i porażająca niesprawiedliwa produkcja o końcu świata dla człowieczeństwa w kilku bohaterach. Zabrakło dosłownie trzech rzeczy, by ten odcinek był równie genialnym dramatem psychologicznym co "Johnny Got His Gun".

1) Dwoje ludzi rozmawia? Od początku śmierdzi to oczywistym zakończeniem, w którym jeden mówi tak długo, dopóki drugi nie poczuje się na tyle przyjaźnie, by też zacząć gadać. Mogli się z tym bardziej postarać.
2) Jakkolwiek dramat bohaterów jest silny, widz nie spędza z nimi na tyle dużo czasu by to go nim wstrząsnęło jak mogło to zrobić. Może wychodzę na masochistę, ale uznaję to za minus.
3) W pewnym momencie fabularnym zastanowiłem się, czemu zrobiono tak a nie inaczej (bo można było i w ten sposób uniknąć dramatu). I jedyną odpowiedzią jest... żeby tak potoczyła się opowieść. Można poczuć się szantażowanym w takich chwilach.

Odcinek i tak uderza w czułe miejsce z ogromną siłą. Samotność, życie pozbawione sensu i człowiek pozbawiony człowieczeństwa - a najstraszniejsze w tym jest to, jak łatwo to wszystko było robione. Prawie bez namysłu i refleksji. "Black Mirror" to współczesny "Twilight Zone" i warte jest uwagi. Zobaczcie sami, wokół czego ja tu tańcuje od 5 minut, nie dopuszczając do zdradzenia czegokolwiek istotnego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz