niedziela, 7 grudnia 2014

Personel (8+/10)

Kino Moralnego Niepokoju, 1975


Film to taka sztuka, która zna wielu ale też trudno znaleźć kogoś, kto ją zna. Może 2 osoby w tym kraju wiedzą, na czym polega praca reżysera, ale to on się wyróżnia i na nim opiera się często promocja. Czasem zamiast niego jest aktor/aktorka. Raz na parę lat jest film reklamowany nazwiskiem scenarzysty. Widzowie zwrócą jeszcze uwagę na muzykę, zdjęcia. A kostiumy też trzeba uszyć. "Personel" opowiada o życiu początkującego pracownika teatru, zajmującego się właśnie kostiumami razem z całą gromadą sobie podobnych. Świat mały, będący z tyłu, siedzący cicho, ale mający swoją rolę do odegrania.

Ta opowieść to portret ówczesnej Polski w sposób, który nie rzuca się w oczy. Tylko raz jedna z postaci mówi, że na to wszystko trzeba spojrzeć szerzej - wszędzie indziej jest to prosty, skromny film o młodym człowieku zagubionym w życiu, dostający pierwszą pracę, poznający pierwszych dorosłych ludzi i zafascynowany duszą swojej pracy. Przypadkowej kobiecie w metrze opowiada o "momencie prawdziwego szczęścia", gdy nadchodzi premiera i kurtyna idzie w górę... Lubię tę scenę. Lubię cały film.

Ale tak. To stary teatr, w którym grają stare sztuki, mało ludzi przychodzi, pracownicy są źle traktowani, żyją normalnie jak ludzie tak bardzo, że ledwo widać klosz nad ich głowami nie pozwalający się wyprostować i podnieść głowy. W pewien sposób, to film genialny w swojej metaforze. Jest zaskakująco żywy. Połowa scen wygląda jak dokument, z kamerą wśród pracowników teatru - dziś nawet łatwo zapomnieć, że główną rolę gra Juliusz Machulski, a na drugim planie włóczy się reżyser "Ćmy", Tomasz Zygadło. Fabuły tu niewiele, jakby przez połowę filmu nic się nie działo. Bohaterowie żyją swoim życiem - nawet pod koniec, pomiędzy dwoma zwrotami akcji tworzącymi tak naprawdę całą tę produkcję, główny bohater proponuje założenie kabaretu. Zupełnie jak pod koniec odcinka w serialu, rozpoczynają wątek który będzie kontynuowany w przyszłości.

Zakończenie jest najlepsze. "Personel" oglądałem teraz kolejny raz, wiele lat od pierwszego seansu, i pamiętałem tylko tę jedną scenę. Jego klasę tworzy optymizm w oparach smutnej rzeczywistości. Widz wie na 90%, jaka jest prawda, co się naprawdę stanie, ale jednocześnie zatrzymano się w tej sekundzie, gdy wciąż jest możliwa inna droga. Ta chwila staje się wtedy wiecznością, pełną dobra i uśmiechu. Takie otwarte epilogi mogę lubić - niby nie ma pewności, ale to tak naprawdę jedynie oszukiwanie się. Zakończenie będzie tylko jedno, ale też trudno wskazać moment w którym reżyser nakazuje oglądającemu tak myśleć. Podobnie jak z całą resztą tej opowieści, tutaj też widać chłodny obiektywizm narracyjny.

Mały, duży film.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz