sobota, 13 grudnia 2014

"Zaginiona dziewczyna" miało kilka słabych momentów

"Gone Girl" Davida Finchera, adaptacja książki której autor przyrządził również scenariusz (co widać, tzn. słychać) to porządny produkt. Solidna historia, o logicznej narracji, całkiem nieźle zagrana. Czuć tutaj upływ czasu, jak mija dzień, od rana do wieczora. Sporo tu zmęczenia, poddenerwowanego napięcia w oczekiwaniu aż okaże się coś ważnego, wciągającej gry głównego bohatera który z jednej strony musi wiarygodnie grać przed kamerami zatroskanego męża, któremu zaginęła żona, a z drugiej musi ukrywać, jak bardzo miał jej dosyć. Jest tu porządek, wiarygodność, widać wyuczony warsztat. I tyle. W pamięci nie zostaje z niego nic, poza śmieszną miną pana Afflecka gdy uradowany zorientował się, że rozumie co żona do niego napisała. Sympatyczny moment.

Reszta jest idealnie wygładzona, nie wybija się ponad poziom... poza kilkoma momentami, które naprawdę zaskakują w negatywny sposób. Kilka uwag i garść spoilerów. Lepsze to niż kolejna nudna recenzja tego filmu, za późno widziałem ten film by pisać normalny tekst o nim. Wina kin, że nie puszczali go w mojej okolicy.


O co chodziło z tym zakończeniem?

Albo inaczej: co twórca chciał tym filmem powiedzieć? Małżeństwa to zajęcie dla pierdolniętych? Czy może tylko to, że sama koncepcja małżeństwa zmienia cię w pierdolca? Po co w ogóle ta historia powstała? Bo mogła? Jaki powód ludzie mieli, by ją komuś opowiedzieć? Choćby jakiś najbardziej podstawowy, o czym ten film jest? Nie mam zielonego pojęcia. Historia toczy się i nagle urywa, bez satysfakcjonującego zamknięcia.

To zresztą ten moment w którym zaczynałem wątpić, czy psychologia postaci jest tak spójna jak mi się wydawało. I stwierdziłem dosyć szybko, że lepiej się nie przyglądać, bo film szlag trafi.


Amy od początku była pierdolnięta?

W pewnym sensie jest to połączenie kilku minusów w kolejny. To jak to w końcu było - Amy na początku faktycznie była słodka, czy to tylko bujdy jak reszta dziennika? Jeśli tak, to czemu w takim razie Nick się z nią ożenił? A skoro tak, to gdzie zaszła przemiana? Czy od początku taka była? Dlaczego to ukrywała? Tak w razie czego? Skąd to jej się wzięło? Czy ktoś jest w stanie rozpisać psychikę tej postaci, czy po prostu autorka poszła na łatwiznę i miało w życi spójność?





Czy... czy ten film anty-męski?

Jakoś w pewnym momencie zaczęło mnie interesować, czy Gillian Flynn nie jest może imieniem kobiecym. Było. Jestem pierwszym który tak nieśmiało zauważy, że film może przemycać nienawiść do mężczyzn? Wykorzystywana jest tu niesłuszna przewaga kobiet nad facetami, chwali się ich stereotypową umiejętność manipulacji, płeć piękna-bo-nienosząca-makijażu właściwie nawet nie bardzo wie co robić przez całą historię, ogromna część tej opowieści to festyn znęcania się nad postacią męża, i to na skalę krajową, co przechodzi praktycznie bez słowa uwagi... What the fuck?

Czy ja sobie właśnie odpowiedziałem na pytanie w punkcie pierwszym?!


Postać pani szeryf i kochanki to żart

Ot, mam za sobą "The Wire", "L.A. Noire", "Shield", i widząc jak ta policjant przesłuchuje podejrzanych mogłem się tylko uśmiechnąć z politowaniem. Przedszkolaki bawiące się w dom są poważniejsze.

Ale tego cyrku z kochanką już znieść nie mogę. W tym momencie filmu Amy wydaje się idealna. I miałem uwierzyć, że Nick wolał uciec od niej z jakąś tępą dzidą, która zakrada się do jego domu otoczonego wtedy przez zastęp pseudo-dziennikarzy, by uprawiać z ukochanym seks. Za wszelką cenę, nawet jak ten będzie się opierał, to ona nalega!

Niefajnie tak ubliżać obu płciom jednocześnie. Po prostu. Ale też nie wiem, jak miała się sprawa z Amy. Może dzida była faktycznie lepsza. Hm.. To ciekawa uwaga. Aż policzę na patyczkach, bo przecież w całym miasteczku było niewiele kandydatek. Siostra, żona, teściowa, wariatka, policjantka i zastęp tępych dzid stojących z tyłu i mówiących o Nicku na zmianę "Ciacho" oraz "Odrażający typ". I jeszcze dzida robiąca sobie zdjęcie z bohaterem.

Okazuje się, że wybranie tej pierwszej dzidy było całkiem logiczne. Ale jak się nad tym zastanowić, to reszta kobiecych postaci też nie jest fajna. Jedna to złodziejka, druga to ta prezenter w telewizji. Najwyraźniej się myliłem - może pani Flynn nienawidzi kobiet, a nie mężczyzn, skoro tylko o postaciach męskich mogę napisać, że była porządne - chociaż w jednym momencie? A może to rykoszet?



Postać przez 7 minut wyjaśniająca gadaniem z offu, o co chodziło w zwrocie akcji.

Sam zwrot był przewidywalny, to nic. Może po prostu film był pisany dla kogoś, kto nie miał styczności z gatunkiem, nie interesuje mnie to. Zbudowanie na nim całej banalnej intrygi nie przeszkadza mi jakoś. Ale gdy nastąpił, jedna z postaci zaczęła gadać. I gadać. Wyjaśniać wszystko tak łopatologicznie, jakby był to film dla niewidomych. Bo to właśnie jest najdziwniejsze - sam obraz wystarczał! Wszystko czego potrzebowałem by zrozumieć co się stało, działo się przed moimi oczami. Nie potrzebowałem słów ani tym bardziej narratora. A mój ból jest tym większy, że parę dni temu widziałem w pewnym sensie podobną scenę w "Lost". Początek 1x22, "Born to Run". Zero słów, a dało radę zrozumieć wszystko. Na szczęście cała reszta obrazu jest bardziej świadoma tego, czym jest (albo nie ma oglądającego za idiotę), więc można go nazywać filmem.

Tyle ode mnie. Chciałem to z siebie wyrzucić, bo inaczej to właśnie bym zapamiętałem z seansu. Teraz mogę już z czystym sumieniem pamiętać uśmiechniętego Afflecka.

3 komentarze:

  1. Spróbuję Tobie odpowiedzieć na jedno pytanie:

    Co twórca chciał tym filmem powiedzieć?

    Chciał powiedzieć że małżeństwo to ciągła próba sił, dużo kompromisów Najbardziej takie historie podobają się osobom, które coś podobnego przeżyły (przeżyły i żyją :). Był taki film "Baby są jakieś inne" i tam generalnie przez cały film bohaterowie żalili się na kobiety, zony itp. I pamiętam jak jeden opowiadał o przypadku że puszcza wodę pod prysznicem (a jest w koszuli wyjściowej), a żona nie przestawiła wcześniej i napierdala woda z góry na męża. Normalnie sytuacja jak u mnie w domu. Non stop. W Zaginionej Dziewczynie też było dużo takich scen. Wprawdzie nie napierdalamy się jeszcze po głowach, ale zakrętów było od chuja :) I jeszcze więcej przed nami, Małżeństwo to nie jest widokówka, to ciężki kawałek chleba. Na szczęście jest dużo zajebistych momentów i dla nich warto walczyć.

    OdpowiedzUsuń
  2. Hardkorowe przedstawienie małżeństwa jako wiecznej walki i kompromisów, podoba mi się, nie powiem.:) Widzę logikę w tej interpretacji, ale też mnie nie przekonuje. Zapewne dlatego, że nie jestem fanem małżeństw samych w sobie. A tu jest jeszcze przedstawione jako chorą pułapkę, która tylko rani i zmusza ludzi do robienia chorych rzeczy. Zajebistych momentów tu brak (chyba były wymyślone).


    W innej interpretacji ponoć chodziło filmowi o to, by nikomu nie ufać, bo każdy w końcu okaże się potworem. To też mnie nie przekonuje, bo trzeba na początku uważać, że każdy to potwór. I tak dalej.

    OdpowiedzUsuń
  3. Przecież to po prostu czarna komedia. A idiotyczna, pulpowa fabuła stanowi tu zhiperbolizowaną do granic absurdu metaforę mechanizmów działających w małżeństwie (jeśli byłeś żonaty przez chociaż kilka lat, wiesz o czym piszę).

    OdpowiedzUsuń