niedziela, 11 stycznia 2015

Birdman (albo pieśń zachwytów nad Lubezkim)


Tym razem zwykła rozmowa jest niezwykła. 
Już podczas oglądania zwiastunów uderzyło mnie, jak Lubezki (operator) pokazuje ludzi, którzy nic nie robią poza staniem naprzeciwko siebie i mówieniem. Jego kamera zawsze jest w ruchu, ale bardzo minimalnym, przemieszcza się w zaplanowany sposób z matematyczną precyzją jakby grał na perkusji pod batem Fletchera z filmu "Whiplash". A przy oglądaniu całości zachwycałem się coraz bardziej. Jako że cały film jest stylizowany na mastershot, trzeba było tu od szerokich ujęć teatru przechodzić do tych intymnych zbliżeń na twarz, każda zmiana ostrości czy innego technicznego aspektu przechodziła w ogromnym biegu a ten człowiek nie popełnił ani jednej pomyłki, płynnie przechodząc od perspektywy do tego ogromnego zbliżenia, gdy twarz aktora wypełnia ekran... ale też nie czułem się jakoś zbliżony, jakbym mógł go dotknąć. Nigdy nie było tak, że mógłbym określić odległość moją od tego co widzę. Nie czułem ciężaru ani rozmiaru kamery, czy była noszona na ręku czy też wszystko na jakimś dźwigu umieszczono. Najbardziej jest to odczuwalne w ujęciach przemieszczania się między aktorami, którzy mogliby stać dosłownie obok siebie a kamera i tak by dała radę się wcisnąć między nich. Oczywiście, aktor będący z tyłu się odsuwał a potem wracał na pozycję, na tym polega sztuczka. Ja zachwycam się efektem i tym co czułem jako widz który obserwował wszystko przez ten magiczny obiektyw. Przechodziłem przez czas, skakałem w przyszłość, raz biegłem na złamanie karku przez korytarze, by zaraz potem być świadkiem cichego momentu w którym znowu kamera pozornie stała w miejscu. Ale dzięki tym delikatnym poruszeniom i kontrastowi wobec wcześniejszego wysokiego tempa czułem jakby to czas się zatrzymał, a nie operator.

Wiele scen istnieje dzięki Lubezkiemu. 
Ta, w której Emma Stone opiernicza ojca. Kamera z początku patrzy tylko na nią, by z czasem... w ogóle tego nie zmienić. Dziewczyna krzyczy wściekła, a kamera jedynie wykonuje to delikatne zbliżenie ku niej... Ależ ta dziewczyna ma wielkie oczy... Wydawało mi się, że to przesada dopóki nie skończyła krzyczeć i nie dotarło do niej, jakie ostre słowa powiedziała. A kamera wciąż pokazuje tylko ją, i dotarło do mnie, że nie mam zielonego pojęcia jak na to zareagował ojciec. Aż zacząłem się denerwować co zobaczę, gdy kamera wróci wreszcie do Keatona. Właściwie na tym polegała cała dramaturgia całej sceny. Bez niej, nic bym nie poczuł, bo rzeczy które mówi Stone to taka klisza, że ziewać tylko by można... ale o tym za chwilę.

Aktorzy lśnią dzięki Lubezkiemu. 
To opowieść o artystach w teatrze, przygotowujący się do występu, i mnóstwo jest tu chwil, w których te postaci zaczynają grać kogoś innego ot, tak, w środku zdania. Ulegają całkowitej transformacji w kogoś innego by potem wrócić do swojego "głównego wcielenia" w tym filmie. Iluzja jest kompletna, a dzięki długim ujęciom to jest po prostu piękne widowisko i świetna zabawa. Zobaczyć, jak ktoś kogoś nabiera - nie, to nie byłem ja, ja tylko grałem! Nie spodziewałeś się tego, prawda?

Jedynie sam teatr zachwyca tylko po części dzięki Lubezkiemu.
To naprawdę wyjątkowe miejsce, które można całkiem dobrze poznać podczas seansu - poznać drogę od wejścia po sam dach itd. To miejsca bardzo żywe, wypełnione ludźmi robiącymi różne rzeczy gdzieś w tle, scena jest tu świętym miejscem, a kamera rusza się od sufitu po sam dół (moje ulubione ujęcie w całym filmie), a za drzwiami tego teatru... jest Nowy Jork. Dodać do tego różne magiczne przejścia oraz fakt, że okazjonalnie można tu spotkać chłopa z zestawem perkusyjnym grającym na żywo muzykę, którą słyszy widz - jak do cholery można opuścić to miejsce dalej niż na sto metrów? To idealne miejsce by w nim żyć.


A sam "Birdman" jest... 
Hm, ujmę to tak: obejrzałem go dwa razy, by mieć pewność, że to co zobaczyłem, było na pewno tylko tym. I miałem rację. Cała ta historia i większość postaci to jakieś echo problemów, o których film opowiada. Nie czułem w tym wszystkim życia i nie byłem przekonany, czy ktokolwiek z twórców naprawdę miał problemy o których teraz chce opowiedzieć. A tematów jest tu zaskakująco wiele - pragnienie bycia popularnym, ale nie dzięki pójściu na łatwiznę. Zdenerwowanie światem, dla którego liczy się tylko popularność na portalach społecznościowych. Odejście kina od sztuki do zajęcia się wyłącznie kinem rozrywkowym. Chaos w życiu osobistym. Chujowa krytyka... to tak jakbym ja chciał napisać felieton o wkurzeniu się, jaki to facebook jest niepraktyczny w obsłudze, tylko dlatego, że usłyszałem o tym od innych, ale samemu nie mając tam nawet konta. Tak jest z tym filmem i większą częścią jego zawartości. Są tu przebłyski, jak enigmatyczna postać grana przez Nortona, albo Michael Keaton, który daje z siebie wszystko, by wewnętrzny monolog głównego bohatera brzmiał poważnie, podczas gdy każda linijka przemowy którą słyszy w głowie jest sztuczna.

Dla wielu to komedia, a ja nie mam zielonego pojęcia dlaczego. 
Miało mnie śmieszyć, że Norton dostał erekcji na planie? Jest tu kilka momentów, których nie da się brać na poważnie, ale to nie znaczy, że są zabawne. Były dziwne lub żałosne. Główny bohater chce być artystą i wystawia sztukę, która jest beznadziejna. To było zamierzone czy też ja nie zrozumiałem wielkości owej sztuki? Wiele rzeczy jest dla mnie niejasnych w tym filmie...

Poza tym, sporo tu nudy.
Miałem dość w 2/3 seansu, forma zachwyca ale treść była mocno z tyłu. Brak jakiejkolwiek dramaturgii i zaintrygowania wynikającej z historii lub losów postaci. Które w większości są nudne. Są tu całe sceny, które są mnie zmęczyły. Gdy Edward Norton wszedł na dach i gadał z Emmą Stone'a, autentycznie miałem dość. Rozumiem, że jest istotna z punktu dramaturgicznego, ale jest okrutnie nijaka. Zarówno postać i relacja między nią i Nortonem to historia bez życia, w której postaci mówią byle co bo i tak istotne jest tylko to, gdzie to się skończy. Nawet jeśli ta podróż nie będzie ani trochę wiarygodna. Po co ja to oglądałem?!

"Birdman" to wspaniałe doświadczenie wizualne, i pomimo zwykłości w większości aspektów filmowych jestem zadowolony, że odbyłem tę podróż. Wrócę do niej jeszcze parę razy, choćby dla tego cudownego teatru, ale muszę też sobie wyjaśnić kilka kwestii, których teraz nie zrozumiałem. Na przykład, zakończenie. Co do cholery?
7/10

9 komentarzy:

  1. a tak czekam na ten film... trailerów nie oglądam, nic w zasadzie nie czytam, ale chęć obejrzenia maleje, niemniej i tak pewnie zobaczę nawet jeśli to ma być oda do Lubezkiego :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Napisałem komentarz, a potem go usunąłem. I takie coś zostało. Dziwne hyhy

    OdpowiedzUsuń
  3. :) Ale to wiesz, że ja legalny jak tylko mogę to jestem. Ostatnio nawet z VoD się zacząłem męczyć, po włączeniu filmu odkrywam, że lektor jest albo dubbing i cześć...

    OdpowiedzUsuń
  4. Wiesz jak ja działam więc nie musisz mi się tłumaczyć ;-). Ale dziwi mnie to bo obecnie dostępna wersja Birdmana jest w lipnej jakości i chyba lepiej poczekać na kino albo lepszą jakość żeby popodniecać się nad zdjęciami Lubezkiego

    OdpowiedzUsuń
  5. Myślałem, że się popodniecam czym jeszcze poza zdjęciami... A oczy Emmy Stone to już na YT widziałem.

    OdpowiedzUsuń
  6. Włączyłem sobie film i czekałem na pierwsze cięcie, wyłączyłem po 25 minutach bo się bałem że dojdę do końca. Teraz czytam że film jest jednak pocięty ale tego nie widać. Oszukali mnie. Photoshop.
    http://www.youtube.com/watch?v=XxXWs74dKnE

    OdpowiedzUsuń
  7. Oglądałem. Wcześniej nie myślałem, że edycja i postprodukcja miała tu takie znaczenie.


    Pierwsze cięcie jest widoczne gdy Keaton idzie schodami, kamera na pół sekundy zatrzymuje się na ścianie i zaraz podryguje by kontynuować patrzenie na bohatera jak ten idzie na scenę i uczestniczy w próbie z tym słabym aktorem. Drugie CHYBA jest w momencie, gdy owy lamus oberwał czymś w łeb, i kamera wykonuje to spojrzenie na publiczność, i wraca do lamusa leżącego na deskach. Potem Keaton zwiewa ze sceny, idzie korytarzem i schodząc na dół po schodkach kamera zatrzymuje się znowu na ścianie i tu jest trzecie cięcie, po którym natychmiast wchodzi ta ciężarna by ukryć nożyczki montażysty. Czwarte cięcie jest gdy Keaton zamyka drzwi do gabinetu, piąte jak wazon się rozbija o ścianę, szóste CHYBA dopiero jak Zach G. wchodzi na scenę ale chwilę wcześniej było zbliżenie na ścianę. Siódme gdzieś po środku tej próby Keatona z Nortonem, ósme chwilę potem jak Norton robi komentarz o tyłku Emmy Stone... ja to mówię z pamięci wszystko.:) W całym filmie są tylko dwa błędne przejścia, znaczy widać po przyjrzeniu się, że cięcie było. A przynajmniej tyle znalazłem.

    OdpowiedzUsuń
  8. Zawsze mnie rozwala jak ktoś narzeka na treść, a nie jest nawet w stanie załapać niektórych scen, w tym wypadku końcowej. AŻ tak enigmatyczne to nie było, metafory tu były ładne i trafne ale nie jakieś ciężkie do rozszyfrowania. Poza tym jest śmieszny w wielu miejscach- choćby w scenie żałosnego pocieszania się nawzajem, albo skrzeku Keatona pod koniec filmu, teksty Birdmana it smells like balls in here, wywiad z dziennikarzami, itd itd

    OdpowiedzUsuń
  9. Żadne mnie nie śmieszyło, niektóre były dziwne, inne żałosne, a takie sceny jak wywiad po prostu były.


    A więc co oznaczała ostatnia scena?

    OdpowiedzUsuń