niedziela, 1 lutego 2015

"Być jak John Malkovich" (8+/10) Kino mające głębię, i wciąż będące dobre.

Low Fantasy, 1999


Craig jest marionetkarzem z zainteresowania, ale jeśli chodzi o zawód sprawa jest mniej kolorowa. Zgłasza się na archiwistę w firmie umiejscowionej na 7 1/2 piętrze, na które wchodzi się zatrzymując windę między piętrami i rozwierając przejście łomem. I to miejsce dosłownie jest połową piętra, ludzie o normalnym wzroście chodzą tu zgięci w pół - a jest to dopiero początek niespodzianek, których ukoronowaniem jest ukryte przejście prowadzące do świadomości Johna Malkovicha. Nagle okazuje się, że umiejętności marionetkarza mogą się przydać w stopniu przekraczającym wyobraźnię...

To świat dziwny, i nie mający z tym problemu. Każdy akceptuje, że trzeba tu chodzić zgiętym w pół, i już po pierwszym skorzystaniu z Przejścia jasne są reguły: patrzysz na świat oczami słynnego aktora i tylko jego, znajdujesz się tam przez 15 minut a po wszystkim wylatujesz na wylocie z NYC do New Jersey. Bohaterowie zamiast badać i szukać odpowiedzi, zaczną na tym zarabiać.

To mój drugi seans, po bardzo długim czasie (od marca '08), i stąd moje zdziwienie, jak głęboki jest to tytuł. "Być jak John Malkovich" to kino metaforyczne, ale w ten przyjemny, logiczny  i jasny sposób. Opowieść Charliego Kauffmana można obejrzeć i odebrać na pewnym podstawowym poziomie: jako historia niespełnionego człowieka, który może zaznać miłości tylko oszukując. A po seansie już zastanowić się nad poszczególnymi elementami opowieści, i odkryć, że za każdym stał jakiś powód. Wszystko jest symbolem, i prawdziwe intencje twórców były diametralnie inne. Półpiętro symbolizujące "zejście" do świata marionetek, do którego bohater się wciska na siłę - i tak dalej.

W szerokim kontekście jest to opowieść o sztuce i różnorodnym odbiorze jej. Szukania w niej szczęścia, życia, własnej osobowości, odpowiedzi, a przede wszystkim życia wiecznego. Niezwykły film - przemyślany i istotny. Aż Garret żałuje, że Kaufman nie współpracował przy "Lost"...:-)

5 komentarzy:

  1. W czasach gimnazjalnych ten film nazywano "zrytym" i "ćpuńskim". Do dziś lubię to drugie określenie, bo często oznacza to, czego w kinie szukam, czyli ucieczki od monotonii. Film widziałem dawno, ale jak natrafię na niego w tv, to chętnie skorzystam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Sam obejrzałem we wtorek bodaj na Europie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pewnie byłem wtedy w pracy, bo zwykle w wolne ustalam grafik dnia pod ramówki Europy, Ale Kina i TCM:-P

    OdpowiedzUsuń
  4. "Kino mające głębię, i wciąż będące dobre."

    Tak napisałeś jakby głębokie kino nie mogło być dobre.

    OdpowiedzUsuń
  5. Może, tylko zazwyczaj jest niezrozumiałe samo w sobie, nużące, nieinteresujące, niesatysfakcjonujące...:(

    OdpowiedzUsuń