sobota, 21 lutego 2015

"Wojna polsko-ruska" (7+/10) Wciąż to lubię

Black Comedy, 2008


Nie znaczy to, że rozumiem ten film. Oglądam czwarty raz i znowu nie trafiłem w moment, gdy miałbym ochotę to rozgryzać. "Wojna polsko-ruska" jest niezłym trzepaczem mózgu, w którym trudno dostrzec logikę lub jakikolwiek porządek. Ale to nieład, za którym idzie nadążyć. Pamiętałem każdą scenę, co po sobie następowało, chociaż było to coś zupełnie innego niż powinno. Silny - główny bohater, lepiej znany jako Borys Szyc - chce wejść na teren konkursu piękności. Ale potrzebuje wejściówki. Woła znajomego żeby mu taką załatwił. Ten go poznaje ze swoją dziewczyną. W kolejnej scenie Silny jest w mieszkaniu owej niewiasty, ona coś do niego mówi, on nic nie ogarnia, bierze prochy, obsikuje jej kanarka i wychodzi. A ja, jako widz, myślę tylko: "Dziwne... ale dobra, nie mam z tym problemu. Zobaczę, gdzie to prowadzi".

Wszystko co tym razem wymyśliłem to rozpoznanie elementów parodiujących polaków. Tak myślę. Cały ten bełkot Andżeli i wielu innych postaci o życiu czy ludziach - gdzieś w połowie filmu pojawia się scena jak Narratorka wchodzi do kuchni i słyszy swoją rodzinę rozmawiającą o podobnych rzeczach. I to jest prawda, znam to z doświadczenia. Nie wiem, czy to jest typowe tylko dla Polaków, ale codziennie słyszę jakieś "złote myśli" o sensie życia, Bogu, religii oraz ostatnich wydarzeniach z telewizji, i zwyczajnie słychać, że oni je powtarzają, bo kiedyś coś takiego usłyszeli. Ale sami by na to w życiu nie wpadli, i tylko zasłaniają swoją pustkę, i ich zachowanie sparodiowano najwidoczniej w "Wojnie polsko-ruskiej". Tak przynajmniej myślę. Nadal te wywody bohaterów nie mają sensu i raczej męczą uszy, ale sam zamysł był... dobry?

Już, nieważne. Ta produkcja to przede wszystkim dobra zabawa, i z tego powodu obejrzę ją jeszcze nieraz. Sama postać Silnego, jego zachowanie i słownictwo, nieprzewidywalność i bogactwo możliwości. Zdaje się, jakby mógł być każdym, ale jednocześnie jest bardzo konkretną postacią, którą można zapamiętać wyraźnie i rozpoznać w tłumie. Liczne niewytłumaczalne smaczki, jak dziwne oczy bohatera z rana, gdy dowiedział się o śmierci psa. Burdel w wykonaniu Nataszy, opierdalanie kasjerki, dramat z krótkofalówkami - mam wrażenie, że to się nigdy nie zestarzeje. To wciąż jest tak samo śmieszne i świeże jak 7 lat temu, gdy widziałem w kinie. Dzisiaj mogę jedyne dodać do tego rozwój języka filmu, oraz wspaniałą reżyserię. Jak się nad tym zatrzymać, to większość filmu nie miała prawa zadziałać (poszczególne scenki są aż tak zróżnicowane), a pan Xavery Żuławski połączył je w całość. Widać również, że aktorzy świetnie się tam bawili, i dzięki temu również żałosne chwile działają (atak tłumu na Silnego). Każdy tam rozumiał, co robi, wiedział o czym jest film, i poszli na całość. Jeden z najbardziej szalonych produkcji jakie w życiu widziałem, i nieliczny przypadek w rodzimym kinie dającego zabawę. A przy tym jest stymulującą zagadką, którą chce się rozwiązać. Pewnego dnia...

3 komentarze:

  1. Lubię ten film. "Wojna Polsko-Ruska" pokazuje możliwości Szyca. Niestety te jego niektóre wybory filmowe...

    OdpowiedzUsuń
  2. Hm, niby pamiętam czasy gdy był Wielki po "Vinci", ale faktycznie od 2009 roku nie widziałem go w niczym... Nie licząc "Kac Wawy" oraz "Bitwy pod Wiedniem".


    Trudno, był w dobrych filmach "Testosteron", "Symetria", "Enen". I tak będę go pamiętać.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja tych filmów nawet nie oglądałem (tzn. Wawy itp).


    Jeżeli chodzi o role to pewnie to trochę wina propozycji, które dostaje. Podejrzewam, że ma pewnie też i bardziej wymagające scenariusze. Jednak takie role jak w Wojnie... wymagają trochę nakładu i otwierania się swoim talentem. Tak uważam. A takie "Kac Wawa", to wiesz. Szyc może iść do sklepu po bułki, i później na pięć minut na plan filmowy. To tak nie wykańcza.

    OdpowiedzUsuń