sobota, 14 marca 2015

"Arszenik i stare koronki" (8+/10) Komedia, która nigdy mnie nie zawiodła

Black Comedy, 1944


Cary Grant w roli Mortimera Brostera gotuje się do podróży poślubnej, ale znajduje w domu swoich ciotek martwego dżentelmena. Ukrytego w skrzyni. Nie trzeba nawet czekać na wyjaśnienie: to właśnie przemiłe starsze panie dokonały tego aktu miłosierdzia. Zobaczyły starszego, samotnego i nieszczęśliwego człowieka, więc... pomogły mu. Tak samo jak 10 poprzednim. Wszyscy leżą obecnie zakopani w piwnicy. Mortimer po nabraniu trzech szybkich wdechów rozpoczyna maraton, by jeszcze przed wyruszeniem na miesiąc miodowy zapewnić cioteczkom bezpieczeństwo... gdyby cała sprawa się wydała. Bardzo pomocny okaże się zwariowany kuzyn uznający się za dawno zmarłego prezydenta USA.

Potęgą tego obrazu jest to, że każda chwila, każdy ustęp w stronę innego gatunku, takiego jak dreszczowiec, kryminał, thriller, wszystko to podyktowane jest tylko jednemu: komedii. Nawet jeśli jakaś scena wygląda jak z horroru, to jednocześnie wciąż miałem 100% pewność, że reżyser chciał mnie tym ubawić do łez. I to mu się udaje. Tu bawi wszystko: sama historia, absurdalna i niewydarzona; postaci, którzy ani trochę się nie bawią; niebywale wysokie tempo wydarzeń nie pozwalające wyjść z domu, bo po powrocie okaże się, że zastaniesz woskową figurę Borisa Karloffa stojącą na środku pokoju. Dialogi również bawią, ale jednak najważniejsze jest to, co widać. Czyli Cary Grant.


Ten występ to oddzielna sprawa zasługująca na omówienie, bo to co ten człowiek tu zrobił to istna perełka której dorównuje tylko Louis De Funes. Mortimer chwilami przypomina robota, bo gra Granta jest aż tak precyzyjna. Wszystkie jego ruchy, każdy poruszenie zmarszczką albo paliczkiem jest podyktowane tylko jednemu: wywoływaniu śmiechu na coraz to inny sposób. Jego zachowanie, gdy razem z bratem usiadł na skrzyni, i powoli zaczął zdawać sobie sprawę, czemu razem to zrobili... Piękny widok!

Ten film ma tyle rzeczy które uwielbiam: staroświecki dom na przedmieściach, czarno-białą jesień, szalone momenty które traktuje się całkowicie poważnie, choleryka rozmawiającego przez telefon gdzieś obok sceny, ale robiącego to tak głośno, że zagłusza "właściwą" akcję. Olbrzymie tempo wydarzeń i różne "running joke", jak te z narzeczoną, policjantem lub taksówkarzem. CHAAARGE! Mogę to oglądać w Halloween jak i każdego innego dnia w roku. Idealny na każdą porę, bo zawsze jest skuteczny.

3 komentarze:

  1. Tym razem się z Tobą zgadzam i nie wiem co mógłbym dodać. Świetna czarna komedia i jeden z najlepszych filmów Franka Capry. Cary Grant po tej roli ma zapewnione miejsce w czołówce najlepszych komików wszech czasów.

    OdpowiedzUsuń
  2. Już ci odblokowałem, w ustawieniach disqusa znalazłem. Dzięki, że napisałeś na priva.


    Co dodać? Zawsze można się podzielić ulubioną sceną.:) Albo najmniej lubianym... sam nie lubię sceny, gdy Mortimer opowiada sztukę na której bohater zachowuje się jak głupek i pozwala się spętać.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pamiętam, że ten film wydawał mi się bardziej szalony niż wszystkie te japońskie produkcje typu zombie assu razem wzięte.

    OdpowiedzUsuń