sobota, 7 marca 2015

"Bliscy nieznajomi" (6/10) Ten film uwodzi!

Drama & Erotica, 2004


Doradca finansowy zostaje odwiedzony przez pewną kobietę, która pomyliła go z psychiatrą. Zaczęła mu opowiadać o swoim życiu osobistym, relacji z mężem, emocjach. Po kilku sesjach księgowy zbiera się i w końcu przyznaje kim jest. A jej to nie przeszkadza... mówią sobie coraz więcej, widz poznaje bohaterów na coraz wyższym poziomie. W końcu mężczyzna zakochuje się w kobiecie i jest niemal uzależniony od jej wizyt. By ją wpuścić, poświęca swoich właściwych klientów. Czy to prawda czy tylko gra? Kto powiedział, że tajemniczy mąż istnieje? Może kłamie od samego początku i wcale nie pomyliła pokoi, i celowo weszła do księgowego? O co tu może chodzić? Może o nic?

Kilka lat temu w felietonie dla FILMu Bartosz Żurawiecki pisał o braku w polskim kinie filmów które uwodzą. "Bliscy nieznajomi" są właśnie taką pociągającą produkcją, która powoli buduje atmosferę, uczucie, nie sięga po nagość ani sam akt, a jednak podczas oglądania jest coraz bardziej duszno i gorąco. Najbardziej niezwykłe jest tu wodzenie oczami mężczyzn po ciele kobiet. Tak bardzo różne od podobnych chwil w kinie Hollywoodzkim, gdy góruje wtedy instynkt, kobiety sztucznie wypinają się ubrane prowokacyjnie, a faceci robią wyuczone miny. W Laconte to wygląda na improwizację, przypadek, podglądanie, symboliczne i ukryte. I nigdy nie widać tego, na co oni spoglądają, a jedynie samą ich twarz, żywe oczy, wodzące po otoczeniu i skupione. Nie ma wątpliwości, co właśnie zrobili.

Bardzo satysfakcjonujące jest również zakończenie i cały ostatni akt, gdy wreszcie wychodzi na jaw o czym była ta opowieść i jaki był zamysł reżysera. I powiem tylko: to mu się udało. Nie przekroczył linii, zamknął we właściwym momencie.

Produkcja lepsza niż moja ocena na to wskazuje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz