czwartek, 5 marca 2015

(felieton) Aleksander Jackiewicz - "Fenomenologia kina, tom I"

Nieduża lektura z 1981 roku o teorii kina, skupiająca się głównie na rolach poszczególnych współtwórców ostatecznego dzieła jaki jest film. Wszystko opisane w sposób specjalistyczny i poetycki, np.:

"(...) odrębność postaw reżysera i aktora jest na tyle znamienna, że godna szczególnego podkreślenia. Obie strony są, z natury ich udziału w filmie, stronami antagonistycznymi. Reżyser to potencjalny twórca dzieła, aktor natomiast to odtwórca, główny wykonawca reżyserskich zamysłów. Tymczasem wiemy jednak, że reżysera w filmie nie ma, bowiem to aktor dźwiga na sobie ciężar zawartych w dziele treści i oczywiście ich form podawczych"

Dużo rozmyślania nad językiem tej sztuki, nad samą sztuką filmową, co oznaczają poszczególne czynniki, próba ich zdefiniowania - i tak dalej. Płynna i wciągająca lektura, chociaż z początku może przeszkadzać ilość cytowania innych teoretyków, szczególnie Irzykowskiego.

Mnie szczególnie zaciekawił rozdział poświęcony relacji reżysera i aktorów, bo wcześniej w ogóle o tym nie myślałem, a tu sprawa okazała się w cholerę złożona. Szczególnie w pamięci ostał mi się rozdział poświęcony Josephowi von Sternbergowi oraz Marlenie Dietrich:

Na starość rozdrażniony dowodził, że Marlena nie była w ogóle aktorką, on ją stworzył od początku do końca, a ona stanowiła zaledwie posłuszną materię w jego poczynaniach. Te oświadczenia, okrutne i niesprawiedliwe, wymierzone we wciąż czynną i odnoszącą sukcesy - na ekranie, a z czasem także na estradzie - aktorkę, wymierzone w nią po to, żeby raniły, wskazują na niszczącą rolę, jaką w biografii reżysera odegrała sprawa Marleny. "Nie mówcie - woła siedemdziesięcioletni von Sternberg do dziennikarzy na festiwalu w Mar Del Plata w 1965 roku - [...] że Marlena wypełnia moje dzieło, że ona je opanowała, że je posiadła i daje mu życie. Nie, to nie jest tak. Żadna ludzka istota w moich rękach nie była więcej warta niż każda inna. Istota ludzka (Marlena Dietrich także) była dla mnie przedmiotem anonimowym, który znajdował się przed kamerą po to, żeby wykonywać moje polecenia, jedynie po to, żeby robić to, czego mógłbym od niej zażądać. Marlena nie jest sobą w moich filmach; wiedzcie o tym, Marlena nie jest Marleną. Marlena to jestem ja, i ona o tym wie lepiej niż ktokolwiek. Ona wie. Ona o tym wie na tyle dobrze, że przysyła mi rokrocznie bardzo regularnie od 1940 roku, swoją ostatnią fotografię z tymi samymi słowami: >Byłam niczym bez ciebie, jestem niczym bez ciebie<". Po czym jeszcze: "Tak, ja wiem, że ona mówi o mnie zawsze dobrze. Ale postępując w ten sposób, mimo to mnie rani [...]. Mówiąc o mnie z entuzjazmem, Marlena osiąga określony cel: czyni mnie odpychającym".
"Cahiers du Cinema", które ten wywiad ogłosiły, skomentowały go mniej więcej tak: egocentryzm reżysera byłby nie do przyjęcia, gdyby nie oznaczał zagubienia i próby posępnej obrony.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz