czwartek, 19 marca 2015

(felieton) Kiedyś do wypożyczalni to się chodziło

Czyli kiedyś było źle i do dupy, a nie lepiej. Wódka jest teraz chłodniejsza niż wtedy, panie Linda.

A zaczęło się od VHS'ów wypożyczanych przez mamę w Beverly Hills na Alejach Jana Pawła II w Warszawie. "Dr Dolittle" (z Eddiem Murphym, druga część też), "Jack Frost", "Nico". Chciałem ponownie zobaczyć "Kevina samego w domu", a po powrocie okazuje się, że jest nawet trzecia część, o której nie wiedziałem, że istnieje. I bardzo mi się wtedy podobała...

Tak właśnie było. Chciałem coś obejrzeć ponownie, trzeba było po to iść do wypożyczalni. Oglądać reklamy na początku, których przewijanie trwało z 5 minut  (chociaż wiele wspominam dobrze, szczególnie te które były na produkcjach posiadanych na własność. Zwiastuny przed "Ritchie Richem" oraz "Potworami i spółka" kojarzę do dzisiaj). Lektor, napisów do wyboru nie było. Sam film wracał często do wypożyczalni nie przewinięty, taśma mogła się wciąć w odtwarzacz, sama zresztą ulegała niszczeniu przy każdym odtworzeniu. Jakość obrazu odpowiadała dzisiejszemu 360p, ekranom bliżej było do kwadratu niż prostokąta, dźwięk był akceptowalny. Mała próbka:


To właśnie pierwsze wspomnienie z obiektem VHS jakie posiadam. "101 dalmatyńczyków" z oryginalnym polskim dubbingiem z lat 60'tych. Da się to gdzieś teraz dostać? Wiecie, w HD.;-)

Alternatywą było nagrywanie na zakupione kasety, gdy film leciał w telewizji. Szumy na początku i na końcu, "glitche" ilekroć coś nagrano na już zajętą taśmę, niszczące wzrok przejścia gdy wyłączano nagrywanie na reklamy i włączano z powrotem - oczywiście za późno, i trochę filmu przepadało. Ale to też była jedyna droga by mały Garret mógł obejrzeć filmy nadawane w dorosłej porze. Czyli np. po 21. "Wyścig szczurów", "Ściągany", "Sens życia wg Monty Pythona". Ten ostatni miał czerwony kwadracik w prawym górnym rogu i ówczesny seans niewiele mi dał, musiałem trochę poczekać.

Można też było film kupić na własność albo wykupić dostęp do takiego HBO, gdzie mogłem oglądać "Godziny szczytu 2", "Tylko jeden" albo "Wielką misję Maxa Keebel'a". To dopiero było super kino!

Jedna bardzo ważna rzecz: każdy z tych filmów oglądałem wielokrotnie. Nieważne, którą metodą do niego się docierało, ale praktycznie nigdy nie kończyło się to na pojedynczym seansie. Gdy w końcu udało się nagrać film na który czekałem od lat, to oglądałem go potem codziennie przez przynajmniej tydzień, a potem tempo najwyżej się zmniejszało, ale na pewno nie ustawało. W telewizji zaliczałem powtórki, ilekroć nie było niczego innego, a film wypożyczony na kilka dni oglądałem przynajmniej co drugą dobę. To, że dziś obejrzę "Avengers" 5 razy w 3 dni to coś wyjątkowego, wtedy ten zaszczyt spotykał każdy film. Trzeba było czegoś w stylu "Monster Ball's" bym nie chciał tego oglądać ponownie.

Potem było DVD i w ciągu jednego dnia VHS'y spadły ze 100 złotych za film do 50, by właśnie DVD zajęły wcześniejszy pułap cenowy. Ale za to były napisy do wyboru, i to nie tylko polskie, ale też angielskie i tureckie! Łał!

Najważniejszą zmianą były dodatki. W przypadku VHS'ów były czasem dodatkowe sceny na samym końcu (przewijanie raz jeszcze), ale przyszła kolejna generacja i teraz każdy film był przygodą. Interaktywna mapa Hogwartu na "Komnacie Tajemnic", gry, ciekawostki, cuda na kiju. Taki komputer, tylko sterowany pilotem do telewizora. Znam to tylko z reklam które leciały przed filmem na VHS'ie, bo sam nie tylko późno przestawiłem się na następny nośnik, ale też nigdy nie miałem właściwego odtwarzacza. Dopiero w 2005 roku dostałem nowy komputer z właściwym czytnikiem, bo od 2004 roku w wypożyczalni nie nabywali już kaset. A ja chciałem zobaczyć kolejny raz "Czarę ognia" i "Appleseed"!

Moja mania zaczęła się w 2007 roku, kiedy to zacząłem sam wypożyczać, i robiłem to świadomie. Odkryłem klasykę i usłyszałem o "Memento", "Blade Runnerze" oraz "Sin City". Odkryłem w warszawskim kinie Luna moją kultową wypożyczalnię, która miała dosłownie wszystko. Nawet "12 gniewnych ludzi" - z 1997 roku.;-) Był też Bergman, Chaplin i... kurde, wszystko. Łącznie wypożyczyłem tam z 200 tytułów. Była to niepozorna klitka zastawiona regałami z VHS'ami z przodu (klasyki, jak "Casablanka" i "Sokół Maltański"), cały interes prowadziła jedna kobieta (ewentualnie jej siostrzenica) i dawało się z nią pogadać. To od niej wiem np. że kupno jednej płytki z licencją to koszt ponad trzystu złotych, więc taki film musiał być wypożyczany bez przerwy przez dwa miesiące by zaczął się zwracać. Z czasem było tylko lepiej, bo do Polski zaczęły spływać pakiety sławnych reżyserów, jak Bunuel. Pojawił się nawet Kobayashi i jego "Harakiri", które poszedłem kupić jak tylko się pojawiło na rodzimym rynku. Kwiecień 2009?

Samo wypożyczanie DVD wyglądało tak: wybór był mimo wszystko ograniczony. Nie było "Stalkera" czy "Króla lwa" (!). Trzeba było brać co było. Ja miałem szczęście i bardzo rzadko wychodziłem z pustymi rękoma, zazwyczaj tylko po to, by wrócić następnego dnia z nową listą w pamięci. Same płytki czasem okazywały się porysowane, a ja nigdy nie wyrobiłem w sobie zwyczaju by je sprawdzać przed wypożyczeniem, wracałem do domu i czasem na samym początku to udało mi się zaobserwować, a czasem dopiero po godzinie seansu. Najgorszy przypadek to "Most do Terabithi", który zacinał się na scenie, gdy Jessie wyjeżdżał z nauczycielką na wycieczkę, a znów dało się oglądać gdy następnego dnia wrócił na śniadanie. Powiedzmy, że to jak oglądanie "Harry'ego Pottera" z tabula rasą i pominięciem sceny w domku na morzu, gdy Hagrid dosłownie wbija na chatę, mówi bohaterowi, że jest czarodziejem, i zabiera go na Pokątną.

Oddzielny temat to seriale, które przez lata funkcjonowały jedynie w kręgach nielegalnych, ponieważ... na telewizję nie było czasu. Nie wszystko leciało więcej niż raz, więc zanim ktoś usłyszał, że "warto", to był już trzeci sezon, a by zacząć od początku można było kupić (niewielki wybór i kilka stów za jedną serię) albo wypożyczyć. Znowu - niewielki wybór (jeśli w ogóle jakiś był, sam tylko w BHV widziałem takie "Six Feet Under") oraz porysowane płytki, więc np. można było zacząć oglądać, ale odcinka 4-7. I bez całego drugiego sezonu.

Stąd popularność "Przyjaciół" oraz "House'a".

To były największe minusy. Pozostałe to jakieś drobnostki pokroju dziwnej czcionki w napisach, nieprzerywalnych reklam na początku (chcących, bym poszedł do kiosku i kupił jakąś gazetę dla kobiet z 2006 roku), braku wersji reżyserskich. Niektórzy mogą narzekać jeszcze, że trzeba wyjść z domu i się przejść, a po drodze przecież może samochód kogoś przejechać. Na braki towaru pomagało obserwowanie rynku i kupowanie, gdy coś niedostępnego nagle pojawiło się w sklepie za 30 zeta. "Garsoniera", "Dobry, zły i brzydki", "Na nabrzeżach".

Ta epoka minęła, gdy fundusze zaczęły być problemem, i odkryłem wtedy darmowe oglądanie online w 2010 roku. Teraz jest lepiej, ale wypożyczalni nie ma. W kinie Luna zamknęli z tego co wiem w 2011 roku. Beverly Hills zniknęło w 2013, wtedy też powstał odcinek "South Park" pt. "A Nightmare On Facetime", w którym Randy kupuje Blockbuster Video, po czym zaczyna się zachowywać jak Jack Torrance.


Teraz już jest tylko vod. O tym za tydzień.

PS. Zjawisko VCD pomijam, bo do dziś w zasadzie nie wiem, co to był za wynalazek. Pewnie coś jak Wii Sports. Obejrzałem w ten sposób "Kate i Leopold", "Amelię" i dwa filmy Allena, o których dziś on sam nie pamięta.

PS 2. Powyższy tekst jest całkowicie pozbawiony sarkazmu.

14 komentarzy:

  1. Wypożyczalnie to temat rzeka. Ja na osiedlu miałem kilka, a gdy już obejrzałem wszystko to jeździłem w inne miejsca. Pamiętam, jak łaziło sie po takim miejscu (już w momencie gdy 80% się widziało i nie ukrywajmy zostały same padła), a ponieważ nie były to jakieś ogromnie przestronne miejsca (przynajmniej te u mnie) pan/pani za kasą musiała co najmniej podejrzliwie spoglądać na grupkę nastolatków szwendających się 30 minut po kilku regałach :) Nie pamiętam żebym jakąś płytę dvd wypożyczył. Z kasetami to był taki problem, że płaciło się za nie przewinięcie do początku :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cooooś mi się z tym kojarzy, ale nie jestem do końca pewny. Kary to tylko za przetrzymywanie płaciłem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Skoro ty z rozrzewnieniem wspominasz epokę VHS to znaczy, że dołączyłeś do zaszczytnego klubu dinozaurów. Witaj w klubie. Pamiętaj tylko by brać ze mnie przykład, miłego dinozaura i nie zamiatać ogonem. No!!

    Rzeczywiście temat rzeka. Mógłbym sporo napisać, ale nie ma ni czu czu czasu. Po pracy wpadłem w remont domu, siedzę odurzony farbą. Na film nie ma czasu, konsole wyłączone - lipa panie, lipa. Uciekam.

    OdpowiedzUsuń
  4. U mnie 50 groszy kary :) Nigdy nie musiałem zapłacić, bo nigdy nie byłem takim dupkiem, by nie przewinąć taśmy naciskając 2 głupie przyciski na pilocie :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Wspominam samo wypożyczanie. Miało swoje dobre strony, których dziś się nigdzie nie znajdzie. Wtedy filmy miały swoje biblioteki, a to coś!

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie znam tego. Jak byłem mały oglądałem tylko w TV i to rzadko. Potem komputer + Internet = filmy. Tyle.

    OdpowiedzUsuń
  7. No patrz, a niby jesteśmy w tym samym wieku.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja z czasów VHS pamiętam głównie nałogowo wypożyczane "Godzillę", "Wielkiego Białego Ninje" czy "Synalka" z Macaulay Culkinem, którego zawsze bałem się wypożyczyć. Sam nie wiem czemu. Być może bałem się Kevina w innej roli.

    Pamiętam jak w czasach DVD poszedłem kiedyś po "Monachium" Spielberga i pytam czy jest z napisami, a Pani spojrzała na mnie zdziwiona i powiedziała, że tak, bo najczęściej ludzie pytają czy napisów nie ma, a nie odwrotnie.

    Albo jak wypożyczyłem amerykański "The Ring" i Pani pyta się mnie czy mam ukończone 18 lat. Nie miałem i przyznałem się do tego, a ona czy rodzice wiedzą, a ja że nie i oto chodzi. Jestem sam w domu, jest ciemno, a film będę oglądał w trumnie i liczę na przerażający seans. Kobieta się zaśmiała i film dała. Szkoda tylko, że jak się później okazało był to jeden z najgorszych moich seansów kiedykolwiek... ale czasy były to piękne :)

    OdpowiedzUsuń
  9. "Wielki biały Ninja" to dla mnie telewizja. Też miałem nagranego, dla ostatniej walki i "Everybody was kung fu fighting" oglądałem całość. "Monachium" już zobaczyłem w kinie. Też dobry temat na felieton.


    "Synalka" mama mi nie pozwalała oglądać, i w sumie do dziś znam ten film tylko z recenzji Nostalgia Critica. Ale "8 milę" (z polskim dubbingiem na VHS!) już widziałem :) Tylko sceny walki na słowa były z napisami.

    OdpowiedzUsuń
  10. Chyba dobrze, że znalazłem twój tekst dopiero 3 dni po premierze, bo mogłem go w spokoju poczytać podczas wykładów i trochę o nim porozmyślać. Mniemam że obaj mamy duży sentyment do kaset i mały żal, że ich epoka dość szybko nas wyminęła. Ja w każdym razie mam na pewno. Szkoda mi choćby, że nie miałem nigdy okazji zakupić jakiegoś pirackiego wydania z tłumaczeniem domowej roboty.

    Generalnie inspirujące to czytadło. Na tyle, że nie wiem czy w ogóle się tutaj rozpisywać, czy też nie napisać czegoś własnego w tym temacie :) Fajnie że podszedłeś do kaset, jako do nauczycieli, kształtujących nawet ten ambitniejszy gust. Ja bym raczej wyłowił ze studni wspomnień horrory o morderczych noworodkach, mordobicia z Van Dammem i science-fiction o zbuntowanych cyborgach. Choć na video oglądałem również Felliniego i Kieślowskiego.

    Katalogi Comfort i Cinema Press Video to były moje Biblie, które czytywałem z olbrzymią powagą. Z tych pierwszych zostały strzępy, więc dopiero niedawno kupiłem nowe na allego. Te drugie zabronił mi czytać tata (w sumie jako ich właściciel), bo jedną stronę redakcja poświęcała filmowej "erotyce" (wtedy ludzie wołali na porno erotyka, a dziś jest odwrotnie, każdy przejaw nagości mianuje się pornosem) i chętnie odkupie całe roczniki 90-92 za dobrą cenę, jak ktoś ma...

    Najlepsze że Video jest u mnie w użyciu do dziś. Jeszcze rok temu oglądałem na Video zgranego z TVP Kultury "Porywacza Ciał", jakieś 6 miesięcy temu pożyczyłem od byłej giełdowego kaseciaka-pirata, który wygrzebała ze strychu, a 2 tygodnie temu w Tesco za 5 zł kupiłem "W stronę morza" na VHS. Zostawiłem go u brata na mieszkaniu i nawet mi przypomniałeś, że czeka na obejrzenie.

    OdpowiedzUsuń
  11. Etam. Tego co jest dziś bym na nic nie zamienił. Znaczy, chciałbym by to było legalne i miał na to środki, ale żeby wrócić do ograniczonego wyboru wypożyczalni? Wychodzenia z domu? Braku HD zastąpionych reklamami? :> To już minęło. Te czasy musiałyby wrócić, bym mógł to zaakceptować.


    Ale wypożyczenie "Sokoła..." i oglądanie po ciemku na telewizorze 4:3 było przyjemne.


    Ta, pierwsze pornosy, reklamy sex telefonów na stronach czasopism i programów telewizyjnych :) I pigułek na potencję. Też łapie nostalgia.

    OdpowiedzUsuń
  12. Aż się wzruszyłem. Co prawda tylko trochę, ale jednak :) Szczególnie we fragmencie o Cinema Press Video :)
    Nie nie mam na sprzedaż. Zostawię je sobie, mam tego w sumie chyba z 30-40 egzemplarzy. Gdzieś się poniewierają w szafie.

    OdpowiedzUsuń
  13. "8 mila" z dubbingiem?! To musiało być straszne :-D

    OdpowiedzUsuń
  14. I do tego na VHS?! To musiał być mimo wszystko niezapomniany seans

    OdpowiedzUsuń