sobota, 4 kwietnia 2015

"Za kilka dolarów więcej" (7/10)

Spaghetti Western, 1965


Łowcy nagród na Dzikim Zachodzie. Jeden nosi twarz Lee Van Cleefa, drugi Clinta Eastwooda. Obaj zgarniają konkretne sumy za swoją robotę, i obierają kierunek w stronę większego celu. Los chciał, że obaj idą za Indio, który niedawno został wyciągnięty z więzienia przez swoją bandę. Gdzie teraz może się udać, taki bandzior jak on? Do największego, najtrudniejszego w zdobyciu banku. W El Paso.



"Za kilka dolarów więcej" tworzy klimat i bohaterowie. Jak na ironię, śliczny jest tu właśnie bandzior, Jego  romantycznie zamglone oczy patrzące się w przestrzeń gdy słucha melancholijnej pozytywki są jednym z moich głównych wspomnień po seansie. Polujący na niego bohaterowie nie grzeszą manierami, golili się kilka lat temu, i trudno jednoznacznie stwierdzić, czy są po dobrej stronie. Uzasadnione jest pytanie, czy po złapaniu bandziora z łupem nie będą woleli zachować pieniędzy dla siebie. A jeśli nie - to czy zrobią to tylko i wyłącznie z obawy, że teraz to na nich ktoś będzie polował?

Podoba mi się, jak twórcy składają hołd światu, w którym akcja filmu się toczy. Kraina mężczyzn, gdzie słowa nie mają znaczenia, liczą się tylko działania i podejmowane decyzje, które mówią wszystko. Chociaż obaj łowcy zaczynają w tej opowieści oddzielnie, to każdy zostaje sportretowany w swoim zakresie, i dostaje te parę minut tylko dla siebie. W tym czasie widz może ich poznać, obserwując jak pracuje. Ich działania mówią za siebie, do komunikacji zazwyczaj wystarczy im spojrzenie. Najlepiej to wychodzi podczas obserwacji napadu na bank, gdy okazuje się, że zarówno bohaterowie jak i ci, na których polują, myślą w podobny sposób, bez żadnego porozumienia. Słowa muszą ciężko zapracować, by znaleźć sobie miejsce w tym świecie.

Dzięki temu pojedynki jeden na jednego tak dobrze tu wychodzą. Po stronie teoretycznej to jedna z najnudniejszych rzeczy do obserwacji, dlatego w tym filmie dodano mięsa do każdej takiej sceny. Wynik jest jasny i oczywisty, a oczekiwanie na wystrzał jest już tylko kwestią pogodzenia się z tym przez postać. I tu na pierwszy plan wychodzi nie tylko montaż, ale i muzyka. Jest tu zarówno pogodzenie się ze śmiercią, nadzieja na szczęście - może się uda?, i na końcu smutek - bo to już koniec. Dopiero wtedy pada strzał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz