niedziela, 3 maja 2015

Miniserial "Jazz". Wszystko, czego potrzebowaliście po "Whiplash"

Music Documentary, 2001
1140 minut.


Na początku było "Monster Inc." oraz "Jak ugryźć 10 milionów dolarów", które przekonały młodego i małego Garreta, że jazz jest jego ulubionym gatunkiem muzyki. Potem minęło wiele lat i gdy odsłuchałem już "Kind of Blue" albo "A Love Supreme" to nie były moje klimaty - nudziłem się i tyle, nie słyszałem tam żadnej zmiany. Wszystko brzmiało identycznie. Dopiero Mingus trochę tu namieszał, jego krótsze kawałki jakoś wyraźniej zapadały mi w pamięć.

Gdzieś pod koniec zeszłego roku odkryłem, że jazz pasuje do słuchania w pracy, i jakoś powoli zacząłem się w to wkręcać. Oczywiście, Eric Doplhy to wciąż za dużo i nudzę się przy jego "Out of lunch" strasznie, ale też powoli zacząłem kolekcjonować utwory, które polubiłem. Znalazłem momenty, gdy jazz jest jedynym co chcę wtedy słuchać (np. 5 rano kiedy jest zima i ciemno za okiem), w końcu przyszedł "Whiplash" który oczywiście przekręcił wiele kwestii ale i tak sprawił, że spojrzałem na tę muzykę w wyraźniejszy sposób. Wsłuchiwałem się teraz w to, co słyszałem. Teraz był "DareDevil", Netflix, baraszkowanie w tamtejszym katalogu i odkrycie, że mam dostęp do dokumentów Kena Burnesa. "Baseball" i "Civil War" są najsłynniejsze, ale tematycznie bliżej mi było właśnie do "Jazzu". Seria dziesięciu odcinków, każdy trwający od półtorej do dwóch godzin.

Pierwszy opowiada o narodzinach muzyki amerykańskiej w XIX wieku, kiedy to czarni przyjeżdżali do środkowej części Stanów (co ciekawe, większość nie widziała w życiu Afryki na oczy) i musieli umieć się dostosować. Musieli znać sztukę improwizacji - nie znali ludzi, języka, jedzenia, ale musieli jakoś tu żyć. Wykorzystać tę szansę. Z tej filozofii narodził się blues, a potem jazz. Muzyka wychwalająca indywidualność, ale i współpracę. Wolność, bo każdy mógł być sobą. Nie było jednej właściwej ścieżki, wchodziłeś i robiłeś coś po swojemu, czego nikt inny wcześniej nie robił, i to było coś złego. W trakcie występu następowała jakaś zmiana i wszyscy szli za nią we własnym kierunku. Nowość, świeżość, energia. Tego wcześniej nie było. Muzyka nagle była seksowna. Muzycy nie pracowali pod dyktando kompozytorów - wchodzili na scenę i grali to co mieli na sercu i umyśle. Z własnej decyzji, a widownia łączyła się z tym i rozumiała. Ta muzyka tworzyła Amerykę, była soundtrackiem dla wszystkich rewolucji które wtedy miały miejsce, była zwierciadłem każdego kryzysu. Tworzyła dom w młodym państwie, oddzielała Nowy Kontynent od Starego. Jazz był pierwszym dziełem czysto amerykańskim.

Przez takie detale czuję się, jakbym więcej wyniósł z tego serialu niż z właściwych lekcji historii nt przełomu XIX i XX wieku. Nie wiedziałem, że jazz był pierwszą muzyką którą tańczyło się razem, co przyciągało młodych ludzi. Bariera została złamana, starsi ludzie byli w szoku widząc młodych łapiących się za biodra. Nie wiedziałem, że tak było kiedyś, i aż tyle się zmieniło. A przecież tak niedawno to było.

Pierwszy epizod kończy się w 1917 roku, kiedy to wykonano pierwsze nagranie jazzu na płycie, co poskutkowało pierwszym wybuchem popularności od wybrzeża do wybrzeża. Kolejne odcinki obejmują już o wiele krótsze okresy czasu, finałowy rozpoczyna się w 1960 roku i podąża do teraźniejszości. Wciąż jest dużo opisywania dziejów tej muzyki na tle rewolucji rasowej, płciowej, kryzysu na giełdzie czy wybuchu WW2, ale równie dużo jest opisywania poszczególnych artystów, co nie jest już takie ciekawe. Szczególnie, że to co jest dzisiaj klasyką, dla tego serialu jest odległą przyszłością. Coltrane, Davis? O nich nie usłyszycie aż do dwóch ostatnich odcinków. Wcześniej będzie o Billie Holiday (która, jak się okazuje, była kobietą), Louisie Armstrongu, Duke'u Ellingtonie, Ellie Fitzgerald, Jelly Roll Mortonie, Charliem Parkerze, Whitemanie, Glenie Millerze... A dla nie znającego tematu zmiany niuansów nie powiedzą wiele. Do tego po pewnym czasie każdego zaczęto opisywać podobnymi terminami: grał jak nikt przed nim, robił coś, czego wcześniej nikt nie wymyślił, zrewolucjonizował muzykę... Ech. Nie zliczę, ile razy jazz "nagle" stał się "popularny" dzięki któremuś z nich.

Nie jest to produkt łatwy w oglądaniu, nawet 1 epizod dziennie to za dużo (narracja jest bardzo wolna). Ale ze względu na treść i tak zasługuje na wysoką ocenę. To co tu wymieniłem to zaledwie smaczek, po 10 minutach oglądania dowiecie się więcej. Oddanie hołdu muzyce, która jest ojcem i matką tego, co dziś leci w radiu. Z jazzu wyszedł hard bop, ryth & blues, rock'n'roll, awangarda... Dalej się domyślacie. Sama idea składania zespołu na własną rękę to wynalazek XX wieku.

Swoją drogą, wiecie skąd wywodzi się nazwa: "Jazz"? Nikt tego nie wie. Ale jest teoria, że pochodzi od imienia "Jassmine", prostytutki, której jaśminowe perfumy zalegały w burdelu, w którym grano tę muzykę. I na początku nazywała się właśnie "Jass", tylko było temu za blisko do "Ass", więc zamieniono literki i tak powstał termin "Jazz".
Na YouTube jest okrojona do godziny wersja pierwszego odcinka (z hiszpańskimi napisami).
Można tam nawet kupić pełną wersję za 5 dolarów.

To też dobry moment by zaprezentować swoją playlistę jazzową. 19 piosenek, trochę ponad 2 godziny, pierwsze cztery utwory (czyli Coltrane, Davis i Rollins) są w kolejności, reszta już nie. Głównie melancholijne nuty. Brakuje tutaj tylko "String Quartet no.1: I. Rispetti e Strambotti" na które trafiłem słuchając radia Benny'ego Goodmana, ale ten utwór trwa ponad 20 minut i kojarzy się z koncertem Vivaldiego, dlatego mam go na innej playliście.


10 komentarzy:

  1. Duże propsy, Garret , takie rzeczy trzeba propagować.
    Mala uwaga . Hard bop nie jest ,, czymś , co wyszło z jazzu'' tylko po prostu jednym z jazzowych stylów ( Horace Silver, Cannonball Adderley, Jazz Messengers ) głównego nurtu w latach 50' , wychodzącym od uproszczonej, bebopowej formy, z mocniejszym zaakcentowaniem funkowo - bluesowych wpływów.
    Bo rhytm & blues , a zwłaszcza r'n'r, mimo jazzowego powinowactwa, to już była odrębna muzyka.
    Tak jeszcze a propos ,, Whiplasha'' ( utworu ) - jest to kompozycja Hanka Levy'ego - tu w doskonałej wersji orkiestry Dona Ellisa . Imo dużo lepszej, niż ta filmowa, którą zaprezentowano niestety tylko we fragmentach nie dając widzowi szansy ogarnięcia całości , co mnie wkurwiło do żywego.
    https://www.youtube.com/watch?v=pCykgzrwIw0

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale "Caravan" wyszedł mocarnie.


    Z tym hard bopem to widać, że słucham więcej rocka. Dla mnie Power metal czy Doom metal to oddzielne gatunki już, chociaż podpadają pod metal. Pewnie twoja wersja jest właściwa, widać, że się znasz. Ale nawet w serialu opisali "Hard bop" jako coś rewolucyjnego, co dało drugą młodość jazzowi. Sam go długo wolałem ponad "tradycyjny" jazz.

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak, bo ,,Caravan'' jest w swej naturze ,,wide open'' , to taki temacik-melodyjka z otwarciem na rozległą przestrzeń , z którym potem możesz robić wszystko ( w każdym razie bardzo dużo ) , jak ,, Autumn Leaves'' :) Daje maksymalny oddech wykonawcy. A ,, Whiplash'' jest w 100% aranżowany, jego siłą jest ta cała precyzyjna, opisowo-narracyjna dramaturgia , , tu nie pokombinujesz za dużo, ani nie spuścisz pojedynczego solisty ze smyczy w którymś momencie . To jest groove zespołowy.

    OdpowiedzUsuń
  4. A tego - oglądałeś "Jazz" Burnesa czy tylko zachwalasz sam fakt opowiadania o tej muzyce? :> Bo w sumie bym posłuchał, czy masz jakieś uwagi odnośnie "rasizmu" tego dokumentu, ewentualnie powierzchownego przedstawiania niektórych artystów.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie oglądałem. Mile zaskoczyło mnie, że ktoś się o jazzie rozpisał, bo to raczej na blogach filmowych bardzo rzadko spotykane. O jakim rasizmie mówisz ?

    OdpowiedzUsuń
  6. Ponoć Ken Burns insynuuje, że tylko czarni złożyli się na kształt i sukces jazzu.

    OdpowiedzUsuń
  7. Daniel Muszyński4 maja 2015 08:58

    "Ponoć Ken Burns insynuuje, że tylko czarni złożyli się na kształt i sukces jazzu."

    To nie jest chyba aż taka wielka przesada. W zdecydowanej większości to czarni muzycy kształtowali ten gatunek.

    Fajnym filmem o muzyku jazzowym z lat 30. jest Sweet and Lowdown z 1999. Obok Carlito's Way i Casualties of War najlepszy film Penna.

    OdpowiedzUsuń
  8. A rola białych, jak Whiteman (ironia) czy Glenn Milen, jest zaznaczona nie mniej wyraźnie niż takiego Dextera Gordona.

    Innym filmem jest "Black and Tan" z Dukem Ellingtonem, z 1929 roku. Bardzo ważny ponoć, bo pokazał czarnego czarnego (nie białego malowanego na czarnego, ani czarnego malowanego na takiego białego) do tego jako osobę cywilizowaną (czyli artystę przy pracy). Jest na YT, sam jeszcze nie zobaczyłem.

    OdpowiedzUsuń
  9. @Simply "Imo dużo lepszej, niż ta filmowa, którą zaprezentowano niestety tylko we fragmentach nie dając widzowi szansy ogarnięcia całości , co mnie wkurwiło do żywego." To musiał być straszny gniew :) W sumie to takie kawałki mogliby dać na wydaniu blu-ray. Mi nikt nigdy "nie pokazał" jazzu, a sam nie byłem skory by dać mu szansę "poza filmową" - gdzie oczywiście jak już jest, to brzmi zawsze świetnie.

    Tak btw. to spóźniony wpis! Międzynarodowy dzień jazzu był 30 kwietnia! Tak naprawdę to nie ważne i tylko przyklaskuje propsm Simplego w kierunku autora.

    OdpowiedzUsuń
  10. Jazz ma swój dzień? Nie wiedziałem. Oby to było święto narodowgo w Stanach.

    OdpowiedzUsuń