wtorek, 12 maja 2015

No Tears for the Dead (7/10). Oryginalny koreański kryminał

Crime, 2014


Kojarzycie "Man From Nowhere" z 2010 roku? Produkcja pozbawiona oryginalności o zwykłym gościu który okazuje się byłym agentem specjalnym, ruszającym na wendettę przeciwko mafii która zamierza skrzywdzić małą dziewczynkę. Brzmi jak opowieść sprzed 30 lat, ale powstała niemal wczoraj i wciąż miło ją wspominam. Solidna psychologia postaci, aktorstwo głównego bohatera stopniowo popadającego w szaleństwo i rasowość kryminału w każdym kadrze. Finałowe sceny wciąż wywierają na mnie piorunujące wrażenie.


Cóż, tego filmu nie ma na Netflixie. Ale jest kolejny od tego samego reżysera: "No Tears for the Dead". Tym razem oparty na własnym pomyśle. Wciąż zaskakująco solidny.




Początek to jedna z najlepszych sekwencji opowieści - powraca motyw dorosłego mężczyzny i dziewczynki. Tym razem on - Gon - jest płatnym zabójcą i idzie na plecy restauracji, by tam powystrzelać kilku przestępców na zlecenie. Gdy słyszy kroki za drzwiami, oczywiście strzela na oślep. Cisza. Wychyla na zewnątrz i widzi dziewczynkę, którą spotkał parę chwil wcześniej, siedzącą przy innym stoliku. Nudziła się i zabawiał ją na odległość. Teraz ma ranę postrzałową w sercu.

Cały opening wykonano bez użycia słów, nie licząc piosenkarki soulowej na scenie, i ma podobny skutek do sceny otwierającej "Age of Ultron": nie chciałem, by to się skończyło. Idealna narracja bez słów, pozwalająca widzowi wszystko zrozumieć za pomocą obrazu. Nie trzeba żadnych napisów by wiedzieć, że za kilka lat to wydarzenie wciąż będzie nosić bliznę na umyśle Gona, i tak też się dzieje. Tym razem ci sami ludzie zlecają mu zabójstwo matki tej dziewczynki (owej piosenkarki). Mają w tym swój interes, ale pamiętają tamto wydarzenie więc motywują bohatera by skrócił cierpienia samotnej rodzicielki. Ten wybiera inną drogę.

Ponownie w kinie Lee Jeong-beom wiele dramaturgii opiera się na stopniowej zmianie u postaci głównej. Pokazane są jego pierwsze wspomnienia, gdy razem z matką przyjechał do USA. Tamte sceny mają wpływ na jego decyzje odnośnie nowego zlecenia. Na oczach widza staje się obłąkany, ale w świadomy sposób. Dąży do autodestrukcji, własnej śmierci, za którą wystawił ogromną cenę. I ma zamiar dobić targu. Finał tej opowieści jest wręcz idealny. Nie spodziewajcie się rozgrzeszenia.




To solidna produkcja, która zostawiła na mnie mniejszy impakt w stosunku do "Man from Nowhere", Ma swoje niesamowite momenty - poza zakończeniem i ostatnią retrospekcją, jest tu choćby scena z ciężarówką - i stosunkowo krwawe, realistyczne walki. Chyba nawet zacznę wierzyć, że ze strzelby można się strzelać na 15 metrów - ale to był wyjątek. Jedynym istotnym minusem jest postać matki, która w większości swoich scen jest twarda i wykazuje inicjatywę, jednak ma też chwile w rodzaju:
- Kobieto, idzie na ciebie chłop i chce cię zabić. Podnieś ten karabin i strzelaj do niego
- Nie, nie mogę (płacz, płacz, dużo płaczu)

Jeszcze jedno słowo: film jest trójjęzyczny, mianowicie początkowe sceny rozgrywają się w USA i tam nawet skośni rozmawiają po angielsku (co niespotykane, perfekcyjnie i bez denerwującego akcentu!). Potem jest akcja w Korei, więc wiadomo - macie to, czego się spodziewaliście od początku. Dla porządku dodam, że parę osób powie kilka zdań po hiszpańsku. Wiecie, "Puta Tu Madre" itd. Uprzedzam, byście nie myśleli, że to jakiś dubbing, tak jak ja.
https://rateyourmusic.com/film/우는_남자/

Film ląduje na 13 miejscu mojego "Top 19" 2014 roku.

3 komentarze:

  1. Daniel Muszyński12 maja 2015 10:37

    "Tym razem ci sami ludzie zlecają mu zabójstwo matki tej dziewczynki (owej piosenkarki)."

    Co? Ta dziewczyna to była córeczka jednego z tych kolesi, których pozabijał - tego, który wyglądał najmniej gangstersko. Matka też coś tam śpiewała, ale to nie była ta piosenkarka z pierwszych scen.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak wrócę do domu to zedytuję. A film? Podobał ci się? Zgaduję, że nie, patrząc po średnie oceny jakie film zbiera na świecie, może mi pomożesz to zrozumieć. 😟

    OdpowiedzUsuń
  3. Daniel Muszyński12 maja 2015 11:41

    Umiarkowanie, ale mi się podobał. W sumie to nie jestem pewien czy lubię go tak samo jak The Man from Nowhere, czy może jednak minimalnie bardziej. Nie stoję w 100% za tymi dwoma filmami, ale oceniam je pozytywnie i też nie bardzo rozumiem dlaczego No Tears for the Dead dostał takie cięgi w recenzjach. Wydaje mi się, że to przez przesadzony patos i melodramatyzm tego filmu. Ale mi kojarzyło się to z klasycznym hongkońskim honourable bloodshed i wobec tego raczej mnie nie raziło, tylko było całkiem sympatycznym elementem gatunku, no i akcja była dobra, więc ogólne jestem na tak. (Zresztą Man from Nowhere też był pełen patosu i melodramatyzmu, a zbierał lepsze recenzję.)

    OdpowiedzUsuń