czwartek, 14 maja 2015

Yakuza Weapon (5/10). Bez sensu, ale przyjemny.

J-Splatter, 2010


Doszedłem do wniosku, że w pewnym sensie trudniej jest zrobić fajną tandetę niż film tak po prostu dobry. Kręcąc takie produkcje jak "Yakuza Weapon" trzeba się porządnie napocić, by widz dobrze się bawił pomimo aktorstwa na poziomie rosyjskiego remake'u "Commando", choreografię walk w których większość kaskaderów sama rzuca się pod sufit, a lepsze efekty specjalne można zobaczyć na co ambitniejszych kanałach YouTube'a. Potrzeba wręcz nieskończonych pokładów pomysłowości, by co chwila zaskakiwać i bawić oglądającego. Nie można iść w schemat; to nie może być coś, co kinomaniak już widział. Trzeba zebrać ekipę, która bez zawahania pójdzie w ogień tego projektu, da z siebie wszystko, i to jedynie dla garstki wybranych ludzi którzy zamiast tylko spoglądać na cyferki pod recenzją tak naprawdę poświęcą jej czas i zadecydują, że to może być coś dla nich...




Jeśli wyobraziliście sobie taki właśnie obraz, to "Yakuza Weapon" jest mu całkiem bliski. Shozo Iwaki znany jest jako "Mad Dog", zamierza pomścić śmierć swego ojca. Sceptycy uśmiechną się kpiąco widząc go, stojącego na przeciwko batalionu uzbrojonego po zęby i strzelającego w niego wszystkim co moją pod ręką... ale i tak nie trafiają. Jak twierdzi bohater: "Kule trafiają tylko tych, co się ich boją"*. Uśmiechnęliście się? To dobry znak. Gra go zresztą główny twórca całej produkcji, reżyser i scenarzysta: Tak Sakaguchi. Chłop ma w sobie coś z większości metalowych wokalistów, którzy braki w głosie nadrabiają charyzmą. Identycznie sprawa ma się z Sakaguchim, który już dawno doszedł do wniosku, że skoro on się dobrze bawi, to widz również.

I ma w tym trochę racji. A przynajmniej, daje oglądającemu powody do tego. Shozo staje na minę w lesie? Chuj, lotem bliżej. To leci. Idzie potem ulicą, widzi go dziewczyna, pierwszy raz od dawna. To rzuca w niego jachtem (!), okłada w pojedynku, by w końcu... przytulić i zapytać, czemu tak długo? Nawet pojawi się scena walki warta powtórki, czyli mastershot nagrany prawdopodobnie na chybił-trafił gdzieś po środku opowieści. Tak, widać na nim każdy minus który towarzyszy pozostałym sekwencjom akcji - jak kaskaderzy których wystarczy uderzyć w brzuch by już się nie podnieśli, albo nadużywanie jednego typu ciosu w stosunku do wszystkich - ale i tak daje sporo frajdy. Trwa ponad cztery minuty, autentycznie nie może się skończyć a kamerzysta przez połowę tego czasu wariuje z nerwów, żeby samemu przypadkiem nie oberwać od kopniaków Sakaguchiego. Wszystko to podlane mocno przerysowanym zachowaniem typowym dla filmowych Koreańczyków, którzy ryczą każde zdanie. Nawet ja uśmiechnąłem się na "Yakuza Weapon" kilka razy. Nie było tego dużo; złośliwi mogą nawet powiedzieć, że wymieniłem większość fajnych momentów. Nie jest to produkcja którą można by traktować na poważnie, ale jest przy tym nieszkodliwa i niewinna.

Jedna uwaga odnośnie polskiego tłumaczenia: jest doskonałe i film z pewnością zbiera za to dodatkowe punkty. Ktokolwiek nad tym pracował, umiał przeklinać - miał bogate słownictwo i nie powtarzał się bezmyślnie, dzięki czemu Azjaci na ekranie klną tak perfekcyjnie jakby nimi Smarzowski kierował. Szczególnie zwróćcie uwagę na scenę, w której główny bohater odkrywa, że zamiast ręki i nogi ma karabin maszynowy oraz wyrzutnię pocisków. Cudownie.

Polski plakat, stonowany względem oryginalnego, też zasługuje na pochwałę.

Film dostarczył dystrybutor: WhatElseFilms który wyda również film w Polsce na dvd w połowie czerwca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz