środa, 17 czerwca 2015

"Debiutanci". Poznajcie ten film.

Drama, 2011


Przypomnialem sobie przed chwilą, że żyje przecież na świecie, w którym istnieje film "Debiutanci". "Czemu więc nie oglądam go właśnie teraz?", pomyślałem. I błąd ten naprawiłem.




Z jednej strony sprawa jest jasna: przedstawiona została opowieść Olivera, któremu właśnie umarł ojciec, a teraz zaczyna mu towarzyszyć pewna kobieta, Anna. Ten wątek został uzupełniony o retrospekcje ukazujące okres życia ojca z chorobą, aż do jej końca. Tyle teorii, w praktyce film Millsa to produkt, w którym brakuje elementu czasu. Tak po prostu. Teraźniejszość jest tu przyszłością, którą cały czas przełamuje główny bohater swoimi wspomnieniami, skojarzeniami, przypomnieniem sobie fragmentu dzieciństwa. Ponad to, całość nie ma zamkniętej konstrukcji - film leci po kole praktycznie cały czas i na jednym seansie nie powinno się to kończyć. Gdy Anna pierwszy raz wsiada do samochodu Olivera, ten mówi: "Ty wskaż, ja prowadzę". Godzinę później, pośrodku sekwencji scen na zupełnie inny temat, widać matkę Olivera i jego samego, gdy był mały - tylko tym razem to on jest tym, który wskazuje. Gdy bohater wraca do domu, mówi: "Witaj, domku", a potem dodaje grubszym głosem: "Witaj, Oliver". To jego wewnętrzny humor? Sam to wymyślił? Nie!, bo pod koniec widzimy jak jego ojciec wrócił ze szpitala na ostatnią prostą zanim umrze, i na przyjęciu powitalnym rzekł dokładnie te same słowa, w ten sam sposób, wplatając jedynie własne imię. Teraz muszę wrócić do tej pierwszej sceny, bo wiem,że znaczyła ona w rzeczywistości co innego, teraz muszę to odkryć. Albo ten przykład, będący moim nowym odkryciem: scena, w której Anna mówi, że musi zabić Olivera, bo ten poznał jej sekret. Przykłada mu poduszkę do twarzy i strzela z palca. A przecież godzinę wcześniej było pokazane, jak w podobny sposób matka Olivera bawi się z synem. Nie dostrzegłem tego wcześniej, nie dostrzegłem powiązania, ale teraz jestem w stanie lepiej zrozumieć bohatera - co czuł i skąd to się bierze. A tym samym jest to najbliższe co kinomaniak dostaje w temacie ekranizacji "W poszukiwaniu straconego czasu".

Ale to produkcja o wiele łatwiejsza w odbiorze. Gdy czytam Prousta, większość umyka mi z pamięci, zostawiając jedynie ogólny kształt. Chyba trudno o inne pierwsze wrażenia w sytuacji, gdy autor przez 170 stron pisze o tym, że chciałby przytulic matkę przed snem. A może podobnie było z "Debiutantami", tylko już o tym nie pamiętam? Ale teraz jest za mną trzeci seans i w jego trakcie dostrzegłem absolutnie wszystko. Każdy kolor, kształt, emocję którą kamera chciała mi przekazać - ubrania, meble, ludzkich gestów . Pamiętam żółta ścianę w pracy Olivera, dom jego ojca, antykwariat... To skoncentrowany odpowiednik strumienia świadomości, pozbawiony jednak nudnego i męczącego po 10 minutach natłoku słów skupionych na opisania oddzielnie każdej składniowej. Zamiast tego, pokazano. I to wystarczyło. Nie wiem, może Mike Mills to czarodziej. A może wystarczyło dopieścić każdy detal na ekranie, pokazać go w odpowiedni sposób, by był warty dostrzeżenia. Skonfrontować go ze wspomnieniem, nadać odpowiedni kontrast, zahipnotyzować widza właściwym kolażem pozornie przypadkowych ujęć dzięki któremu opowieść jest świeża i trzyma tempo. Mogę oglądać w nieskończoność, chociaż pewnie bym tego nie przeżył.

"Debiutanci" to jeden z najsmutniejszych filmów jakie widziałem, nawet momenty gdy się śmiałem - one również potrafiły zdołować. Bohater w pewnym momencie wdrapuje się na dach by tam napisać: "You make me laugh, but it's not funny". W innym, podczas pracy, tworzy "Historię smutku". Na początku jest rysunek i opis w kwadracie obok: "Narodziny Słońca (smutek jeszcze nie został wynaleziony)". Ale nie idzie w jakimś niedorzecznym kierunku, oskarżając ludzkość o stworzenie czegoś tak absurdalnego jak smutek. Zamiast tego jest zrozumienie, że to uczucie - podobnie jak każde inne - ma swoje źródło, i nie ma powodu by ten fakt negować. To nie byłoby ludzkie, jego przeciwieństwo takie będzie - dopiero wtedy będzie można coś z tym zrobić. Film, przy którym wolno się smucić, i dlatego jest to taki przyjemny seans. Film, który rozumie, a stoją za nim twórcy, którzy sami przeszli swoją drogę i teraz ich wspomnienia mogą komuś realnie pomóc. Pozwala poznać siebie i odnaleźć odpowiedzi, kiedy nie wiesz, jakie pytanie powinieneś zadać.

Ścisłe miejsce wśród moim ulubionych filmów w historii. Uwielbiam jego atmosferę, dojrzałość, bohaterów, relację między Anną i Oliverem. I psa.

Napisałbym, że to mój drugi ulubiony film w 2011 roku, ale widzę, że gdy robiłem rankingi roczne to jednak policzyłem "Debiutantów" za 2010 rok, a wtedy była jedynie premiera festiwalowa. Teraz nie mam czasu tego zmieniać, więc zostanie jeszcze chwilę tak jak jest.

...Aha, i jest tu też dosyć istotny wątek homoseksualny, ale jak widać,często o nim zapominam, dlatego w ogóle go nie omówiłem. I bez tego się rozpisałem.

5 komentarzy:

  1. Film już znam, Garrecie. Warto wspomnieć o dobrym soundtracku:

    https://www.youtube.com/watch?v=nqb2db0f_3A

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja tam słyszałem tylko jazz z lat 30'tych w czasie oglądania... I trochę ciszy też było. Jakiś swing z lat 50'tych też chyba zabrzmiał, albo coś podobnego.

    OdpowiedzUsuń
  3. To mógł być lepszy film, ma piękny klimat i uwielbiam Laurent, ale wiele mi w nim zabrakło

    OdpowiedzUsuń
  4. Masz coś konkretnego na myśli?

    OdpowiedzUsuń
  5. Tyłka mi nie urwał, ale ujął mnie klimatem i w sumie ciepło go wspominam

    OdpowiedzUsuń