poniedziałek, 22 czerwca 2015

"Deszczowa piosenka" (8+/10) Uśmiechnięty film

Romantic Comedy, 1952


W sumie to dziwię się, że nie oglądam tego filmu ilekroć leci w telewizji. Przecież to taki radosny, optymistyczny i zabawny produkt, czemu nie spoglądać w jego stronę co jakiś czas?



"Singing in the Rain" bierze na warsztat dosyć poważną historię, która parę lat temu stała się pierwszorzędnym dramatem w "Bulwarze zachodzącego słońca", gdzie pokazano jak artyści ery niemego kina nie poradzili sobie z przejściem do kina dźwiękowego, odrywając się od rzeczywistości i żyjąc przeszłością. Jak ująć to w komedii, ale zachowując szacunek dla tego zdarzenia? Stawiając jako czarny charakter wredną aktorkę, która ma beznadziejny głos, ale nie jest tego świadoma. A że jest gwiazdą, to trzeba kombinować. Don Lockwood i Lina Lamont są parą na ekranie, w życiu prywatnym jednak jest to uczucie głównie jednostronne. Wprowadzenie dźwięku wymusza zmiany w ich nowej produkcji. Tak karkołomne i na szybko dodane, że kładą cały film na pokazie przedpremierowym. Don z przyjaciółmi wpada jednak na pomysł: przerobią film na musical. Tylko trzeba coś zrobić z Liną, która ma nawet problem z dykcją.

Kolejna produkcja, w której wszystko jest na właściwym miejscu. Żarty są przednie i świeże, nieważne który raz je słyszę*. Sama realizacja w klasycznym stylu starego kina strasznie się podoba, z kamerą robiącą mocne najazdy i odjazdy, dając tym samym poczucie wielkości terenu, po którym się poruszamy. Jedna z pierwszych scen, trwa kilka sekund w ciągu których Don ucieka przed fanami i na jednym ujęciu po przejeżdżających pojazdach trafia na dach autobusu. Chcę to zobaczyć w następnych "Avengers". W ogóle udział scenografii to coś, czego dziś już się nie widzi. Historia to perełka i klasyk sam w sobie, z perfekcyjnym scenariuszem który można chwalić za dialogi, zakończenie, dynamiczną akcję... praktycznie wszystko.

Najważniejszy pozostaje temat. Jeśli się nad tym przypadkiem zastanowić to była to jedna z najtrudniejszych komedii do napisania, ale udało się. Każdy ból i problem odwrócono ogonem, obracając w żart - a przy tym przedstawiono bez narzucania się. Można tylko obejrzeć ten film i zdać sobie sprawę z tego, że to co dziś (czy nawet w latach 50'tych) było banalne, parę lat temu sprawiało niewiarygodne problemy. Teraz możemy oglądać jak Gene Kelly tupta w kałuży, śpiewając coś pod nosem, i jednocześnie słyszeć zarówno jego kroki jak i słowa bez problemu. "Deszczowa piosenka" świetnie spełnia swoją rolę w postaci złożenia hołdu ludziom, którzy pracowali w tamtym okresie nad filmami, a nawet filmom w ogóle

Piosenki... delikatny temat. Z jednej strony, to one są magnesem który rzuca urok na widza od samego początku. Pierwsza scena stepowania Cosmo i Dona to dosłowna petarda. Tempo, precyzja, pomysłowość - ta scena by dała radę szczególnie dziś, gdy takich rzeczy zwyczajnie już się nie robi. Widać każdą z setek prób potrzebną, byle tylko zrealizować ją na takim poziomie jak właśnie ją zobaczyłem. I chciałem więcej. Podobnie wygląda to z resztą musicalu - nawet jeśli nie chodzi tu o spektakularne wykonanie, to mają one COŚ by uzasadnić ich istnienie w filmie. Problem w tym, że gdy zaczyna się seria scenek, którym trzeba udzielać takiego pozwolenia, to przestaje być różowo. Jest ich za dużo, biorą się znikąd i bardzo brakuje przestrzeni pomiędzy nimi. Oglądam teraz czwarty raz i chciałem przewijać każdą kolejną. Są takie, które bronią się, jak "Make'em Laugh" albo ta z wyliczanką trudną do wymówienia, ale reszta leci do kosza, bo wystarczy wysłuchać ich tylko raz. Inna sprawa, że najbardziej na tym cierpi... ta tytułowa. Jest odegrana dosłownie sekundy po "Good Morning", nie było żadnej przerwy tak naprawdę, a i sam utwór z niczym się nie łączy. Gene Kelly idzie do domu... i to wszystko. A po tym, jak gdzieś doszedł, to poszedł do pracy i następna scena. To wszystko. "Johnny Dance" od zawsze nie lubiłem, tym razem po prostu zasnąłem.

Tak to jest, jak się do piosenek dorabia resztę fabuły, jeśli wierzyć ciekawostkom w Internecie.

Jednak - to działa na plus, bo tym bardziej imponuje, że taka historia wyszła z burzy mózgów. Ma ona wszystko - zaangażowanie, pomysłowy rozwój, i rodzi pragnienie szczęśliwego zakończenia... a na końcu je daje. Bez cukru i fałszu, zamiast tego... sukces. Do takiego kina tęsknię.

*- Nie daj się nabrać, wolałbym pocałować tarantulę!
- Nie mówisz poważnie!
- Tak? Cosmo, przynieść mi tarantulę!

PS. Jak to w sumie ma działać... skoro kręcą musical to znaczy, że tym razem wszystkie dźwięki nagrają prawidłowo? To czemu nie zrobili tego za pierwszym razem. Nie łapię. I dopiero teraz, pisząc ten tekst, zaczęło mnie to zastanawiać. Też o tym nie myśleliście wcześniej, si? ;>

5 komentarzy:

  1. Co prawda oglądałem tylko raz, więc takiego przesystu nie dośwaidczyłem, ale uwielbiam film i piosenki z tego filmu. Najbardziej - mimo wszystko - "Good morning", którą na yt osobno od filmu słucham sobie bardzo często.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja lubię podziwiać wygibasy Cosmo w "Make'em Laugh" :>

    OdpowiedzUsuń
  3. Kultowy film, nie ma o czym gadać :)

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja jakoś nigdy nie mogłem się do tego przekonać. ja wiem, że to jest słynny film i prawdziwy klasyk, przełomowy i w ogóle, i ma tę świetną piosenkę tytułową. Ale, kurczę, nigdy nie mogłem wysiedzieć do końca tego filmu

    OdpowiedzUsuń
  5. To mój ulubiony musical, prawie każda scena, każdy dialog jest tu genialny. Świetna fabuła doskonale ukazująca problemy z jakimi borykali się filmowcy w okresie tzw. przełomu dźwiękowego. Jedyne co mnie irytowało to ciągnąca się w nieskończoność wstawka muzyczna z gościnnym udziałem Cyd Charisse. Świetna jest obsada, w tym także niedoceniana Debbie Reynolds. Piosenki fajne, znakomicie wykonane, aczkolwiek żadna nie jest w pełni oryginalna: np. "Good Morning" śpiewała wcześniej Judy Garland, a "Make'em Laugh" bardzo przypomina "Be A Clown" w wykonaniu Gene'a Kelly'ego.

    OdpowiedzUsuń