środa, 24 czerwca 2015

"Titanic" (8+/10) Ogromny film!

Melodrama, 1997


Zanim był "Obywatel Kane" to mały Garret również patrzył się w telewizor - bo "oglądaniem" tego jeszcze nie dało się nazwać. I widziałem "Titanica", pierwszy tytuł który wprowadził do mojej wyobraźni kino i magię zza kamery. Czytałem w programie telewizyjnym artykuł, jak to zbudowali prawie identyczną kopię statku, zatrudnili tą samą ekipę która dostarczyła wyposażenie do pierwowzoru ponad 80 lat wcześniej, Cameron na końcu zgodził się zrezygnować z pensji byle tylko dokończyć projekt... Nawet nie wiem, czy cokolwiek z tego było prawdą. Ale czytałem, oglądałem zdjęcia z planu, podziwiałem dekoracje w oczekiwaniu na premierę w telewizji... To był wtedy nowy świat dla mnie. A sam film dotrzymał kroku. Niewiele jest rzeczy na ekranie, którą mogą zaimponować, gdy widziało się "Titanica".

Po części dlatego, że jest to ostatnie widowisko w klasycznym stylu Hollywood. Potem jest już tylko grafika komputerowa, "Władca pierścieni" i "Nędznicy". Takiego kina dziś nikt nie stworzy.



Nie będę udawał, że nie widzę problemów w scenariuszu, ale po zsumowaniu plusów i minusów oceniam go za dobry skrypt. Poradzono sobie z kilkoma problemami oraz dano radę paru warunkom, które sobie postawiono jako ambitny dodatek. I tak na początek, podstawowy problem: widzowie wiedzą, że statek na końcu zatonie. Wielka tragedia i tak dalej, ale trzeba jakoś budować napięcie zanim to nastąpi, a i samo wydarzenie też musi ich zainteresować. Co zrobiono? Uczyniono głównym bohaterem pierwszej połowy człowieka, dla którego dostanie się na statek jest najszczęśliwszym wydarzeniem w życiu, i na końcu trzyma się tego jeszcze mocniej niż na początku. Będzie ubóstwiał fakt powrotu do domu, luksusu który go otoczy a także kobiety którą tam spotka.

Dobra, teraz druga kwestia: jest to również jedna z największych katastrof w historii. Jak to pokazać? Jak sprawić, by widzowie poczuli miłość do statku, którą czuje sam Cameron? Po części jest to już pokryte powyższą postacią, ale trzeba pójść dalej. Wypełniono więc statek szlachtą oraz biedą, nieustająco kontrastując obie te grupy by na końcu pokazać zmierzch pierwszych i pochwalić drugich. Wraz z pójściem na dno Titanica, zdaje się jakby umierała też pewna epoka: gdy statek uderza w górę lodową, biedni od razu zrywają się z łóżek i biorą sprawę we własne ręce. Bogaci w tym czasie pytają lokaja, czy coś się stało, i zamawiają herbatę do pokoju. To tylko jeden z wielu przykładów na to, kto tamtej nocy naprawdę poszedł na dno. Czy ludzie zaradni, będący dzieckiem rewolucji przemysłowej, czy też dziedzice, którzy nigdy tak naprawdę nie przepracowali jednego dnia. I bardzo obawiają się, że ten dzień może nadejść.

Dano jeszcze klamrę narracyjną, dzięki czemu teraz cały ten film jest retrospekcją opowiedzianą przez stulatkę. Słuchał jej człowiek który od lat przeszukiwał wrak statku by znaleźć tam klejnot warty więcej niż dług Grecji. Dzięki niej na końcu zdaje sobie sprawę, że żył tą legendą, ale nigdy jej nie zrozumiał. Tak samo ja jako widz wtedy czuję smutek zatonięcia statku, który miał być niezatapialny.

Scenariusz swoją drogą, ale trzeba pochwalić reżyserię. Co prawda znajdą się ignoranci, którzy zrzucą wszystko na magiczne właściwości pieniędzy i "Dajcie mi pół miliarda to też zrobię taki film". A prawda jest taka, że gówno by zrobili, bo pokazać taki widok było kwestią niemożliwą. Cameron z kolei dokonał tego. Cały czas balansował pomiędzy wszystkimi punktami widzenia - bogatych, biednych i załogi - oraz między detalem i ogółem. Częstuje widza sytymi widokami dziobu sięgającego wody by pomiędzy dialogami przedstawić anonimowy wózek sunący w dół przez korytarz. Tempo jest idealne, nic nie dzieje się tu natychmiast. Ani zatonięcie, ani też panika wśród pasażerów i walka o przetrwanie. Destrukcja postępuje niewidocznie, ale gdy już gruchnie to nie ma bata - bo dzięki silnemu realizmowi, wszystko co następuje po podniesieniu się jednego końca statku ponad wodę, jest jednym z najbardziej imponujących widoków jakie kiedykolwiek zostały uchwycone na taśmie filmowej. Nie mam zielonego pojęcia, jak to zrealizowali. Czysta perfekcja, która wybija się ponad inne równie idealne momenty których w tym filmie nie brakuje. Cała sekwencja po dostrzeżeniu góry lodowej to perełka, a po niej następuje kolejna, z zamykaniem grodzi w kotłowni! Chwile stylizowane na horror, gdy Rose idzie na ratunek Jackowi z siekierą, upadek komina... albo moje odkrycie z tego seansu, czyli ujęcie tuż po zatonięciu, gdy kamera oddala się od Rose i widać za nią cały ocean ludzi w kamizelkach. Aż po horyzont. Mam ciarki od samego wspomnienia tej sceny...

Najwspanialszy jednak jest jeden z pierwszych momentów, gdy kamera wymija starszą Rose i spogląda na zdjęcie wraku statku, który nagle odmładza się o 84 lata na jednym ujęciu. Muzyka gra, tłumy wiwatują na wybrzeżu... Ludzie religijni zapewne dziękują Bogu za to, że dał im oczy, by mogli zobaczyć ten moment.

Cóż, jak widać mam za dużo do pochwalenia, by jeszcze martwić się słabymi stronami tej produkcji. Na tym etapie mogę je mieć gdzieś i tylko ubóstwiać "Titanica". Nie tylko za to, że był ze mną na samym początku, gdy razem z Jackiem uczyłem się, jak powinien się zachować mężczyzna w garniturze (swoją drogą, rewelacyjna scena bez żadnych dialogów - i nie trzeba być biednym by się wczuć, wystarczy być dzieckiem które uczy się naśladować dorosłych). Głównym powodem jest po prostu wspaniały seans. Uwielbiam, jak bardzo to heroiczny film, w którym zarówno Jack i Rose poświęcają się dla siebie nawzajem - kiedy coś takiego widziałem ostatnio na ekranie?! - a także wielu ludzi umiera śmiercią honorową, czując się odpowiedzialnym i nawet nie myślą, by spróbować walczyć. Ale to przede wszystkim opowieść o chwytaniu każdej okazji bez strachu. Bo co przyjdzie ci z wyjścia cało z największej katastrofy morskiej w dziejach, jeśli potem nie będziesz żyć tak, by zasłużyć na miejsce na tej łódce?
https://rateyourmusic.com/film/titanic/


PS. Jak chcecie się ze...pośmiać, to zobaczcie Deleted Scene 5. Generalnie same usunięte sceny są na wagę złota, ale jest tam też alternatywne zakończenie. I jest ono tak głupie, że należy je oglądać wyłącznie bez ścian w pobliżu, bo podbiegniecie do niej by wywalić baranka.:) Cameron z Paxtonem trollują widza, robiąc z tego filmu "Greka Zorbę" na ostatnie 3 minuty.

PS.2 Film widziałem w niedzielę, tekst napisałem i ustawiłem na publikację w środę, w poniedziałek kompozytor muzyki do tego filmu umarł - James Horner - i dowiedziałem się we wtorek. A na początku uznałem, że nie warto nawet pisać o muzyce, bo... nie miałem już miejsca? Przecież każdą wyżej wspomnianą scenę pamiętam razem z muzyką która ją ilustrowała. Ech...

4 komentarze:

  1. Nigdy nie rozumiałem fenomenu tego filmu. Dobra, fenomen rozumiem, ale nigdy nie dzieliłem zachwytów. Ja wiem, że to tak ma być, jest z pompą, jest wzruszająco, jest epicko. Takie "Przeminęło z Wiatrem" końcówki XX wieku. Ale chyba jednak nie. Długość i ckliwość Titanica mnie przerastają, no chciałbym a nie mogę. Oczywiście nie odmówię mu tych wszystkich zalet, bo to jednak jest wielkie kino, ale mijam się z nim i nic już na to nie poradzę.

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja nawet na długość nie mogę narzekać. Teraz byłem zdziwiony, że od razu przechodzą od jednej ważnej sceny do drugiej. Nic po środku, bo wszystko pamiętam. 97 minuta i uderzenie w górę, a potem akcja już pędzi bez problemu. Panika na statku wybucha dopiero pod sam koniec, a tyle tam zmieścili... Lepiej się zamknę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. "by znaleźć tam klejnot warty więcej niż dług Grecji" - dobre sformułowanie :-D
    Co do samego filmu, to fanem nie jestem, choć uważam, że wszystko poza scenariuszem jest tutaj wybitne.
    P.S. Mam nadzieję, że oglądałeś w całości, bo Polsat lubi rozbijać to na jakieś śmieszne części :-P

    OdpowiedzUsuń
  4. Oglądałem na Netflixie. Z przerwami, ale jednego dnia.

    OdpowiedzUsuń