niedziela, 5 lipca 2015

"Buntownik z wyboru" (7+/10)

Coming-of-Age, 1996


Tytułowy William to na pierwszy rzut oka prosty człowiek: pracuje zamiatając podłogi na szanownej uczelni a wieczorem wychodzi na piwo ze swoimi niedorozwiniętymi kumplami. Ma też kartotekę, a tam zapis o kilku pobiciach. Pierwszy zwrot akcji następuje gdy nauczyciel matematyki na ścianie zostawia wzór. Kto udowodni, że jest prawidłowy, ten dostanie nagrodę. Nikt z jego studentów nie daje rady, ale rozwiązanie i tak się pojawia. Tajemniczy nieznajomy nie chce się przyznać, ale w końcu wychodzi na jaw, że zrobił to nasz bohater. Czemu Will ukrywa fakt, że jest geniuszem? Co będzie dalej?



Jest to lekki, ale poważny film psychologicznym, który naprawdę skupia się nad główną postacią. Czuć, że sam narrator kocha tę postać i to co sobą on reprezentuje. Chce go poznać, konfrontując go w różnych sytuacjach i innymi osobami: wspomnianym profesorem matmy, psychologiem, kolegami, dziewczyną. Uwielbiam to, jak każda postać, nawet mająca zaledwie kilka scen, ma swoją rolę i stanowisko wobec Willa. Reprezentuje inne emocje i punkt widzenia. Ciekawe jednak jest dopiero zastęp głównych aktorów, i to, że istnieją w tej historii z własnej woli. Nie interesują się głównym bohaterem, bo jest on głównym bohaterem - mają własne życie w którym Will zaczyna dominować, ale nadal pozostaje tylko czynnikiem zewnętrznym. Zarówno psycholog jak i nauczyciel mają przeszłość z której wszystko wynika. Pod względem postaci i relacji między nimi ten scenariusz naprawdę lśni.

I te dialogi! Kobiety pewnie nie mogą tego słuchać i dziwią się, jak faceci mogą ze sobą tak gadać. Mogą.:) A te sceny-perełki! Dialog w barze! Monolog Williamsa na ławce! Inscenizacja legendarnego meczu baseballa! Do tego chce się wracać. W pewnym momencie każda scena ma podskórne napięcie, którego twórcy nie powstrzymują, bo wystarczyło tylko stworzyć takie silne i uparte postaci, postawić obok siebie i bam!, już się biją. Ten film naprawdę ma swoje momenty, gdy zahacza o o wiele lepsze kino...

Najlepsze jednak jest, że gdyby tylko sprowadzić film do jakiejś podstawy to okaże się, że to tak naprawdę film nie tylko o problemie "Jak wykorzystać swój geniusz?" ale czymś powszechniejszym: "Co chcesz zrobić ze swoim życiem?" Zaryzykować? Zostać przy tym co przyjemne i łatwe, ale pewne? A więc nie trzeba wierzyć na słowo innym? Will uczy się życia od ludzi z większym doświadczeniem, widzi swoją sytuację w coraz szerszej perspektywie, gromadzi te informacje walcząc przy tym by zachować na powierzchni to co najważniejsze dla niego. I dokonać wyboru. Dorosnąć. Muszę powiedzieć, że twórcy dali radę udźwignąć ten temat w satysfakcjonujący sposób.

Ten film zdaje się mieć tylko dwie wady. Pierwsza to niezbyt spieta kompozycja wątków, każdy zdaje się oddzielny, o czymś innym i z reszta łączy się jedynie postacią Willa. Przez to podczas seansu cały czas reagowałem w taki sposób: "No tak, ta postać jest w tym filmie. A no, był taki wątek... O czym więc to ma być?" Na końcu spłata się to w jedność, jednak robi to za późno, za co wina obarczyłbym reżysera. Mimo wszystko Gus van Sant wykonał dobrą robotę, wystarczy spojrzeć na monolog Williamsa. Gada i gada, ale wykonano to jak dialog.

Drugi minus to użycie muzyki Elliota Smitha, przez którą przymykałem powieki i śpiewałem sobie pod nosem. Otwieram oczy i widzę, że bohaterowie o czymś gadają. A ja nie słyszę żadnych dialogów poza tą cichutko piosenkarka w tle. Co dalej, Nolanowe monologi z "Comfortably numb" w lewej słuchawce?






https://rateyourmusic.com/film/good_will_hunting/

Będzie w pierwszej dziesiątce filmów z 1997 roku, oj tak.

2 komentarze:

  1. A ja lubię scenę gdy Affleck wyjaśnia, że chciałby kiedyś podjechać po Willa do pracy i go nie zobaczyć... (dobrze pamiętam? :).

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, tylko wiesz - jak już Affleck to Ben A. bo tam jest dwóch o tym nazwisku.;-) I jak już nazwiska, to konsekwentnie, czyli po Damona itd. Też nie pamiętam, jak postać Afflecka miała na imię...

    https://www.youtube.com/watch?v=8gfipuaIA68



    Zresztą, przykład tego o czym pisałem, czyli kobiety pewnie zachodzą w głowę, jak mężczyźni mogą tak ze sobą gadać.:)

    OdpowiedzUsuń