czwartek, 2 lipca 2015

"Garsoniera" (8+/10)

Romantic Comedy, 1960


Nie podoba mi się idea posiadania ulubionego filmu. Mam ulubiony album czy książkę, ale w kinie wciąż nie znalazłem tytułu który jednoznacznie byłby tym jedynym. Uwielbiam wiele, ale jestem zniesmaczony tym oczekiwaniem, że trzeba mieć wybrany jeden, jedyny, najlepszy z najlepszych. To samo z presją na to, by mieć ileś-tam wystawionych 10/10,bo inaczej... Nie kocham kina czy coś w tym stylu. Dawno tego co prawda nie słyszałem, ale miało to miejsce. Jedynym tego skutkiem było to, że odkładam w czasie powtórkę "Garsoniery" od jakichś 5 lat, bo obawiałem się momentu w którym obniżę ocenę i tytuł spadnie wśród moim ulubionych do trzeciej dziesiątki. Straszne, prawda? Debile w internecie potrafią przewartościować wszystko. Ale Netflixie zmusił mnie do seansu, bo wraz z 1 lipca film ten miał zniknąć z tego serwisu. I stało się, "Garsiniera" nie jest już moim ulubionym filmem. Poza tym, moja opinia o tej produkcji w ogóle się nie zmieniła. Właściwie to cenie go nawet bardziej, bo i kilka scen widzę wyraźniej niż poprzednio. To doskonałe kino.*



Bohaterem jest C. C. Baxter. Księgowy pracujący w firmie ubezpieczeniowej, który pozwala paru osobom korzystać z jego mieszkania, gdy potrzebują miejsca na prywatność. Gdy akurat ktoś potrzebuje się przebrać, albo znalazł na mieście fajna dziewczynę i chce z nią spędzić jeszcze trochę czasu zanim wróci do własnego domu i żony. Baxter liczy w ten sposób na szybszy awans i nie miesza się do nie swoich spraw.

"Garsoniera" to komedia romantyczna tak niepodobna do dzisiejszych standardów tego gatunku jak współczesne postrzeganie swastyki wobec jej pierwotnego znaczenia. Całą opowieść wypełnia romantyzm w nowoczesnym - moim! - rozumieniu tego słowa, a główny bohater jest wszystkim czego ta historia od niego potrzebowała. Na początku jest sympatyczny i uległy, z czasem widz poznaje jego życie i widzi monotonię której nic nie przerywa. Robota, późny powrót, kolacja, telewizja. Zmienną są tylko nagłe wypadki, gdy ktoś chce skorzystać z jego lokum np. w środku nocy. Wraz z kolejnymi wydarzeniami przechodzi pewna drogę w której uczy się wyboru właściwych wartości. Centralnym punktem opowieści jest 15 minutowa sekwencja rozgrywająca się w nocy z 24 na 25 grudnia, gdy obrywa niesłusznie za coś, czego nie zrobił. Przyjmuje baty za to, na co nie miał wpływu... Bo orientuje się, że jednak było inaczej. Mógł odwracać wzrok długo i mówić, że rzeczy które dzieją się w jego mieszkaniu pod jego nieobecność nie są jego sprawą, ale było inaczej. Przyjął wszystko na siebie. Bohater, który nie uważał, że jego miłość do kogoś oznacza, że posiada te osobę na własność. Człowiek, który zrozumiał miłość.

Po drugiej stronie jest Fran Kubelik, jeśli się nie mylę, pierwsza pełnoprawna postać kobieca w historii kina, która ma własną osobowość oraz realny wpływ na historię w filmie. Wcześniej były co prawda famme fatale, ale one też były robione na jedno kopyto i musiały mieć w sobie coś z ogranego schematu kobiecej postaci (typu scena pocałunku, albo ten sam ton głosu przez cały seans). Fran nawet nie jest po drugiej stronie owych skrajności! To normalna postać, ze swoimi słabościami i zaletami, przeszłością, w pełni wiarygodną psychologią oraz drogą, która przechodzi przez cały film. Wspaniała postać.

To dwa najważniejsze powody by lubić ten film, a jest ich wiele więcej. Od tych drobnych, jak sposób w jaki Shirley MacLaine wypowiada każda swoją kwestie podczas sceny w której Baxter zaprasza ja na "Music Mena" (jeden z moim indywidualnych przeżyć filmowych, podobnych do tego spojrzenia Kate - wydaje się, jakbym tylko ja zwrócił na to uwagę), aż po te ogromne, jak scenariusz i reżyseria. To był pierwszy raz gdy oglądałem film w oryginale i wciąż jestem zaskoczony, jak wiele kwestii lub symboli wraca po jakimś czasie w zupełnie nowym ujęciu. Cały scenariusz to swoista spirala i nieustające odwracanie kota ogonem.

Jednak to reżyserii należą się brawa, ponieważ z tego materiału powstała komedia. Produkcja ciepła i lekka, której trzeba się naprawdę dobrze przyjrzeć i rozłożyć na czynniki pierwsze, żeby dostrzec tragedię. I w sumie trudno znaleźć coś pozytywnego. Dla przykładu: jaka jest podstawa romansu - szczególnie starego? Pocałunek. W "Garsonierze" nie ma ani jednego szczęśliwego pocałunku! Serio, każdy jest wyrazem oszukiwania się albo został zroszony łzami. Wilder jednak bezbłędnie mnie oczarował, dzięki niemu widziałem wszystko w zupełnie innym świetle. I dzięki niemu mam ochotę wracać do tego filmu. Choćby w tej chwili.

*- Nie polubiłeś "Garsoniery"?
- No coś ty! Miałem uwierzyć, że biała kobieta mogłaby prowadzić windę? Daj spokój.
"Mad Men"

Zobaczcie też minimalistyczny plakat!

8 komentarzy:

  1. Krystian Prusak2 lipca 2015 09:24

    Przykro mi, że tak wyszło. Sam też odkładam powtórki, bo się boję zawodu po latach. Więc dobrze rozumiem Twoje rozterki. To o konieczności dużej liczby 10 to o mnie?;) Postaram się już tak nie mówić:) Ale chyba jednak masz ulubiony film... Stalker to Twoja jedyna 10 chyba.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zawodu nie było :) I nie, nie do Ciebie, nawet nie wiem skąd pomysł takowy przyszedł ci do głowy. Ale kiedyś był jakiś chłop co domagał się wyższych ocen żebym coś w ten sposób udowodnił.

    Dycha dla Stalkera pewnie się utrzyma, ale też nie jestem pewny. Miejsce w moim Top 3 ma za to zapewniony.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wstyd się przyznać, ale nie oglądałem :(

    OdpowiedzUsuń
  4. Obejrzyj ponownie Harmonie Werckmeistera i daj 10/10. To rozkaz.

    OdpowiedzUsuń
  5. ^ This


    Harmonie Werckmeistera? Pierwsze słyszę.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ale dlatego, że nie chcesz? Czy coś cię powstrzymuje? :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Tak w zasadzie to po prostu chyba nigdy nie miałem okazji. Trudno interesować się kinem i nie słyszeć o tym tytule, i nie mieć go w planach, a jednak. Trzeba sobie stworzyć okazję.

    OdpowiedzUsuń
  8. Nadrobiłem :D Baaardzo przyjemne kino. Zresztą załapałem się jeszcze na "Pół żartem, pół serio" i nie wiem co lepsze :)

    OdpowiedzUsuń